Blog > Komentarze do wpisu

Rawka, czyli weekend na łonie natury

Z dala od cywilizacji, hałasu, telewizora i ratlerka sąsiadki.

Płynęliśmy od młyna w Rawce-Rudzie do Sokołowa. Pan od kajaków na dzień dobry powiedział z sarkastycznym uśmiechem, że będziemy mieli parę drzew po drodze. "Parę" okazało się efemizmem;)

Najpierw Rawka spokojnie meandrowała wśrdód łąk między drzewami, towarzyszyły nam pliszki siwe, czasem pojawiały się szczygły. Pi kilkudziesięciu metrach była pierwsza przeszkoda - konar powalony w poprzek rzeki. Gładko przepłynęliśmy pod nim, a tu za chwile drugi. I tak co parę metrów i coraz trudniejsze. Przy którejś poważniejszej przeszkodzie zgubiłam okulary, przy kolejnej musiałam wskoczyć do wody po szyję, więc szybko podkoszulek zmienił przeznaczenie i opuścił moj grzbiet, po czym zaczął służyć do wybierania wody z kajaka.

Kajaki były chyba z blachy pancernej, ale inaczej nie przetrwałaby tylu przeszkód. Za to przy przenoskach dawały się we znaki. Na szczęście nie mnie, tylko gentlemanom;) Ja miałam tylko drobne akrobacje na niektórych konarach. Raz zawisłam sobie na jednej ręce w miejscu, gdzie do dna byl dość daleko, i dopiero gdy ręka zaczęła mi słabnąć, przypomniałam sobie, że plywanie nie jest moją najmocniejszą stroną. W innym miejscy gimnastykowałam się przechodząc przez dziób kajaka na chyboczącą się gałąź nad wartkim nurtem.

Atrakcji dostarczyli też inni kajakarze, a raczej kajakarki. Jedna blond gracja z mocnym makijażem pokłóciła się ze swoim partnerem, w ferworze sporu wpadli do wody, po czym blondi wynurzyła się z topieli z furią w oczach w wielokolorowych ramkach. Gdy dopływalismy do jednej z przeszkód, usłyszeliśmy glos niewieści mówiący "k..., k..., k...., p....y kajak". Gdy dziewczę nas zobaczyło, padlo absurdalne w tej sytuacji pytanie "Daleko jeszcze?", na co T. zareagował błyskawicznie: "Ale dokąd? Do Bałtyku jakieś kilkaset kilometrów...", wywołując tym logicznym skądinąd zapytaniem atak złości u dziewczęcia. Przy kolejnej przeszkodzie dziewczyna wymiękła i kazała swojemu partnerowi zawracać... A nasi znowu:) Wałczyliśmy właśnie z S. z konarem i kajakiem, znaczy się, S. walczył, a ja przeczekiwałam przyklejona do konara:) Za nami przyklejony do chaszczy kajaczek z tą parą, za nim zbliżał się kolejny. W momencie, gdy dziewczę powiedziało, że dalej się nie da, S. zapadł się z głową do wody, po czym wynurzył się i odpowiedział: "jak to się nie da?". Mina dziewczyny - bezcenna;)

Za Bolimowem Rawka złagodniała, poszerzała i konary przestały sie po niej walać. Było absolutnie zieloniutko, drzewa odbijały się rzece i rozmazany zielony krajobraz z niebieskimi ważkami był monetowski, a nawet piekniejszy - jednak dzieła człowieka nie mogą się równać temu, co tworzy natura.

W Sokołowie tymczasem w studniu na podwórku u P. chłodziły sie napitki na miłe zakończenie dnia. Wieczór z grilem i noc z myszami to było miłe zakończenie wycieczki. Po 25 km idealne, jak się okazalo. Spaliśmy prawie do południa, a niedziela uplynęła na byczeniu się w pięknych i sielskich okolicznościach przyrody. Jak kręgoslu odpocznie, zejdą slady po ukąszeniach gzów oraz purpura z kolan i sińce z ud, trzeba będzie pomyslec, kolejnym spływie.

niedziela, 18 lipca 2010, reska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/07/19 09:37:15
Było pięknie! Dziewczę widzę bezcenne ;)
-
2010/07/19 10:19:35
Dziewczęciu trudno się dziwić;) Chciala się zrelaksować z piwkiem na kajaczku, a tu taki hardcore;) Męczyć się musiała;)