Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
sobota, 21 października 2017

Po latach podróżowania na wschód czas na zmianę kierunku. Właśnie kupiłam bilet na Kubę. Wprawdzie miało być Galapagos, ale nie mogłam znaleźć sensownego połączenia w interesującym mnie terminie. A termin miałam sztywny, bo zgodziłam się poprowadzić debatę 22 listopada, a z drugiej strony ograniczały mnie przedświąteczne wyższe ceny. Już wprawdzie zdążyłam kupić przewodnik po Ekwadorze i nakręciłam się na Andy, żółwie i foki, ale mam nadzieję, że mnie to nie ominie. A na Kubę leci się sprawnie i w drodze powrotnej zrobię sobie dzień w Amsterdamie, w którym nigdy nie byłam. I też mnie kusi. W tym czasie będzie tam B.z mężem Kubańczykiem i liczę na ich wskazówki co do ciekawych przyrodniczo miejsc, bo to interesuje mnie najbardziej.

Potrzebuję urlopu jak powietrza żeby odpocząć od codziennego stresu w pracy. Napięcie mam ogromne i co chwila przytrafia się jakaś wtopa. Ostatnio zacytowałam w imiennie w tekście osobę, która chciała być anonimowo. I jej zaszkodziłam. Rzecz w tym, że ona mi słowem nie powiedziała ani nie napisała, że to jest wypowiedź na offie, a sama na to nie wpadłam. Dostałam od niej normalnego e-maila z odpowiedzią na moje pytania. Ale i tak uwiera mnie ta sytuacja bardzo, bo człowieka lubię i dużo mu zawdzięczam. W ogóle z wypowiedziami ludzi do tekstu bywają problemy. Bo np. ktoś mówi po czasie, że miał na myśli coś innego, niż ja napisałam. I co z tego, że zacytowałam go dosłownie? I tak jest niezadowolony. A ja maniakalnie biorę wszystkie wypowiedzi na piśmie, a ustne autoryzuję. Lubię tę pracę, dziennikarstwo mam we krwi, ciągle wpadam na fajne tematy i w pracy mnie doceniają, ale i tak stres jest ogromny i wpadki są.

Do tego remont, który nie może się skończyć. W mieszaniu w zasadzie już jestem po. W każdym razie we wnętrzu, bo na balkonie ciągle siedzi Iwan z kumplami i od trzech tygodni walczą z pomalowaniem barierek. Za to w mieszkaniu jest już wszystko włącznie z półkami dla kotów, na które wchodzi na razie jedna Migotka. Długo czekałam, aż K.znajdzie czas na wykończenia, ale gdy znalazł w końcu to zrobił wszystko perfekcyjnie.I na dodatek prace, które wykonał w moje urodziny, podarował mi w prezencie:)

Żeby tak jeszcze przed urlopem udało się znaleźć dom dla Minki i Migotki.

środa, 11 października 2017

Plac św. Marka w Wenecji. Kawiarnia, stoliki na placu, kameralny zespół gra walce. Dwoje starszych ludzi - na oko w okolicach osiemdziesiątki - idzie trzymając się za ręce. Słyszą muzykę, pan obejmuje panią i zaczynają tańczyć. Wirują tak przez kilka kawałków, po czym zatrzymują się, biorą za ręce i odchodzą. A nad moją głową rozlega się szyderczy śmiech. To dorodna mewa siedzi na wiekowym gzymsie i krytycznie przygląda się ciżbie ludzkiej.

Tydzień temu byłam służbowo w Wenecji na zaproszenie dużej korporacji międzynarodowej, która uruchamiała globalny program charytatywny. Z tej okazji kilkudziesięciu dziennikarzy z całego świata spędziło dwa dni wypasionym hotelu, spożywając w pałacowych wnętrzach ośmiorniczki i kawior w imieniu wykluczonych i pokrzywdzonych przez los. Pławienie się w luksusie i podziwianie weneckiego nadmiaru wszystkiego zakłócała mi moja lewicowa część mojej natury. Rozbuchany konsumpcjonizm mnie męczył, tak jak i rozmowy o przedmiotach i jedzeniu. Głównie pochodzenia zwierzęcego. Oczami wyobraźni widziałam inteligentne ośmiornice, które zostały przetworzone na nieapetyczną różową breję na talerzach moich współbiesiadników i sympatyczne osiołku, które zamieniły się w gigantyczne porcje salami.

W Wenecji jest za dużo wszystkiego. Za dużo sklepów i przedmiotów w sklepach, za dużo zdobień tych przedmiotów. Za dużo pałaców i złota w pałacach, za wiele kamieni szlachetnych w ołtarzu bazyliki. Kupiecka przeszłość Wenecji jest zharmonizowana z turystyczno-handlową teraźniejszością, ale to zupełnie nie moja bajka Cieszę się, że tam pojechałam, bo sama z siebie bym się tam nie wybrała, ale teraz potrzebuję prostoty i kontaktu z naturą.

