Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
niedziela, 20 lipca 2014

Rozmowa z Elżbietą Dzikowską w Wysokich Obcasach. Przeczytałam i nabrałam energii. Świetna babka, wiecznie młoda, mądra i uporządkowana, a przy tym żyjąca z pasją. "Życie bez pasji jest jak potrawa bez soli" - mówi. Parę lat temu przeprowadzałam z nią wywiad w jej domu w Międzylesiu i było to jedno z moich ciekawszych doświadczeń dziennikarskich. 

Zastanawiam się, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie potrafią być szczęśliwi i spełnieni. Czy to jest umiejętność akceptacji tego, co niesie życie, czy też widzenie jaśniejszych stron życia? Czy może to kwestia substancji chemicznych w mózgu, które u jednych się wydzielają w ilościach hurtowych, a u innych tylko ze wspomaganiem chemii?

Dzikowska nie jest młoda, zapewne jej organizm czuje upływający czas i niekiedy są ją boli i strzyka, jak to u osób po przekroczeniu 40 bywa. Zmarł mąż, którego kochała. Dzieci nie ma. Niejedna osoba na jej miejscu byłaby samotna i zgryźliwa. A ona ma osiągnięcia, radość i energię, żyje twórczo i ciekawie. I ma w sobie coś magnetycznego, co sprawia, ze słucha i ogląda się ją z przyjemnością i jej programy i książki zapadają w pamięć.

Podoba mi się akceptujące podejście do życia. "Gdybym miała dzieci, bardzo bym je kochała. Ale że nie mam, to mi ich nie brak." Otóż to.

I ciepło i sympatią mówi o obu mężach. Zazdroszczę jej rozstania z klasą. Mąż zostawiony ugościł męża przyszłego, panowie porozmawiali, dobre relacje został zachowane. I z oboma mężami miała relacje partnerskie! Szanowali się, wspierali i pozwalali sobie wzajemnie na realizację marzeń, razem i osobno. To akurat jest rozrzutność losu, że na dwóch takich trafiła;) Znalezienie jednego akceptującego kobiece marzenia o podróżach to już nie tak prosta sprawa, a co dopiero dwóch;)

A wywiad został zilustrowany m.in. zdjęciem Dzikowskiej z kotem i psem. Jak oni godzili podróże z opieką nad zwierzętami? W każdym razie pomyślałam, że może by tak wyruszyć w drogę? Taką nieznaną i nieprzetartą. To akurat jest tym, co zależy ode mnie.

Zastanawiam się, na ile nasze myśli i przekonania kształtują nasze emocje. Czy to jest tak, ze nie mogę otworzyć się na nową miłość, bo uważałam, że kocha się na zawsze i że skoro chcę wyjść za tego człowieka, to znaczy, że chcę za tego, a nie za nikogo nikogo innego i że jeśli się czuje, że to ten, to znaczy, że żaden inny? A M. uważał, że dobry związek można stworzyć z tą albo z tamtą, albo z jeszcze inną i dzięki temu migiem po rozstaniu ze mną ożenił się z inną kobietą. Tylko jak zmienić swoje przekonania?

Ostatnio jeden znajomy omawiał ze mną swoje sprawy uczuciowe. Pomyślałam, że może swego czasu M. z jakąś panią rozmawiał na temat związku ze mną i może nawet podobne zarzuty miał. I że szkoda, że nie powiedział o nich mnie, tylko się nakręcał. Ale widocznie nie kochał, tak jak mój znajomy nie kocha dziewczyny, z którą się spotyka. Podobna sytuacja: też mu kiedyś zależało, ale przestało zależeć, jakieś rozczarowanie, rozjazd z wyobrażeniami, niewyjaśnienie sprawionej przykrości, może inna kobieta. Zupełnie inaczej podchodzę do związku, staram się wejść w buty drugiej strony, zrozumieć jej punkt widzenia. Może naprawdę faceci są z innej planety?

piątek, 18 lipca 2014

Upał, duchota, tęsknota za wolnością i piątkowy wieczór, kiedy tradycyjnie wpadam w dołek. Uziemiłam się w Warszawie, gdyż miałam mieć robotę. Pomyślałam, że opchnę ile się da w lipcu,a potem będę mieć trochę luzu. A tu kicha. Wszystko się przesuwa, a ja się nie mogę ruszyć, bo Żbiczka jest po sterylce i nie chcę jej zostawiać, a w perspektywie mamy zdjęcie szwów. Nie to, żebym się nudziła, mam co robić, ale to nie są na tyle pilne rzeczy, żebym nie mogła wyrwać się w góry albo nad wodę.

