Blog > Komentarze do wpisu

Z piekla do raju

Jak co dzien na uropie wstalam o 4 rano (serio). Nocleg byl na plantacji kawy. O 5 wyruszylismy do wulkany Kawah Ijen. Wyruszylismy - bo wycieczka byla zorganizowana, inaczej sie tam raczej nie dojedzie. Nasza grupa to glownie pary - przewaznie hetero - z Europy, z akcentem na Holendrow, ktorzy w swojej dawnej kolonii czuja sie jak u siebie. Hotel i plantacja przwodzily na mysl filmy kosiumowe o czasach kolonializmu. Harujacy miejscowi i bimbajacy biali. tyle ze warunki srednie a jedzenie straszne. Najbardziej cierpieli Francuzi, ktorzy tesknili glosno do foundue i bialego wina. W ogole jedzenie na Jawie oprcz Dzogdzy bylo niestrawne. Do wszystkiego dodawali jajka: na sniadanie tost z jajkiem sadoznym, na obiad ryz z warzywami i beltem jajecznym, na kolacje zamowilam makakron i warzywa, a dostalam warzywa + rosol z makaronem z jajkiem sadzonym na wierzchu.

Do Kawah Ijen byly 3 km pod gorke, co wymeczylo mnie niemal tak, jakbym na Rysy wchodzila i mizerna pociecha bylo to, ze wszyscy Europejczycy szli rownie marnie. Szybko smigali za to robotnicy z kopalni siarki. No i wlasnie ta kopalnia to pieklo. Miejsce samo w sobie jest niezykle piekne, krater z turkusowa woda otoczony skalami, nad woda buchaja kleby dymu siarkowego. Na dole krateru wydobywana jest siarka, ktora robotnicy wwiklinowych koszach wnosza najpierw na gore na kreter, a potem na dol. Robotnicy sa mojego wzrostu, tyle ze polowe szczuplejsi, a kosze waza po 90 kg. Nie bylam w stanie nawet tego przesunac, nie tylko ja zreszta, dorodny dwumetrowy holenderski gej takze. Pracuje sie w oparach siarki, ktora na dole doslownie bucha z rur. Ci nieszczesnicy zarabiaja grosze, bo prosza o papierosy i krakersy, a czestowani pochalniaja tak, jakby od dawna nic nie jedli. Niektorzy domagali sie kasy za zdjecia, placilam wiec hojnie. Gorzej, gdy domagali sie, zeby im zrobic zdjecie, a pozniej wolali kase. Placilam, ale z watliwosciami, bo zdalam sobie sprawe, ze przekroczylamcienkagranice miedzy wspolczuciem a litoscia. Jeden z robotnikow idacy pod gore z pustym koszem zaproponowal, ze poniesie mi plecak, bo zobaczl, ze jestem zmeczona. mimo ze zapewne nie byla to bezinteresowna propozycja, wzruszylam sie, bo czlowiek naprawde sie nadziwgal i bez tego.

Z Kawah Ijen przenioslam sie na Bali i osiadlam w miejscowosci Permuteran. Cieplutkie morze, plaza, rafa przy brzegu, palmy, widok na gory, mili ludzie, pyszne jedzonko (po jawajskich swinstach to ogromna zaleta) i swieze soki. Tylko nie daje mi spokoju to, co widzialam rano. Czuje sie niesprawiedliwie wywyzszona pzez los, ze mam pieniadze i moge spedzac czas w tym raju dla bogaczy. dodam - niedrogim raju z punktu widzenia Europy, ale dla tych robotnikow niewyobrazalnym.