Konsumpcyjny ubiegły tydzień miał finał na zjeździe rodzinnym, na którym prawnuki moich pradziadków wraz z seniorką rodu, czyli moją mamą, biesiadowały przy suto zastawionych stołach. Niestety, parę świnek i krówek poświęciło życie po to, żeby parę osób mogło się przejeść. Lubię moją rodzinę, ale teraz czułam, że odstaję od całego towarzystwa. Mam wrażenie, że wszyscy oprócz mnie tworzą spójną całość, zapewniającą przetrwanie mieszczańskim genom pradziadków. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, dlaczego nie założyłam rodziny - bo ja się do tego nie nadaję. Nie jestem gospodarna ani pracowita, skupiona na domu i rodzinie, nie kręci mnie gromadzenie na przyszłość, nie jestem do skierowana do własnego gniazda, ale na zewnątrz. I chyba te cechy sprawiły swego czasu, że M. uznał że nie nadaję się na małżonkę dla niego - bo że mnie nie kochał, to od dawna nie mam wątpliwości. A po latach, mimo ukłuć w stylu "to przejrzyste niebo coś mi przypomina... o zaraz, to było dokładnie 6 lat temu, i wtedy rozmawialiśmy o tym..." widzę, że dobrze, że z M. nie jestem i szkoda tylko, że go kochałam. Lubię tę swoją osobność z kotami i swoje obecne życie, niezależność. No i znowu ciekawi mnie świat.

wtorek, 26 września 2017

Wiedziałam, że ten moment kiedyś nastąpi. Organizm nie wytrzymuje tempa, psychika nie wytrzymuje ciągłego napięcia. Zaczyna się kryzys. Niekończący się remont, nieustająco z dodatkowymi atrakcjami, praca pod presją czasu i tzw. kariera, która kompletnie mi nie służy. Nie jestem ambitna. Nie zależy mi na tym żeby pisać teksty na pierwszą stronę gazety cytowane później przez konkurencję, jeśli jest to okupione stresem i pracą od rana do wieczora. Wolę wyspać się, wyskoczyć gdzieś, posiedzieć z książką i kotami. Jutro chciałam wziąć wolne za dyżur niedzielny, ale okazało się, że znowu mam robić tekst na pierwszą stronę. A mam jeszcze w zanadrzu kilka hitów i aż boję się zaproponować tematy redakcji, bo jestem ostatnio osłabiona i bez energii i nie mam kompletnie ochoty pisać potężnych tekstów wymagających perfekcyjnej koncentracji. Nawet jeśli dzięki nim będę miała za co wyjechać na Galapagos.

Chyba wyczerpuje mi się bateria w rozruszniku. Zaczyna czuć się tak, jak 6 lat temu, gdy byłam z  M.i to samopoczucie tylko mi tamten czas przypomina. Ciągła senność, zawroty głowy, marna wydolność organizmu. Stan, w którym nie da się żyć na pełnych obrotach. Muszę zapisać się do kolejki na badania albo zrobię je prywatnie, bo długo tak nie pociągnę.

Dopadli mnie ostatnio rekruterzy z propozycją przejścia do kropo i pracą na niezłym stanowisku w firmie finansowej. Praca  w Mordorze. Wyobraziłam sobie siebie wstającą o świecie, przyodzianą w garsonki i przebijającą się przez całe miasto w godzinach szczytu i doceniłam obecną pracę. Bo tutaj kierownictwo wykazuje duże zrozumienie do mojej  niechęci do przychodzenia do redakcji przed południem. Liczą się efekty. Ostatnio o 11.40 telefon od szefa:

- Cześć jesteś na głośno mowiąc są obok mnie... (tu padły imiona redaktorów)

- Nie przejmuj się tez jesteśmy w piżamach - odezwał się głos z tła.

Nie umiałabym tego luzu zamienić na Mordor. Ale z drugiej strony jeszcze rok temu nie mieściło i się w głowie, że mogłabym pracować tak ja teraz. A jakoś się przystosowałam i dopiero po 9 miesiącach wpadłam w kryzys.

No i z tym kryzysem coś trzeba zrobić. Umowa śmieciowa, wiec nie mogę iść na zwolnienie, żeby się przebadać od góry do dołu. Bo gdybym się lepiej poczula to bym wyjechała w góry a na psychikę to robi najlepiej.

środa, 13 września 2017

Idąc dziś w piękny słoneczny poranek na śniadanie prasowe miałam flashback. Nagle dotarło do mnie, jaka dziś jest data i że 6 lat temu w piękny słoneczny poranek cieplejszy o kilkanaście stopni niż dzisiejszy, szlam na Krymie z M.wśród ukwieconych łąk. Jeszcze nie byliśmy parą, a ja szlam i myślałam, że właśnie ten moment zapamiętam na lata, bo słońce, zapach wczesnej jesieni i łysy facet w dżinsach i brązowym swetrze obok mnie, szpetny, ale wyjątkowy. Ten jeden jedyny- myślałam wtedy. I niestety rzeczywiście tamten moment tamtego poranka wbił mi się w pamięć.

Gdy doszłam dziś na śniadanie, skupiłam się na konsumpcji znakomitego twarożku, powściągając zapędy wegańskie, jakie mam ostatnio. Oraz skupiłam się na aspektach merytorycznych spotkania które szczęśliwie szybko wyewoluowały na kwestie niemerytoryczne, czyli koty i o dziwo nie ja doprowadziłam do tej ewolucji. W każdym razie na spotkaniu zupełnie zapomniałam o rocznicy, co dobrze świadczy o moim stanie psychicznym;)

Niemniej jednak jakaś struna drgnęła. Co jakiś czas śni mi się M. Mam coś na kształt serialu sennego. Tak jakbym spotykała M. w życiu. Najpierw tylko z żoną potem z dzieckiem, niedawno śnił mi się z dwójką dzieci. Nic o człowieku nie wiem od lat. Nie wiem ile ma dzieci. A ten sen jest taki realistyczny. Parę tygodni temu śnił mi się kolejny odcinek, ale obudziłam się spokojna i obojętna. Od uczuć jestem wolna. Jednak ciągle pamiętam tę świadomość że to jet ten i tylko i ten żaden inny. akie poczucie pewności.I hoc dziś tak nie uważam, to nie umiem się odblokować i otworzyć na nowe uczucie.  Bo skoro wtedy byłam pewna, to jaka pewność jest tak naprawdę pewnością? I jak zaufać komuś skoro się ufało i okazało się to tak dotkliwie bez sensu?

A przy tym wszystkim jest mi dobrze we własnym życiu. Bardziej boli mnie to że świat jest okrutny niż to że coś mnie potyka niedobrego. Czasem mam takie przebłyski, gdy myślę, że szczęściem będzie przeżyć życie, jeśli nie dojdzie przy mnie do ludobójstwa czy choćby "zwykłych" okrucieństw. Patrzę na to co dzieje się w społeczeństwie i cieszę się, że nie mam dzieci bo narasta we mnie poczucie, że zsuwamy się w stronę przepaści. Podział społeczeństwa, nienawiść do obcych, odczłowieczanie innych ludzi - podskórnie czuję, że doprowadzi to do tragedii.

Za to moje własne sprawy mnie cieszą choć zmęczona jestem bardzo. Ostatnio miałam kryzys w pracy, bo wierszówka poszła w dół, a szef nie chciał mi dać 3 tygodni urlopu. Zaczęło mnie kusić odejście z redakcji, bo jakkolwiek rozumiem racje, że nieobecność dziennikarza opiekującego się dwiema ważnymi działkami nie jest dobra dla redakcji, to jednak nie wyobrażam sobie, że miałabym nie brać dłuższych urlopów. Na szczęście szef się nie upierał i w listopadzie mogę śmignąć na Galapagos. Co wcale nie jest takie proste. Nigdy jeszcze nie leciałam nigdzie  w taki skomplikowany sposób i siedzę w internecie kombinując intensywnie jak się tam dostać tanio przy okazji spędzając kilka dni na lądzie w Ekwadorze. Momentami wymiękam i jestem skłonna poddać się i zamienić Galapagos na Kostarykę. Ale w tym wszystkim mam poczucie, że mieć takie dylematy to znaczy mieć szczęście w życiu. Bo mam pracę, którą lubię (czemu sama się dziwię) i w której sobie dobrze radzę i do której przeważnie nie muszę wstawać o świcie (przeważnie przychodzę do fabryki o 13-14, wychodzę 17-18). Mam czas dla kotów. Zarabiam może nie kokosy, ale na przyjemności mi wystarcza, na różne przelewy charytatywne i na jakieś tam oszczędności też. Mam fajne koty których wprawdzie jest za dużo, ale które na szczęście są zdrowe. A przy tym wszystkim dookoła mnie są ludzie których, lubię albo którzy chociaż nie działają mi na nerwy. I odkrywam, że lubię się starzeć:) Patrzę sobie spokojnie na różne zmiany w sobie i widzę, że  są one generalnie na plus. Bo choć urody ubywa z wiekiem, to przybywa pewności siebie i wiadomości własnych możliwości i to jest bardzo fajne. Coraz bardziej jet mi obojętne co inni myślą na mój temat i najważniejsze jest to, że ja siebie lubię:)

piątek, 25 sierpnia 2017

Kajaków nie było, gór nie było. Nawet lasu nie było tego lata. W zeszłym tygodniu mogłam przedłużyć sobie weekend, ale moje nadmiarowe koty trafiły do telewizji śniadaniowej i liczyłam, ze tą drogą znajdę im dom. Bez sensu. Koty nie zaprezentowały się efektownie i domu nie znalazły. Teraz trafią do miesięcznika kociego, może to pomoże.

W ten weekend mogłam jechać na Litwę na kajaki, ale mam remont elewacji i muszę odsiatkować balkon (siatka jest po to, żeby koty nie wypadły). Nie znalazłam żadnego majstra, który mógłby mi to na cito zrobić, więc spędzę piękną słoneczną sobotę na walce z technicznymi aspektami rzeczywistości. Na razie muszę tylko założyć siatkę na okno i zdjąć siatkę z balkonu, gorzej będzie w drugą stronę. No i biedne sierściuchy przez ostatnie dni lata nie będą miały wybiegu.

Ten remont elewacji to jest powtórka z rozrywki. Bo zasadniczy remont był dwa lata temu. Ale firma sknociła sprawę i poprawia, czyli szlifuje i maluje barierki balkonów. Niestety, na inny kolor niż dotychczasowy, więc nie mogę balkonu obronić. Ekipa jest równie perfekcyjna jak poprzednia. Od połowy lipca zrobili ok. 20 balkonów, a kilku panów zaczyna pracę codziennie o 7 rano, budząc mnie jakimiś koszmarnymi dźwiękami. Obiecali mój balkon załatwić szybko. Czyli w  4 dni. Boję się, że koty stresowane zamknięty balkonem i hałasem szlifierki znowu zaczną uprawiać skrytosikactwo, jak to miało miejsce poprzednio. Do tego świeżo remontowane mieszkanie pokryje się warstwą pyłu. Od sąsiadów wiem, że syf jest straszny. No i weekendu szkoda, bo następna okazja do wyjazdu będzie w połowie września. A zmęczona jestem potężnie. Bo ten hałas za oknem, i koty do wydania, i urlop-nie-urlop w Gruzji pracowity, i praca  stresująca mocno, zwłaszcza że ostatnio ciągle piszę teksty na pierwszą stronę, i pisanie do innego tytułu, który się upomina o teksty,  a jest prestiżowy i dobrze płaci, więc nie chcę rezygnować, i opracowywanie przewodnika po Gruzji.

Czasem ma ochotę rzucić robotę i powrócić do błogiego freelancerstwa. Lubię energię dziennikarstwa, intensywność pracy, szperanie i łączenie faktów. Nie przeszkadza mi pisanie pod presją czasu. Redakcja jest bardzo porządna i w porządku, ludzie, z którymi pracuję, raczej bezproblemowi, kierownictwo  najlepsze, jakie kiedykolwiek miałam (choć oczywiście nieidealne). Ale i tak napięcie jest ogromne, konkurencja w branży bezlitosna i podkładająca świnie, opisywane podmioty równie miłe dla mnie, jak ja krytyczna dla nich. Miałam dzień w tym tygodniu, gdy wstałam rano, odmeldowałam się e-mailowo redaktorowi prowadzącemu, zamknęłam komputer i położyłam spać, po czym wstałam o 12. Okazało się wtedy, że nie muszę iść do fabryki, więc sprzątnęłam mieszkanie, wymiziałam koty i poszłam do kina. Życie od razu zrobiło się piękniejsze. Zamierzam raz w tygodniu robić sobie takie dni dla higieny psychicznej.

W ramach programu Aktywna Warszawa prawie wszystkie baseny latem są zamknięte, a w tych nielicznych otwartych z jednym wyjątkiem nie ma aquaareobiku, od którego jestem uzależniona. Chyba to jest przyczyną, dla której jestem skapcaniała. Okazuje się, że uzależnienie ma różne oblicza.

Dotarło do mnie dziś, że jeśli chcę w listopadzie jechać na Galapagos, to muszę zacząć się ogarniać i zacząć przygotowania. I zaczęłam szperanie:) Z każdym obejrzanym zdjęciem te wyspy kuszą mnie bardziej:)

wtorek, 04 lipca 2017

Dzieje się. Nie spodziewałam się, że jeszcze tyle różnych możliwości się przede mną otworzy, a życie stanie się szalone jak 10 lat temu. Rozpiera mnie energia, taka fajna, z wewnątrz, i absurdalna radość życia mimo wszelkich koszmarów, które się na świecie dzieją i których jetem coraz bardziej świadoma, gdyż coraz więcej o świecie wiem.

W pracy okrzepłam, już nie mam skrajnych nastrojów, od entuzjazmu do chęci ucieczki. Niespodziewanie pojawiły się nowe wyzwania zawodowe. Jadę do Gruzji pracować nad przewodnikiem. Będę sprawdzać aktualności informacji i dopisywać swoje rzeczy. Kokosów z tego nie ma i urlop spędzę pracowicie, do tego po ubiegłorocznym nieprzyjemnym incydencie z taksówkarzem w Kutaisi zarzekałam się, że więcej sama nie pojadę do Gruzji, ale kusi mnie to, że jest to nowe iże może bym też w tę stronę poszła zawodowo. No i Swanetia i Tuszetia wywołują u mnie przyjemny dreszczyk emocji, nawet jeśli mam tam wpaść jak po ogień i śmignąć dalej.

Ale jest jedne problem. Duży. A właściwie są to dwa małe problemy: dwie trzymiesięczne kociczki, które trafiły pod mój dach. Jedno stowarzyszenie łowickie prosiło mnie o pomoc stowarzyszeniu warszawskiemu "Adoptuj mnie", które potrzebowało pomocy przy odłowieniu kociej mamy z czwórką maluchów z kocim katarem. Stowarzyszenie łowickie mamiło mnie obietnicą pomocy przy kastracji kotów, które zalęgły się koło bloku mojej mamy, dziewczyna z "Adoptuj mnie" długimi tyradami przekonywała o konieczności pomocy kotom i swoje bezradności, więc zgodziłam się pomóc. Pomóc, gdyż od razu zastrzegłam, że nie mam możliwości przyjęcia sierściuchów na dom tymczasowy. Wystarczyło, że dostarczyłam koty do lecznicy - dodajmy, w moim rejonie - to owo stowarzyszenie natychmiast przestało się nimi interesować.I zostałam z rachunkiem w  lecznicy oraz kotami. Matkę kociąt wzięła A., 2 maluchy znalazły dom, a 2 musiały trafić do mnie. Tzn. Adoptuj mnie najpierw je wzięło, do domu tymczasowego, gdzie jest kot z zaraźliwą i białaczką, a potem kazało je natychmiast zabierać. Na do widzenia zrobili jeszcze karczemną awanturę w lecznicy.  Pojechałam po kociaki, bo się bałam, że się zarażą, i cale szczęście. Ten dom tymczasowy to syf, kiła i mogiła. Prowadzi go antypatyczna niechlujna dziewucha, w środku smród i duchota, kuwety nie wiem, od kiedy niesprzątane sterty żwirku na podłodze. Kotów raptem 10 w 3 pokojach, więc nie aż taki dramat, żeby usprawiedliwiał taki syf. Maluchy trzymała w transporterze w wannie.  Zabrałam kajtki i teraz mam problem, co z nimi zrobić. Ogłaszam, ale nikt się nie zgłasza. A siedmiu kotów absolutnie nie mogę mieć.

Szłam dzisiaj ulicą Mazowiecką, gryząc się tymi kotami, aż nagle zaczepił mnie miły, inteligentnie wyglądający pan. Przyglądał mi się, zagadywał uprzejmie, a w końcu się przedstawił i zapytał, czy nie zechciałabym mu pozować - jest malarzem i fotografem. Zdębiałam. Kobieta w wieku postbalzakowskim z paroma nadmiarowymi kilogramami to nie jest modelka idealna. W ogóle uroda nie jest moją mocną stroną i ostatnio bardzo cieszył mnie wewnętrzny stan kompletnego nieprzejmowania się własną brzydotą. A tu takie coś. Z ciekawości spytałam człowieka skąd taka propozycja, a on mi na to, ze mam interesującą pozytywna urodę. Hm. Wstępnie się zgodziłam, a potem w internecie sprawdziłam, co to za artysta i rzeczywiście, ściemy nie było, a poza tym informacje, które znalazłam, świadczą o tym, że to porządny człowiek. Czas pokaże, czy wyniknie z tego jakieś dzieło (Portret damy z siedmioma kotami). Na razie ogarniam robotę, koty, i przygotowania do wyjazdu, ewentualna karierą modelki zajmę się po powrocie.

sobota, 27 maja 2017

Widziałam, że ten moment kiedyś nastąpi i gdy nadejdzie chwila odprężenia, obudzi się depresja. Za kilkumiesięczną pracę z naruszeniem życiowej równowagi trzeba zapłacić. Pracowałam non stop, a jak nie pracowałam, o wojowałam z remontem. Kiedy odbiłam się finansowo od dna, przystopowałam. Dopóki żyłam w napięciu, trzymałam się świetnie. Ale wystarczyła chwila oddechu, by nastąpiło załamanie.

Tyle, że nie spodziewałam się, że takie okoliczności mogą odpalić zjazd w dół. To był służbowy wyjazd. Ważni ludzie z branży, o której pisuję, piękne okoliczności przyrody, dobry, choć kiczowaty hotel, nieliczne spotkania formalne i liczne nieformalne, balangi, rejsy i kolacje. Wyjazd miał charakter relacyjny. W tym sensie, że miałam nawiązywać relacje, a nie pisać relacje;) Nie czuję się komfortowo w takich sytuacjach, ale w moim zawodzie są one koniecznością. Dyskomfort powiększał fakt, że znałam niewiele osób, a kolegów po fachu, oprócz dziennikarzy branżowych, nie było w ogóle. 

Nie to, żebym sobie nie radziła. Dziennikarze pay opiniotwórczej są w tej komfortowej sytuacji, że o nich się dba. Oczywiście nie przez sympatię, nie łudzę się. Dziennikarz jest narzędziem. Oczywiście ja też nie jestem bezinteresowna. Osoby, z którymi się spotyka to źródła informacji. I tak toczy się gra.

I nagle pośród tych kilkunastu setek ludzi wypatrzyłam znajomą twarz. Zdębiałam. Moja współlokatorka z akademika z pierwszego roku. Nie widziałyśmy się 20 lat. Wyściskałyśmy się.Okazało się, że J. wiedziała, że ja tam jestem, bo jej firma zaprosiła mnie na kolację i kadra menedżerska dostała wykaz dziennikarzy, którymi ma się zajmować;) Ja za to nie wiedziałam, gdzie pracuje J.,więc moje zaskoczenie było totalne. Na kolacji nie mogłyśmy się nagadać. Byłyśmy podekscytowane jak nastolatki. Stanęło mi przed oczami mnóstwo wspólnych przeżyć. Moment, gdy się poznałyśmy, meldując się w akademiku na pierwszym roku, zestresowane i nie znające nikogo, gdy dogadałyśmy się we trzy, razem z A., że zamieszkamy i to wspólne mieszkanie świetnie nam wyszło. Od razu przez głowę przebiegła myśl: musimy spotkać się we trzy i pogadać. Po czym kolejna myśl - ale przecież A. nie żyje od 6 lat...

Dobrze się nam mieszkało razem. To był dla nas ważny rok. Uczyłyśmy się życia z dala od domów rodzinnych. A. była związana z P., w wówczas jeszcze bardziej przez rozsądek niż uczucia, miłość przyszła później. J. zdecydowała się być z L., ja byłam zakochana w I., ale związek rozpadł się z hukiem. Obie moje współlokatorki wyszły za mąż w czasie studiów, J. jest z L. szczęśliwa-  chyba, choć opowiadała o nim z takimi emocjami, jak się mówi o sprzęcie domowym, ale może dlatego to ta odebrałam, że gdy ostatnio rozmawiałam z J., była młodą mężatką, opowiadającą o małżonku z niezmiennym zachwytem;) P. po śmierci A. ma drugą żonę. a ja po 16 latach zeszłam się z I., miłość wybuchła na nowo, ale nie było już co budować i pół roku później zdecydowaliśmy o rozstaniu. I. niestety przegrał życie. Kontakt mamy do dziś i z dużą przykrością obserwuję, jak I. nie może poradzić sobie z alkoholem.

Spotkanie z J. po latach ucieszyło mnie bardzo. I J. też ucieszyło. Nasza radość i paplanie budziło powszechną uwagę. Ale teraz na nowo stoją mi przed oczami minione wydarzenia. Ta radość wchodzenia w dorosłe życie, migawki z akademika i tamte młodzieńcze wielkie emocje. Z dystansu myślę, że to był najważniejszy czas w moim życiu. Za ówczesne błędy płacę do dziś i wiele się wtedy rzeczy wydarzyło, które mnie ukształtowały. Chyba dlatego te wspomnienia są takie silne. Był czas, że bardzo się odcinałam myślami od akademikowych lat. Teraz to wszystko wróciło.

J. założyła rodzinę, ma dzieci - już w takim wieku, że dają jej się we znaki i widać, że służbowy wyjazd jest dla niej oddechem od codziennych obowiązków. Prowadzi typowe życie kobiety sukcesu z Mordoru: mąż z sukcesami zawodowymi, udane dzieci, miejsce zamieszkania na drugim końcu miasta, zimą narty, ciepłe morze latem i duże zaangażowanie w firmę na co dzień. Sprawia wrażenie szczęśliwego człowieka. A u mnie wieczny niepokój. Lubię swoją pracę, lubię swoje życie, dobrze i z kotami, ale jednak jest coś, co mi w życiu nie wyszło. I raczej już nie wyjdzie, bo nabrałam cynizmu i nadmiernego krytycyzmu oraz straciłam zdolność do angażowania się uczuciowego.

A w tym wszystkim dotarło do mnie, jak ten czas galopuje. I jakie to niewiarygodne, że człowiek dopiero zaczynał być dorosły, a tu nagle jest w wieku średnim, mimo że czuje się młodo.

niedziela, 21 maja 2017

Odmładzam się nowymi doświadczeniami. Nie sądziłam, że w dojrzałym wieku zafunduję sobie takie bogactwo i intensywność zawodowych doznań. Jeszcze pół roku temu prowadziłam spokojne życie freelancera. Spałam do 10, czytałam książki, chodziłam na spacery, w dni robocze jeździłam rowerem nad Wisłą. I gdyby nie remont, to trwałoby to sobie nadal.

A teraz na nic nie mam czasu. Przytargałam wczoraj z targów książki kilkanaście kilo lektur, najlżejszą pozycję ze smakiem przeczytałam (świetne rozmowy ze znanymi ludźmi o zwierzętach), a reszta poczeka na lepsze czasy, które nie wiadomo kiedy nadejdą. Oswoiłam się z pisaniem na czas i przeprowadzaniem wywiadów, a jutro kolejne wyzwanie - prowadzenie debaty. Na tę okoliczność dziś odpadł i od pazura kawałek lakieru hybrydowego. Na szczęście nie obowiązuje jeszcze zakaz niedzielnego handlu i poszłam do Arkadii, gdzie  manikiurzystka uratowała sytuację. Po zmianie przepisów musiałabym prowadzić debatę z plasterkiem na paluszki;) Jeszcze jest problem butów, gdyż jedyne porządne czółenka zmasakrowały mi stopy. Po latach freelancerstwa kwestia oficjalnego przyodziewku okazuje się problemem, bo w mojej garderobie dominują dżinsy, koszule w kratę, sukienki dresowe, sukienki w kwiatki i buty Crocsy. Bez problemu mi to wystarczało, a nawet uważałam, że mam za dużo ciuchów. Teraz nagle pojawił się kobiecy dylemat: nie mam co na siebie włożyć;) Kiedy człowiek dobrze zarabia, to często okazuje się, że musi wydawać nie tylko na to, na co chce, ale też na to, co jest mu potrzebne do zarabiania. Taki paradoks. Gdy 7 lat temu rzuciłam pracę, to z duża ulgą zaprzestała biegania po sklepach. I teraz, niestety, nadrabiam.

Marzy mi się urlop, a tu okazuje się, że spędzę go tak, jak weekendy spędzam, odkąd najęłam się do roboty, czyli pracowicie. Szykuje mi się wyjazd do Gruzji i Abchazji. Kolejne paradoks. Kiedy wracałam z  Gruzji ostatnio i w drodze na lotnisko zmagałam się z umizgami obleśnego taksówkarza, postanowiłam, ze nieprędko moja noga tam postanie,  a już na pewno sama się nie wypuszczę w tamte strony. A tu szykuje mi się pisanie przewodnika:) Nie jest to jeszcze pewne na razie negocjuję z wydawnictwem warunki i omawiam wyjazd aktualizacyjny. I mimo, że kusił mnie wyjazd zupełnie w inną stronę, to takie zlecenie wydaje się fajnym urozmaiceniem od pisania o finansach. A może jesienią uda mi się wyrwać na drugą półkulę na odpoczynek.