Koty jednak wiążą, ale gdy patrzę na ufny pyszczek Żbiczki, to nie żałuję uwiązania. Ale chciałoby się mieć wszystko. Na razie dokucza mi stan zawieszenia. W mieszkaniu mam zepsute prawie wszystko i zamiast drobnego remontu chcę zrobić duży, taki z wyburzaniem ścian. Takie plany oznaczają, że jeszcze parę miesięcy muszę popracować na to, żeby mieć za co ten remont zrobić. Liczyłam, że uda się skończyć na liftingu i kupię nowe mieszkanie, a to wynajmę, ale widzę, że to nie ma sensu. Szwankuje elektryka i muszę coś z tym zrobić, zanim definitywnie zostanę bez oświetlenia.

Czyli w perspektywie zarabianie. Nie lubię myśleć o pieniądzach. Lubię żyć z dnia na dzień. Mieć czas na życie, koty, książki, rodzinę, przyjaciół, fotografię, sport i podróże. Życie jest takie ciekawe i bogate, jeśli tylko pozwolić mu się normalnie toczyć, a nie gonić za kasą i funkcjonować w kieracie.

A teraz pustka. Kończy mi się wreszcie infekcja, zaczyna weekend i czuję ten dziwny żal, że coś kiedyś, że coś umarło, że czas płynie, a ciągle boli i nie potrafię się otworzyć na nową miłość. Dziś zaczepił mnie facet na ulicy. Uprzejmy i uśmiechnięty. Odpowiedziałam uprzejmie i chłodno, a po chwili sobie uprzytomniłam, że jestem przeraźliwie zamknięta na nowe znajomości. Od czasu M. nie zaistniał dla mnie żaden facet. I nie wiem, co zrobić, żeby to zmienić.

czwartek, 17 lipca 2014

Rozmowa z prezesem M. na temat współpracy była tak konstruktywna, że aż poczułam, jakbym przeniosła się w czasie o 15 lat, kiedy ucząc się dziennikarstwa spotykałam redaktorów na poziomie, którzy cierpliwie pokazywali mi błędy i uczyli pisania, a przy tym traktowali z szacunkiem i dotrzymywali słowa. Dziś już się zdążyłam przyzwyczaić do zmiany standardów, nieodpisywania na e-maile, niechlujnego redagowania i nieznajomości branży przez osoby redagujące teksty. A tu miła niespodzianka. Konkretna rozmowa, facet zna się na rzeczy, daje dużą swobodę, ramy współpracy zakreślone jasno, stawki konkurencyjne. Jedynym minusem jest to, że teksty będą poradnikowe i do prawa będę musiała wrócić, ale z drugiej strony chcę zrezygnować z pisania na tematy, które mi się już przejadły. Oby współpraca potoczyła się tak dobrze, jak się zapowiada.

Dziś spotkałam moją bliską koleżankę z liceum. Czekałam na autobus, G. przejeżdżała obok samochodem i mnie wypatrzyła. Nie widziałyśmy się 20 lat. Nieprawdopodobne. 20 lat temu miałam 20 lat. Trudno mi uwierzyć w swój wiek. To bodajże Nałkowska napisała: "Wszystkiego byłabym się spodziewała, ale tego, że będę stara, to nigdy".

W pierwszej chwili nie poznałam G., bo miała okulary przeciwsłoneczne na pół twarzy. Figurę ma nastolatki, a od czasów licealnych wyładniała. Gdyby nie była stateczną matką dwójki nastolatków, to bym nie poczuła, że jesteśmy takie wiekowe;) Niestety wypłynął też temat życia osobistego z nieśmiertelnym pytanie, czy wyszłam za mąż i od razu przypomniałam sobie, dlaczego nie wyszłam. I zabolało.

G. wyszalała się za młodu, uczuciowo także, i w stosownym wieku się ustatkowała. Mi się na uczuciowe wzloty zebrało dobrze po 30, więc wylądowałam z kotami. Co wcale nie jest takie złe.

Z G. chodziłyśmy razem do I klasy liceum. Potem ona powtarzała klasę i zmieniła szkołę. Trafiła do najgorszego ogólniaka w województwie, gdzie na dodatek musiała dojeżdżać kawał drogi z przesiadkami. Na wsparcie rodziców nie mogła liczyć i końcu nie wytrzymała. Parę miesięcy przed maturą, już jako osoba pełnoletnia, dała drapaka. Wyjechały z koleżanką za granicę, a o ich przygodach można by napisać książkę. Po drodze spotkały mnóstwo pomocnych ludzi, objechały kawał Europy, a w końcu znalazły pracę jako a-pair. Nauczyły się języków i zarobiły niezłe jak na polskie warunki pieniądze.