Przed Kawah Ijen bylam na Bromo i to nawet dwa razy. Bromo to jest wulkan - taki miejscowy hit, pod ktory wwoza jeepami, a potem o schodach wlazi sie do krateru. Cos takiego oczywiscie nie moze zadowolic ambitnego lazika. wiec najpierw zrobialam to co wszyscy i zaliczylam jeepem punkt widokowy ze wschodem slonca nad wulkanami, potem podjechalam pod Bromo i odlaczylam sie od grupy. Oblazlam dookola krater, wdychajac diabelskie opary i wsluchujac sie w subtelny gulgocik, a potem zrobiem wycieczke po morzu piaskowym - takim dziwnym tworze natury troche przypominajacym pustynie. W drodze powortnej zrobilam sobie skrocik. Zobaczylam waska sciezke prowadzaca przez pofaldowana lawe. Poszlam ta sciezka, a ona zaczela lawirowac i coraz bardziej prowadzila pod gore. Kiedy zorientowalam sie, ze prowadzi na krater, nie chcialo juz mi sie wracac. Glupia bylam. Nawet nie zauwazylam, jak zrobilo sie stromo. Ale co tam stromizna dla starego gorolaza. Sciezka mi gdzies umknela, ale do krateru bylo jakies kilkanascie metrow, przede mna zgrabny filarek, wiec  rozpedu zaczelam na niego wlazic- jak to na filarek - na czterech. I wtedy przeszla mi pewnosc siebie, bo zorientowalam sie, ze po tym podlozu na czterech sie isc nie da. To cos, po czym lazlam, osypywalo sie. Wystarczylo dotknac do tego czegos przypominajacego skale, a juzkawalek odpadal. Usiadlam wiec okrakiem na wystajacym kawalku tego czegos i przytulilam sie do podloza, bo pode mna bylo troche powietrza. kiedy medytowalam, co dalej, zobaczylam, ze mam widownie. Na gorze stalo dwoch panow, ktorzy machali do mnie i rozkladali bezradnie rece. A ja sobie siedzialam. W koncu doszlam do wniosku, ze lepiej ujsc z zyciem niz wyjsc z fasonem, polozylam sie i jakos zsunelam do dogodnego miejsca, cala soba uzywajac chwytu "na tarcie". Odnalzlam sciezke  z jeszcze jedna podobna przygoda wgramolilam sie na gore, szczesliwie omijajac kibicow z daleka, bo wstyd mi bylo przede nimi, a do tegobylam nieludzko brudna, bo osypujaca sie wielokolorowa skala oblepila mnie od stop do glow. Panowie z daleka wyrazili uznanie dla mojego wyczynu, ja jednak mialam troche inny poglad na sytuacje.

Przechodzi m entuzjam do kilkumiesiecznej podrozy. Tu jest wprawdzie cudnie, wszystko nowe, inne, ale meczacy jest brak mozliwosci zrozumienia tutejszej mentalnosci. Zreszta z miejscowymi trudno sie dogadac, zeby poznac ichblizej, bo ich angielski jest na poziomie turystycznym. Poza tym marze o tym, zeby wreszcie przestalo mnie oblazic robactwo i zebym nie byla non stop spocona. Chociaz do tego chyba z czasem mozna sie przyzwyczaic. Przed wyjazdem we wlasnym mieszkaniu trenowalam pozbywanie sie leku przed pajakami. Z sukcesem. Wczoraj podziwialam pajaka rozmiarow meskiej dloni i sie nie balam. Sliczny byl,szarozolty, pokryty miekkim futerkiem, z delikatnymi lapkami. Siedzial sobie posrodku pajeczyny o powiercchni ok. metra kw.

Podrozowanie po Indonezji jest banalnie proste. Z Polski wydaje sie moze oryginalne i niewykle, ale tutaj przekonalam sie, ze jest wsrod Westow calkiem popularne. A w  Tajlandii i Wietnamie poobno jest jeszcze latwiej i turystow jest jeszcze wiecej. Znalezienie transportu i hotelu nie nastrecza zadnych trudnosci, raczej autobusy i hotele szukaja mnie. W hotelach o dziwo sa europejskie toalety. Miejscowe biura podrozy organizuja wycieczki i przejazdy, z czego skwapliwie korzystam, bo pozwala to zaoszczedzic czas. Rzeczywiscie jest niedrogo, ale jak sie chce zobaczyc cos wiecej niz hity opisywane w LP, trzeba doplacic sporo. Jutro ide na trzygodzinna wycieczke do lasu monsunowego z przewodnikiem i po negocjacjach stanelo nakwocie 50$. Coz,przewodnicy korzystaja z tego, ze turysta do lasu sam nie pojdzie, bo go moze tam cos zezrec.

niedziela, 07 czerwca 2009, reska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: