|
Blog > Komentarze do wpisu
Przemyślenia w Przemyślu;)
Siedzę na dworcu w Przemyślu, przede mną nocna podróż do Warszawy, a w drodze jestem właściwie od 3 dni. Ile przesiadek było po drodze, trudno się doliczyć, ale i tak podróż była fascynująca, bo jest początkiem czegoś Nowego.
Najpierw marszrutka Kurortnoje - Teodozja, tam autobus (rzecz jasna zatłoczony) na drugi dworzec, potem kolejny autobus do Symferopola. Biletóe do Lwowa oczywiście od dawna już nie było, więc trzeba było wręczyć konduktorce korzyść majątkową celem niedopełnienia przez nią obowiązków służbowych, dzięki czemu dostaliśmy się do pociągu. W którym spędzuliśmy 25 godzin. w przerwami na peronowe zakupy u babuszek. Lwów rozkopany, a marszrutka zatłoczona do bólu. Nie mieliśmy w mieście dużo czasu, ale to, co zobaczyłam, było warte wysiłku - zdjęcia z kamienicy przy ul. Hercena 6: Ze Lwowa marszrutką do Mościsk, stamtąd kolejną do granicy. A na granicy tłum mrówek. Ukraińscy pogranicznicy przepuścili nas chętnie, zapewne pozostając pod wrażeniem uprzejmości oraz znajomości ukraińskiego przez mojego towarzysza podróży. Na polskiej granicy działy się dantejskie sceny. Falujący tłum, agresywny w pobliżu bramek, mógł zadeptać co słabsze jednostki. Moje negocjacje z pogranicznikami nie przyniosły rezultatu i wstyd przyznać, ale w perspektywie kilkugodzinnego koczowania na granicy bez perspektyw dotarcia na jutro rano do Warszawy (gdzie być muszę) usiadłam i się rozpłakałam. Mój towarzysz natomiast ponownie wykazał się kreatywnością i operatywnością, wziął moja kartę rozrusznika i wytłumaczył panom z bronią, że delikatna kobieta z chorym sercem nie może koczować przez kilka godzin w takich warunkach. I przejść się udało, choć zdążyć na pociąg w Przemyślu już nie. Doszliśmy do wniosku, że miasto to tylko przypadkowo nazywa się Przemyśl. Właściwa nazwa to Przemyt albo Przemyć. Rozmowy miejscowych w autobusie od granicy oscylowały wokół przemytu, alkoholu i papierosów. Z tubylców spotkaliśmy tylko jedną uprzejmą osobę. Nawet pani, która tu od 20 lat mieszka, skarżyła się na nieprzyjazność ludzi. W kasie PKP babka n ie chciała udzielić informacji o połączeniach i kazała dzwonić na informację. Numeru do informacji też nie chciała podać, bo gdzieś tam wisi. W informacji PKS pan był zajęty piciem kawy i odesłał do kasy. Właściwie tu się bardziej czuje klimat Ukrainy z jej nieśmiertelnym pytaniem "Aaa?" albo "Szto?", niż we Lwowie. A jutro rano w domu. Z nową energią. I radością z Nowego:) czwartek, 22 września 2011, reska
Tagi:
Ukraina
TrackBack
|
|