Jako że rodzicom nie dały znaku życia, szukała ich policja w Polsce i Interpol. Po 3 miesiącach od zaginięcia policja namierzyła mnie w akademiku i poszłam na przesłuchanie. Policjant spisał moje dane bardzo szczegółowo, z informacjami o przodkach włącznie, i cały czas poprawiał mnie, gdy mówiłam "uciekła" na "zaginęła". A ja wiedziałam, że G. planuje ucieczkę, tylko że policjant nie chciał tego przyjąć do wiadomości.

Skończyło się tak, że jedna z dziewczyn zatęskniła do domu i po 8 miesiącach obie wrócił do Polski. Relacje G. z rodzicami od tego czasu były bardzo dobre, a G. nauczona własnymi doświadczeniami mówi, że swoim dzieciom daje dużo luzu i obdarza je zaufaniem.

Po powrocie G. z giganta widziałyśmy się tylko raz. Potem kontakt się urwał. Aż do dzisiaj. Planujemy spotkać się na dłuższe pogaduchy, ale widzę już, że żyjemy w innych światach. Ciekawe, czy uda się utrzymać znajomość.

środa, 16 lipca 2014

Zadzwoniła dziś do mnie sąsiadka zaniepokojona faktem, że mój kot leży na balkonie i nie chce z nią rozmawiać, mimo że na co dzień ze sobą konwersują;) A koty wszystkie w upał padły pokotem, pokot tylko przenosi się z balkonu na kanapę i z powrotem. O dziwo najlepiej trzyma się Żbiczka, mimo wczorajszej operacji. A każdym razie ucieszyłam się, że nie tylko ja jestem kocioświrnięta;) Może z czasem nawet poproszę sąsiadkę o opiekę nad futerkami, gdy gdzieś wyjadę. Tylko najpierw będę musiała perfekcyjnie sprzątnąć mieszkanie, bo sąsiadka jest pedantką i potrafi nawet pucować lamperie na klatce schodowej.

Żbiczula ufnie tuli się do mnie przez cały dzień. Włazi na mnie, układa się na dekolcie, obejmuje mnie łapką za szyję i tak leży, aż jej się znudzi albo poczuje potrzebę umycia się, a jak po zabiegu nie mam sumienia jej zganiać. Więc ja leżę, Żbiczka leży i robota też leży.

To ostatnie jest najgorsze, bo jak poleży, to się spiętrzy. Jutro idę na rozmowę w sprawie kolejnego zlecenia. Tym razem prasa motoryzacyjna się odezwała. Mogłam pracować w telewizji, nie mając telewizora, to mogę i pisywać do prasy motoryzacyjnej, nie mając prawa jazdy;) Jutro się okaże, jakie warunki zaproponują, wtedy zdecyduję, czy będę się zarzynać kolejną robotą, czy też nie.

A Żbiczka przyszła udeptać mi brzuch i gada coś, mocno przekonująco, ale niestety nie wiem, o co jej chodzi. Muszę więc natychmiast się nią zająć, żeby się tego dowiedzieć i spełnić jej oczekiwania;)

wtorek, 15 lipca 2014

Dziś pozbawiłam Żbiczkę możliwości przekazania fantastycznych genów dalej i jakkolwiek mam świadomość, że sterylizacja jest koniecznością, a przynajmniej powinnością, to nie zmienia to faktu, że jest to okaleczenie zwierzęcia i operacja, która ma takie skutki, jakie operacje miewają, czyli ból i oczadzenie po narkozie. Na szczęście wszystko przebiegło bez problemów, kocica została wybudzona raz dwa i odebrałam ją koło południa całkiem przytomną. Gdybym wiedziała wcześniej, że różnica w cenie między Koterią a lecznicami stanowi odzwierciedlenie zastosowanych środków oraz ostrożności, to na Luftmyszy też bym nie oszczędzała. A Luftmysza biedna po operacji przyjechała dopiero wieczorem skołowana i śnięta, a do tego musiała pościć. A przed operacją nie miała robionych żadnych badań.

Żbiczka i tak wyczuła, że coś niedobrego się święci. Skąd koty to wiedzą? Czy ona widziała, że ja się denerwuję? Nigdy nie lubi wchodzić do transporterka, ale dziś podjęła działania, które można określić jako przemoc domowa. Całą drogę się darła, jak nigdy, a w lecznicy zgubiła mnóstwo futra. Biedna, tak się do mnie tuliła, gdy lekarka ją badała, że z dużymi wyrzutami sumienia ją zostawiłam.