Szkoda że nie udaje mi się równocześnie mieć czasu i pieniędzy. Albo jedno, albo drugie. To i tak dużo szczęścia, bo dużo osób nie ma ani czasu, ani pieniędzy, a wtedy to jest dramat.

sobota, 22 kwietnia 2017

Trzecia infekcja w tym roku pokazuje, że praca źle wpływa na moje zdrowie. Na szczęście dobrze wpływa na stan konta, więc mimo kataru i ogólnej kiepskiej formy robię spory materiał na słabo znany mi temat, gdyż w poniedziałek muszę wypełnić dwie kolumny. A że mam obiecane dwie kolejne newsowe, które będę ogarniać w poniedziałek, to weekend mam upojny. Tak się kończy remont, który doprowadził moje konto do stanu Rowu Mariańskiego. Optymistycznie liczę, że do lipca pospłacam najpilniejsze długi i ograniczę robotę na rzecz przyjemności, a na razie zaciskam zęby i udaję, że nie widzę, gdy życie ucieka.

Mieszkanie nabiera wyglądu. Niestety, nie do końca takiego, jaki chciałam. Przedpokój przypomina trumnę, a podest do spania kojarzy się z katafalkiem. Tak się kończy brak wyobraźni przestrzennej i współpraca z projektantką, która tej wyobraźni również nie ma. Ani zapału do pracy z takim plebsem jak ja, co parę razy dała mi do zrozumienia. Nie wiem czemu, swoją drogą, zdecydowała się podjąć tego zlecenia, skoro od początku mówiłam, czego oczekuję. Potem słyszałam, że ona się nie zna na takim wyposażeniu jak Koło, Cersanit itp., bo robi rzeczy z wyższej półki. Ale w pewien sposób w moim życiu panuje harmonia - wygląd mieszkania koresponduje z tematyką funeralną, którą zajmuję się zawodowo, na własne zresztą życzenie, oprócz innych dziedzin wiedzy.

Jako że jeszcze nie mam piekarnika, kuchenki oraz blatu, obiady jadam poza domem. Dzisiaj poszłam do Vegi i po drodze spotkałam E., moją bliską znajomą z czasów studenckich. Ze zdziwieniem skonstatowałyśmy, że choć od tamtych czasów minęło ponad 20 lat, to my wcale się nie zmieniłyśmy;) E. przekazała mi smutną wiadomość - od 6 lat nie żyje A., moja współlokatorka z akademika. A. zachorowała na raka piersi, miała mastektomię, wydawało się, że wyzdrowiała, aż nagle okazało się, że ma przerzuty do mózgu, które wykończyły ją w dwa tygodnie. Przypomniałam sobie, jak A. w czasach studenckich spieszyła się do ślubu z P. Rodziny młodych perswadowały, żeby poczekali i wymusiły przesunięcie ślubu o rok. A. i P.  pobrali się po 4. roku studiów. Nikt oczywiście się nie spodziewał, że A. będzie tak krótko żyła, ale rozsądek nie zawsze jest dobrym doradcą. Nie mam z czasów studenckich przedfejsbukowych i analogowych żadnych zdjęć, ale nie mogę dziś odpędzić się od obrazu nieco myszowatej dziewczyny w wielkich okularach w plastikowych oprawkach i z bujną fryzurą. A. w długiej błękitnej spódnicy trzymająca gigantyczną różę od P. (w naszym wspólnym pokoju suszyło się i kurzyło tych różnych chyba ze 30), A. w wersji biało-czarnej na egzaminie wstępnym na studia (wtedy się poznałyśmy), A. wpatrzona w P. na akademikowym korytarzu, gdzie godzinami wystawali patrząc sobie w oczy (to było na późniejszych latach studiów, na pierwszy, gdy mieszkałyśmy razem, P. bardzo o A. zabiegał, a ona nie była pewna). A umierając zostawiła 11-letnią córkę. Serce się ściska. Ale myślę, że przynajmniej zdążyła w życiu być szczęśliwa.

piątek, 17 lutego 2017

Zastanawiam się, co jakiego takiego w sobie mam, że do czego się nie dotknę, to minie wychodzi. Nowa praca to z każdym dniem większe rozczarowanie. Mam wrażenie, że dostałam się w środek układów i układzików, których nie rozumiem i w których się nie odnajduję. Nie umiem walczyć o siebie i przebijać się ze swoimi tematami. W ogóle tematyka, za którą odpowiadam, nie cieszy się zainteresowaniem szefów. Coraz bardziej rozumiem, dlaczego moi poprzednicy zostali wyrzuceni - to niekoniecznie była ich wina. Trudno dużo pisać, jeżeli tematy nie są akceptowane. Albo newsy, o których się wie, że w branży znajdą odzew, trafiają gdzież na dół strony z wierszówką groszową. Albo gdy co gorsza człowiek się narobi za nic. Tak jak dziś, gdy dostałam zlecenie wziąć od kolegi kawał tekstu, a potem to, co  wielkim trudem zdobyłam, zostało okrojone do jednego i zdania i nawet mój inicjał nie znalazł się pod tekstem - akurat dobrze płatnym tekstem z obszaru, w którym mam wiedzę dużą większą niż autor. To jest to, czym mnie straszono 6 lat temu, gdy pierwszy raz dostałam propozycję robienia tego, co teraz robię. Nasłuchałam się wtedy, że tu jest dżungla i walka o każdy kawałek gazety do zapisania, bo od tego zależy dochód. Coraz częściej myślę, żeby wykorzystać obecną pracę do znalezienia kolejnej. Na razie odświeżam służbowo dawne znajomości. Dziś np. rozmawiałam ze swoim szefem sprzed ponad 15 lat. Wtedy to był pan dyrektor z ciężką manią dyrektorską, który nawet kawy sam sobie nie robił, a z szarymi pracownikami trzymał duży dystans. Teraz stanowisko ma o wiele wyższe niż wtedy, ale dystans skrócił. Natychmiast mnie skojarzył, zadzwonił do mnie mimo że siedział na urlopie i zaproponował przejście na "ty". Tak, dla ludzi z zewnątrz dziennikarz gazety ogólnopolskiej to jest ktoś, z kimś się liczą. Nie wiedzą, że to jest marnie opłacany wyrobnik, który tak naprawdę nic nie może, którego miesięczny dochód stanowi 1/3 premii, którą dostawałam regularnie w tamtej pracy sprzed ponad 15 lat, o stałych składnikach ówczesnego wynagrodzenia nie wspominając. Dlaczego ja tak bardzo chciałam być dziennikarką?

Praca uzmysłowiła mi na nowo, dlaczego byłam freelancerką. Bo chciałam być z  dala od tych bezsensownych nerwów, użerek i przepychanek. Tyle, że w pracy wolnego strzelca też trzeba walczyć o swoje choć nieco inaczej. Zastanawiam się, co dalej. Czy upierać się przy dziennikarstwie i szukać jakiejś niszy dla siebie, czy jednak pójść do korpo, zaoszczędzić trochę i znowu spróbować z życiem na swój rachunek, ale już nie opierając się/poprzestając na pisaniu. Czy po 40 nie za późno na rewolucję?

Pisanie w ogóle mi nie idzie. W., z którą i o której pisałam książkę, jest niezadowolona z tego, co stworzyłyśmy i wzięła się za poprawianie tego ze swoją znajomą. Ja wprawdzie z owoców naszej pracy nie byłam zadowolona, ale poprawki poszły dokładnie w drugą stronę niż to, do czego chciałam dążyć. Zupełnie inny odbiorca jest celem. Książka jest przesłodzonym świadectwem, które głoszą członkowie różnych wspólnot religijnych. Szkoda mojej roboty i czasu, który mogłam poświęcić na ciekawsze zajęcia, ale za żadne skarby nie podpiszę się pod tym, do czego mnie nowa autorka namawia. Nawet sobie myślę, że książka może lepiej się czytać niż to, co ja napisałam z  W., ale to tylko rodzi pytania, po co i dla kogo się pisze i czym jest dobra książka. Ja chciałam trafić do wyrobionego czytelnika, nie określając religii ani sympatii politycznych odbiorcy, w obecnej wersji książka trafi jedynie do katolików, i to tych spod znaku "Niedzieli", a nie "Tygodnika Powszechnego", do tego wyłażą z niej prawicowe sympatie polityczne. Ja lubię przekazywać treść przy użyciu jak najmniejszej liczy słów, teraz jest odwrotnie, książka jet przegadana i całe fragmenty są o niczym. I do tego ten jeżyk wspólnot religijnych, opisujący wszystkie elementy rzeczywistości jako doświadczanie Bożej obecności, czyli nie spotykam ludzi, ale Bóg stawia ich na mojej drodze po coś, nie zgadzam się na coś, ale przyjmuję, a to co mnie spotyka, jest darem albo obietnicą. Juto spotykam się z obiema współautorkami,które mają mnóstwo dobrych chęci i chcą być wobec mnie w porządku tak bardzo, że ochoczo podpiszą książkę moim nazwiskiem, ta nowa autorka jako ghostwriterka pracuje. I to jest dopiero porażka. A równocześnie jest to ostatnia rzecz w życiu, którą zrobiłam jako wolontariuszka dla innych ludzi. Od teraz będę się trzymać wolontariatu zwierzęcego.

Coraz bardziej widzę, że po to, żeby mieć ciekawą i przyjemną prace, trzeba umieć się sprzedać. A żeby się sprzedać, trzeba siebie samego potraktować jako produkt. A ja sobą zajmuję się na tym blogu, a w tym, co robię poza tym, staram się skupiać na tym, co opisuję, a nie na swoich doznaniach. Nie umiem się lansować. Zadawać z tymi, z którymi warto. Pokazywać, jaka jestem fajna i jak świetnie się znam na różnych rzeczach. Gdy czegoś nie jestem pewna, to mówię. Podobnie gdy czegoś nie rozumiem. Wypowiadam się tylko wtedy, gdy uważam, że mam coś do powiedzenia. Podejmuję się rzeczy, na których się znam. I to wszystko jest najlepszym sposobem na to, żeby całe życie przestać w kącie - to wniosek z ostatnich miesięcy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65