A po wszystkim spotkały mnie wielkie wyrzuty. Chodziła za mną przez cały dzień i gadała, że ona mi ufała, a  jej coś takiego zrobiłam, patrzyła w oczy z wyrzutem, kładła się na moim brzuchu i głośno wyrażała pretensje. Teraz zmęczona śpi.

Wiózł nas taksówkarz kociarz, bo gdy się zamawia taxi i podaje, ze ze zwierzem, to często zwierzoluba wysyłają:) Facet opowiadał, jak jechał kiedyś z klientem i zahamował gdy pies wpadł na jezdnię. Na co klient z wielkimi pretensjami, że nie dodał gazu, bo to przecież taka frajda najechać na psa i on tak zawsze robi. Na niektórych ludzi działa wyłącznie wizja surowej kary. Gdyby przepisy nie chroniła życia ludzi, to byśmy na siebie wzajemnie polowali na ulicach. A tak różne gadziny wyżywają się na bezbronnych i ufnych zwierzętach.

Do kociego hospicjum trafiła dziś młoda kotka, której ktoś wydłubał oczy. Na facebooku ktoś się skarżył, że mu sąsiad w jego własnym ogródku kota otruł, organizacje prozwierzęce teraz mają nawał roboty ze stworami wyrzucanymi na wakacje i kociakami bez mam. Nie mówię o takich drobiazgach jak oddawanie zwierząt, bo się znudziły albo odwidziały. A takie zwierzę przeżywa to strasznie. Psy i koty są wrażliwsze niż ludzie, przywiązują się i kochają bezinteresownie. Koty, które po paru miesiącach w domu wracają do domu tymczasowego czy schroniska są przeraźliwie smutne, jak to powiedziała moja znajoma o kocie, którego ludzie oddali do niej, bo po roku "objawiła się alergia", miał najsmutniejsze kocie oczy na świecie, gdy zorientował się, że ludzie go oddali.

Właściwie życie mi teraz upływa pod znakiem kotów. To moja wielka miłość na drugie czterdziestolecie;) Gdy tak siedzę w kocich sprawach i widzę, co ludzie robią zwierzętom, to nie potrafię być obojętna i coraz bardziej w to wsiąkam. Podróże zeszły na dalszy plan, zresztą nie mogę zgubić infekcji, więc siłą rzeczy jestem uziemiona. W zasadzie jestem rozdwojona, bo ciągnie mnie w świat, ale koty nie lubią się ze mną rozstawiać. A już Żbiczka tak mi ufa, że wyjątkowo podle się czuję, gdy gdzieś wybywam;)

niedziela, 13 lipca 2014

Dziś będzie o kotach i o prawie. Monotematyczna się robi, ale jestem wkurzona i zbulwersowana.

Dwa miesiące temu doszło do takiego zdarzenia. Dziewczyna, opiekunka 6 kotów, poleciała do Norwegii na pogrzeb brata. Koty zostawiła pod płatną opieką Julii G., właścicielki firmy Pet Bon Ton, zajmującej się m.in. profesjonalną opieką nad zwierzętami pod nieobecność opiekunów. Dwa koty udusiły się w pralce, umierały co najmniej 8 godzin. Jak do tego doszło? Otóż pani przypadkiem zamknęła otwartą pralkę, do której schowały się koty. Nie wiem, czy nie zauważyła, że zamknęła, choć to dziwne, bo akurat ten model zamyka się ciężko, czy też zauważyła, ale nie zorientowała się, że weszły tam koty, co jest dziwne, bo każdy kociarz takie rzeczy robi odruchowo, a o była siła fachowa. Wychodząc nie policzyła kotów, co też dziwi. Przy kolejnej wizycie się nie zaniepokoiła, że liczba kotów się nie zgadza i założyła, że koty schowały się pod łóżkiem, a do opiekunki napisała smsa, ze z kotami wszystko w porządku - dodam, że mieszkanie małe, więc skrytek znowu tak dużo nie ma. Znając koty, te 4 pozostałe pewnie prowadziły ją do pralki i pokazywały, ze coś nie tak, bo koty tak reagują, gdy coś się dzieje z osobnikiem z ich stada. A na koniec pani zostawiła cały ten przykry majdan do sprzątnięcia właścicielce, opłaciła za to pogrzeb i nie wzięła pieniędzy za "usługę" mówiąc, że dzięki temu właścicielka szybciej kupi sobie nową pralkę....

Teraz petsitterka tłumaczy, że jej nie powiedziano, że pralka jest otwarta i że inna kocia skrytka jest zamknięta, więc to właściwie wina właścicielki zwierzą. Wypadek, szereg nieszczęśliwych zdarzeń, zbieg okoliczności - sorry, taki mamy klimat. Zresztą wiadomo,  to "tylko koty".

Przestępstwa nie ma, bo znęcanie się nad zwierzętami występuje tylko z winy umyślnej, której u się nie udowodni, bo zamknięcie pralki musiałoby być celowe. Wszak kot to nie dziecko, a gdy dziecku coś się stanie z powodu niedbalstwa opiekunki, to jest raban. Tylko że kot cierpi tak samo jak dziecko. O ile nie bardziej, gdyż koty mają większą wrażliwość na ból niż ludzie. My po prostu mamy więcej empatii dla osobników własnego gatunku i naturalny, wrodzony instynkt opiekuńczy wobec dzieci. Inna rzecz, że nawet umyślne okrucieństwo wobec zwierząt nie jest karane, mimo że są podstawy prawne. Co skądinąd jest zupełnie naturalne, w końcu ludzie jedzą befsztyki nie interesując się specjalnie, w jaki sposób zginęła krowa, która mięsa na befsztyki dostarczyła i czy ją bolało przed śmiercią.

Poszkodowana dziewczyna, która po tej historii leczy się u psychiatry, wystąpiła na drogę sądową, cywilną oczywiście. Moim zdaniem powinna dostać wysokie odszkodowanie i zadośćuczynienie, bo są do tego przesłanki: szkoda, popełnienie przez sprawcę czynu niedozwolonego, związek przyczynowo skutkowy między czynem a szkodą oraz wina (umyślna - gdy sprawca chce wywołać określone skutki albo na nie się godzi bądź nieumyślna, czyli lekkomyślność bądź niedbalstwo. Jako że udowodnienie czynu niedozwolonego może być trudne, biorąc stosunek polskich sądów do zwierząt, można dochodzić odszkodowania z tytułu nienależnego wykonania zobowiązania. Wtedy do pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności wystarczy oprócz szkody, związku przyczynowego miedzy szkodą a działaniem sprawcy i winy wykazanie, że szkoda jest następstwem okoliczności, za który sprawca ponosi odpowiedzialność. To ostatnie jest tu jasne, choć polskie sądy mają dużą swobodę, z której różnie korzystają. Ostatnio czytałam o wyroku zasądzającym wypłatę odszkodowania przez właścicieli psa za to, że ów czworonóg obszczekał sąsiadkę (bez ataku na nią, pies miał kaganiec), a rzeczona pani ze strachu spadła ze schodów. Ja tu adekwatnego  związku przyczynowego między szczekaniem a spadnięciem nie widzę, związek jest, ale bardziej w sferze psychiki owej pani niż w realnym świecie. W końcu spadanie ze schodów nie jest normalną, możliwą do przewidzenia reakcją na szczekanie psa sąsiadów. No ale sąd uważał inaczej.

Wracając do sprawy. Wstrząsnęła mną bardzo, bo wyobrażam sobie, jak ciężko musi teraz być właścicielce (nie lubię tego słowa w odniesieniu do zwierząt) kotów. Nie wiem, czy kiedykolwiek bym się podniosła, gdyby moje koty coś takiego spotkało. A tę panią miałam zaznaczoną jako potencjalną opiekunkę moich sierściuchów, gdyby na czas któregoś wyjazdu nikt znajomy nie mógł zająć się kotami. Wkurza mnie nazywanie tej sytuacji wypadkiem, jak to robią chociażby dziewczyny,z  którymi zajmuję się kotami w Powsinie. To nie był wypadek, to był ciąg rażących zaniedbań skutkujący śmiercią w męczarniach zdrowych, młodych i kochanych kotów. Gdyby opiekunka dziecka oglądała telewizję, a w tym czasie dziecko utopiło się w wannie, o byłoby jakieś usprawiedliwienie? Albo gdyby lekarz w natłoku obowiązków zamiast prawej nogi uciął pacjentowi lewą? Nie. Jeśli od nas zależy czyjeś życie, czy to człowieka, czy zwierzęcia, takie zaniedbania nie mogą mieć miejsca. Nie mogą i już.

Po całym zdarzeniu petsitterka jak gdyby nigdy nic reklamowała swoje usługi, udzielała wywiadów, w których tłumaczyła, jaka jest świetna, szkoliła ludzi z opieki nad zwierzętami. Sprawa wyszła, gdy poszkodowana jakoś się ogarnęła i opisała w internecie sytuację. Kotom życia nic nie wróci, ona nie przestanie przeżywać. Właściwie to teraz chodzi o wzięcie/przypisanie odpowiedzialności za śmierć kotów i tzw. prewencję generalną, czyli uczulenie ludzi na to, komu zostawiają zwierzęta, że szkolenia i kursy nic nie znaczą, jeśli nie empatii, no i o to, żeby samemu uważać, bo z powodu naszych zaniedbań koty mogą ponieść śmierć.

poniedziałek, 07 lipca 2014

Zmęczenie, nadmiar obowiązków i złość na gupie panie od marketingu sprawiły, że spontanicznie pojechałam w weekend na Suwalszczyznę spłynąć Czarną Hańczą. Przebolałam jakoś, ze spływ był w dużej grupie i zorganizowany przez półprofesjonalistę. Na szczęście nie wpłynęliśmy watahą, tylko każdy kajak płynął sobie, a mi jako sternik przypadła starsza pani ku mojej uldze, gdyż zdecydowanie wolę w kajaku starszą panią niż młodego pana.

Czarna Hańcza jest piękna, choć ani specjalnie dzika, ani specjalnie czysta nie jest. W weekendy ludzi płynie tam tyle, co łazi na Giewont. Zatorów nie było, bo rzeka jest łatwa, ale wieczorne śpiewy na licznych polach namiotowych odstraszają niestety naturalnych mieszkańców tamtych terenów.

Z moją sterniczką płynęło się dobrze, choć niespecjalnie była wyrywna do wiosłowania i często się zagapiała. Ale ja się chciałam namachać, więc byłam zadowolona.

Po drodze mijałyśmy ptasie rodziny łabędzi i różnych kaczek, widziałam też żurawia, cyraneczki i perkozy. Kaczki moczył kupry w rzece i polowały na ważki.  Łabędzie rodziny przeważnie trzymały się familijnie, a jedna była nadzwyczaj liczna, aż 11 brzydkich kaczątek tam było, aż się zastanawiałyśmy, czy to wszystkie ich rodzone, czy też częściowo adoptowane. Lubię obserwować, jak maluchy podążają za mamą. Łabędzica hyc do wody, a kajtek taki jeszcze puchaty chlup za nią.

W pewnym momencie mijałyśmy kaczkę z trójką maluchów. Dwa kaczątka przepłynęły na drugą stronę rzeki, a trzecie guzdrało się w szuwarach popędzane przez matkę. Kaczka w końcu tuż przed naszym kajakiem przepłynęła za dwójką dzieci, a maruder został sam. Wtedy się ocknął. Galopem, nie płynąc, a biegnąc po wodzie,  popruł do mamusi przed samym dziobem kajaka. Z miny kaczej mamy wywnioskowałam, że zaraz będzie reprymenda w stylu "a nie mówiłam";)

Na koniec się zgubiłyśmy. Wiem, ze to brzmi absurdalnie, bo jak można zgubić się na łatwej rzece, która, jak to rzeki mają do siebie, płynie w jedną stronę. Ale do gubienia się mam talent. Zamiast skręcić w prawo przed mostem w Rygolu, zapatrzyłam się na łabędzie i popłynęłam sobie w stronę Białorusi. Gdyby po drodze nie trafił się jaz, to pewnie byśmy były pierwszymi emigrantami na Białoruś;) Kiedyś kajakami próbowano uciec do Szwecji, teraz można do Łukaszenki;) Na szczęście przy zaporze nie przyszła nam do głowy przenoska, tylko zasięgnęłyśmy języka i zawróciłyśmy w stronę Augustowa.

Do domu nie wróciłam wypoczęta, tak jak zakładałam. Wróciłam zaziębiona, pogryziona, z bolącymi mięśniami, opalenizną w paski i wysypką, zapewne spowodowaną zanieczyszczeniami rzeki. Ale i tak naładowałam akumulatory i gdy zamykam oczy, widzę zieleń.

Sierściuchy przywitały mnie fochem. Zwłaszcza Luftmysza. Jak się okazało, foch był uzasadniony. R., który się zajmował kotami pod moją nieobecność mówił, że Pumek i Żbiczka atakowali Luftmyszę. Jak nic chcieli przejąć władzę;) Ponoć nawet Pumek bronił raz Luftmyszy, gdy Żbiczka ja atakowała, ale aż wydaje mi się nieprawdopodobne. Zwykle Pumek goni Żbiczkę, a Luftmysza jej broni.

R. do kotów ma podejście, ale okazało się, że one traktowały go na dystans, czemu osobiście się dziwię, gdyż do R. nawet ja nie mam dystansu. Pumek i Luftmysza przychodziły co jakiś czas na mizianie, a Żbiczka nie dawała się dotknąć. Żbiczka wierna kicia, nie da się przekupić pełną michą i mizianiem;) Uznaje tylko mnie, na mnie przesiaduje godzinami i ciągle upomina się o głaskanie. Mam wrażenie, że na skutek tego, że trafiła do mnie jako niespełna dwumiesięczny kociak, traktuje mnie jako osobnika swojego gatunku, tylko nie może się zdecydować, czy obie jesteśmy ludźmi, czy kotami;)

środa, 02 lipca 2014

Swego czasu śledziłam blog Chustki - dziewczyny walczącej z rakiem z dużą determinacją. Przy okazji zachwyciła mnie wielka miłość Chustki i jej Niemęża. Zdaje się, że nawet na blogu pisałam coś na ten temat. Chustka umarła wtedy, gdy ja leżałam w szpitalu i miałam kolejną operację i myślałam, jak zupełnie przeciwne doświadczenia mamy. Ona przegrała z chorobą, ale spotkała wielką miłość, faceta, który był z nią do końca i zapewnił jej poczucie szczęścia mimo cierpień, które ją spotykały. Ja chorowałam bez porównania lżej, choć 3 operacje jedna po drugiej nieco mnie zmęczyły, ale rozstałam się i próbowałam wierzyć, że nie z powodu mojej choroby pan wycofał się ze związku. I czułam się tak bezbrzeżnie nieszczęśliwa.

Ostatnio przypomniałam sobie, że Niemąż Chustki miał napisać książkę. Wrzuciłam więc go w google. I znalazłam informacje, ale nie o książce. Otóż ów pan siedzi w więzieniu i trafił tam, zanim poznał Chustkę. Jak internet mówi, za gwałt. Do tego ma na koncie łowienie pań na sympatii i wykorzystywanie ich finansowo. Informacje wyglądają na rzetelne, w każdym razie wiadomość o więzieniu pochodzi od samego zainteresowanego.

Chustka pisała, że on ma przeszłość zakonną. Specyficzny to zakon. Chustka więc kłamała. Gdzie są granice prawdy i kłamstwa? Jej książkę kupiłam nie dlatego, że dziewczyna była miła i nie dlatego, że była mi mentalnie bliska, ale dlatego, ze dobrze pisała i mądrze, stanęła w obliczu śmierci, nie uciekała przed tym i pisząc o szczegółach poruszała tematy uniwersalne. Jej choroba, cierpienie, śmierć, miłość do dziecka i do Niemęża były prawdziwe. A reszta? Czy to ma znaczenie? Nie wnikam, czy Niemąż ją kochał, czy tylko uciekał przed więzieniem. Przestępcy też są zdolni do miłości, a opieka nad chorym na raka wymaga ofiarności. Nie siedzę w drugim człowieku i nie wiem, jak było naprawdę. Ale już chyba o niczyjej miłości nie powiem, że jest taka wielka i wyjątkowa, bo tego nie można powiedzieć, patrząc z zewnątrz.

***

Dziś zwątpiłam w swoją zdolność zarobienie ludzkich pieniędzy. Nie nadaję się do copywritingu i ghostwritingu. Kontakty z marketingowcami w firmach finansowych mnie przerastają. Ani nie znają się na sprawach merytorycznych, ani nie mają pojęcia, jak dotrzeć do odbiorcy. umowa jedno, a oczekiwania to drugie. Najpierw trzeba im tłumaczyć, że to, co według nich mam napisać, jest bzdurą do kwadratu, a potem się okazuje, że nie tylko z treścią są problemy, ale i z formą i jedynym akceptowalnym językiem jest bełkot marketingowy. Choć zdarzają się też elementy zabawne. Napisała, że firma X. korzysta z usług profesjonalistów z pewnej branży. Zakwestionowała to pani od marketingu twierdząc, że firma X. nie może dać gwarancji, że fachowcy, za których usługi płacą jej klienci, są profesjonalistami ze swojej branży, więc nie mogę tak napisać;)

sobota, 28 czerwca 2014

Dziś świętowaliśmy 30-lecie ślubu państwa G. Wesoło i z polotem, zgodnie z twórczą inwencją potomstwa nowożeńców. Państwo G. to jedno z takich małżeństw, które przywraca wiarę w istnienie miłości i trwałości związku. Są ludzie, którzy nie dość, że się potrafili dobrać, to jeszcze potrafią trwać i do tego robią to z pożytkiem dla siebie, swojej rodziny i otoczenia. Bardzo wzruszająco dzisiaj było.

Co nie zmienia faktu, że przed uroczystością musiałam poratować się lorafenem, bo jednak mocno mnie ukłuło, że człowiek, z którym miałam spędzić życie ślubował miłość innej i z nią tworzy ten mikroświat, który ma trwać do śmierci. A ten mikroświat, który tworzył ze mną, to było, nie wiem, może próba generalna, może zabawa. I znowu mi się przypomniało, co zrobiłam kiedyś nie tak i to, że nawet gdybym nie zrobiła paru rzeczy nie tak, to i tak by się rozpadło, bo M. mnie nie kochał.

W. mówi, że Pan Bóg płata niespodzianki i że nawet, gdy coś nie wychodzi i cierpimy, to jak zawsze znajduje się lepsze rozwiązanie i po czasie widzimy, że tak jednak jest lepiej. U niej w życiu rzeczywiście tak się układa i z różnych opresji wychodzi ona obronną ręką. Ja w przeddzień rozstania z M. też tak rozumowałam i cieszyłam się, że rozstałam się z wcześniejszym mężczyzną, gdyż dzięki temu jestem z kimś tak wspaniałym jak M. Los mi zawsze coś wykręca, gdy myślę, że jest świetnie. Zresztą, nasze rozstanie wyszło na dobre M., bo dzięki niemu spotkał on kobietę życia. Tylko ja nijak nie mogę doszukać się dobrych stron tego, co się stało, bo nawet, gdy racjonalnie patrząc widzę, że nie powinnam być z tym człowiekiem, to i tak faktem jest, że kochałam go jak głupia i sporo straciłam wchodząc w związek z nim. Bo teraz, owszem, żyję fajnie, twórczo, ciekawie, mam przyjaciół, bliskich ludzi, rodzinę, kochane sierściuchy, pasje, książki, młody wygląd i resztki urody, zdrowie i przyzwoite dochody, ale i tak czuję, że straciłam coś najważniejszego w życiu.

Dziś też pobrali się A. i K. Poznali się świeżo po moim rozstaniu z M. i to poznali w sposób, który mnie zawsze odrzucał, czyli na sympatii. A oni się odnaleźli tam jakoś i wróżę im szczęśliwe małżeństwo. Bo mają dla siebie czas, umieją celebrować codzienność, nie ograniczając jednak swojego życia do tej codzienności, angażują się w życie i nie są egoistami. Może za 30 lat będą tak radośnie świętować, jak dziś państwo G., czego im serdecznie życzę:)

czwartek, 26 czerwca 2014

Opowiedziałam o wczorajszym zdarzeniu W., a ona się ze mną podzieliła swoją historią sprzed lat parunastu.

W. przez 10 lat była całkowicie niewidoma. Kompletna ciemność, bez żadnych przebłysków. Ale W. nie jest typem, który da się zamknąć w domu, więc nie dość, że pracowała zawodowo, to jeszcze wyjechała (sama!) do Indii pracować jako wolontariuszka z niewidomymi dziećmi. Co to dla takiej osoby ulice warszawskie?

A jednak. To były czasy, gdy na skrzyżowaniach nie było jeszcze sygnałów dźwiękowych dla niewidomych i żeby przejść przez ulicę W. musiała pytać się ludzi, jakie jest światło.

Któregoś razu na Skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Nowego Światu W. zadała to pytanie jednemu panu. W odpowiedzi usłyszała, że światło jest zielone, więc śmiało wkroczyła na jezdnię. Nagle rozległ się pisk opon. Okazało się, że W. weszła prosto pod samochód, gdyż światło miała czerwone.

- Co pani robi? Nie mogła się pani kogoś spytać, jakie jest światło? - krzyczał wkurzony kierowca.

- Spytała, ale jej powiedziałem, że zielone - na to pan, który udzielił W. wskazówek. - Po co taka ma się męczyć? Chciałem, żeby już się nie męczyła.

***

Razem z W. piszemy książkę. O niej i o jej adoptowanej córce. Po każdej wizycie u W. mam przypływ energii. Ta kobieta to przeciwieństwo mnie, widzi jasne strony życia i z każdej sytuacji bierze coś dobrego. Próbuję dotrzeć, skąd się to bierze, bo w życiu ma naprawdę pod górkę. I o tym też będzie książka.

A ja swoją drogą zwyżkuję. Leki działają. Spontanicznie kupiłam bilet na samolot do Erewania na wrzesień. Wahałam się między Kurdystanem a Kazachstanem, ale gdy wpadła mi w oko promocja Lotu do Armenii, to zastanawiałam się całe 3 minuty, bo tanie bilety u naszego narodowego przewoźnika znikają w ciągu paru chwil. I wreszcie polecę na wakacje z Warszawy i do tego bez przesiadek:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59