Czekam na obchód. Decyzja o opuszczeniu tego miłego miejsca należy do mnie. Wszytskie panie przebierają nogami, do wyjścia, a ja się waham.
Bo mój dom to nie dom. Dom jest miejscem, gdzie są ludzie, a nie gdzie mieszka się samemu. Bo nie mam siły wejść na czwarte piętro, bo jak będę funkcjonować, kiedy chodze sgięta w pół i każdy krok boli. Chętni do pomocy są. Ale po 3 dniach będę musiała radzić sobie samodzielnie, a zupełnie sobie tego nie wyobrażam, w tej chwili umycie zębów jest dużym wysiłkiem, a prysznic okupiłam stanem podgorączkowym, tak się zmęczyłam;)
Widzę, że musze pomyśleć o zmianie mieszkania na bardziej sprzyjające, bo coś mi sie widzi, że z wiekiem takie sytuacje mogą zdarzać się częściejj. Wprawdzie mój osiemdziesięcioletni sąsiad o jednej nodze gramoli się jakoś na 4. piętro, ale on jest z pokolenia herosów, a ja jestem mizernym produktem lat 70. bez zacięcia do bohaterstwa.
Zaczynam też rozumieć, czemu tu się nie patyczkuja z pacjentkami. Tu jest po prostu za mało personelu. W nocy są 2 pielęgniarki i mają taki sajgon, że szczerze im wspólczuję. Przeklinaja komputery, do których każą im wszystko wpisywać, włacznie z każdympodanym lekiem, gdy tymczasem na oddziale liczącym 50 pacjentek cały czas coś się dzieje. A to nagły przypadek, to do operacji trzeba przygotować, to po zabiegu przewieźć, do tego ciągle ktoś coś woła, bo generalnie same obolałe i mało sprawne przypadki tu leżą. Dziennie zdarza się po 40 wypisów i tyle samo nowych pacjentek, ja się dziwię, że oni to w ogóle ogarniają.
Wreszcie jem i nabieram sił. Poranny personel jest miły i pomcny, od razu inaczej dochodzi się do formy:)
Wstaję jeszcze zgięta w pół, ale juz spróbuję się samodzielnie wykąpać. Nadrabiam też zaległości w spaniu. Ambitne plany pracowania i czytania w szpitalu biorą w łeb. Ani chybi się starzeję, 15 lat temu po wszczepieniu rozrusznika natychmiast zabrałam sie za tłumaczenie książki.
Zaczynam chcieć do domu. To dobry objaw. Może sę jutro jakoś wczołgam na to czwarte piętro. I będę powoli mogła się wziąć za porządkowanie życia. Ale cienko widze najbliższe miesiace pozbawione głównych atrakcji, a bogate w rozmaite problemy.
Opatrunek mam sobie zdjąc sama pod prysznicem. Dzień po operacji. Nie mam siły wstać sama do toalety, z bólu zwijam się w trąbkę, a każą mi brać prysznic i ściągać opatrunek. Uczucie bezradności jest okropne. Zastanawiam się, czy w tym szpitalu nie jest przyjęte korumpowanie pielęgniarek celem zapewnienia sobie opieki.
Pytam się pielęgniarki, jak mam to zrobić, skoro nie mam siły. - Trudno, musi sobie pani jakoś poradzić - pada odpowiedź. Druga pielęgniarka mówi, że mam nie ściągać opatrunku, skoro mam z brzucha rurkę. Ciekawe, czy tę rurkę też każą mi samodzielnie wyjąć?
Żyję, pocięta i pozszywana. Raka nie mam, choć na 100% będzie to wiadomo po histopatologii.
Czuję się jak się czuję i nie jest to samopoczucie z tych nadzwyczajnych, ale jak na dzień po operacji, to jest całkiem nieźle.
Rotacja jest tu ogromna, niemal zaraz po zaszyciu wyrzucają człowieka ze szpitala, nawet do zdjęcia szwów nie czekają. Prawdę mówiąc, średnio widze swoje funkcjonowanie, jeśli mnie wyproszą w sobotę.
W nocy na sąsiednie łóżko przyjęli dziewczynę z poronieniem. Prawie cały czas siedzi przy niej mąż, wpatrując się w nią z taką miłością, że aż miło patrzeć. Biedna, strasznie się wycierpiała w nocy. Teraz głównie śpi, a on patrzy na nią z troską i czułością.
Tu stosują zimny wychów pacjentek. Wstawać bez asysty i koniec. W głowie się kręci? Nieważne, przetrzymać. I przytrzymać się czegoś, żeby nie zemdleć. Nie wiem, czy funkcjonuje tu instytucja lekarza prowadzącego. Ten, który mnie operował, przyszedł rano powiedzieć bardzo ogólnie, co mi zrobili, co znaleźli i jakie będą skutki. Mam nadzieję, że na wychodne powiedzą mi, co dalej. Na razie tylko dopytałam o aktywność i do końca czerwca żadnego sportu. Trudne to będzie, ale nie takie przerwy a aktywności życiowej się miało. Mam nadzieję, że powetuję sobie to latem:)
A potem już było tylko lepiej. Przeszedł doktor i powiedział, że może mi znowu przesuną operacje, bo mają pilniejsze przypadki. W sumie to dobrze nie być pilniejszym przypadkiem.
Doktor powiedział, że ryzyko zmian pooperacyjnych może doprowadzić do niepłodności i ryzyko jest dużę. A operować trzeba. Dobrego wyjścia nie ma. Pomyśleć, że wczoraj przyszlam tu na podobno drobny zabieg laparoskopii;)
Teraz czekam na sucho i głodno na informację, czy operacja będzie dziś planowo o 10, dziś później czy jutro. I prawdę mówiąc, siada mi psychika. Wolałabym mieć czas na skonsultowanie z kimś, czy robic operację w takim zakresie. Lekarz wygląda na godnego zaufania, ale tu jednak chodzi o jedną z najważniejszych spraw w życiu.
No i jeszcze to i owo może okazac się w trakcie operacji. Aż boję się myśleć, co, w takim tempie pogarsza się sytuacja.
Za to szczerze podziwam personel. Pielęgniarki symatyczne, cierpliwe, uśmiechnięte i zadbane już od 6 rano. Lekarze uprzejmi i rzetelnie udzielający informacji. Gdyby mi ktoś kazał za co dzień funckjonowac przytmonie od 7 rano czy wcześniej, to miałąbym w oczach mord, a uśmiechu nie wydobyłaby ze mnie żadna siła. A tu jest naprawdę sympatycznie.
Dlatego teraz nęka mnie pragnienie skonsumowania świeżutkiego ogóreczka oraz kiełbaski, otrzymanej na kolację przez moją towarzyszkę szpitalnej niedoli. Jak to apetycznie pachnie. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byłam wegetarianką;)
A tu dieta. Nic nie wolno. Pracować wolno, ale na głodno nawet praca ciężko mi idzie.
Fajny jest ten szpitalny babiniec. Nikt nie smęci o chorobach, wspólnie ironizujemy na temat różnorakich krępujących zabiegów i uwagi nie zaprzatają żadne osobniki płci męskiej. Nie wiem wprawdzie, czy jutro będę miała równie dobry humor, ale będąc pod narkozą, przynajmniej nie będę miała złego;)
Jako lekturę mam czytadło "Cukiernia pod Amorem" czy coś takiego, niestety wymiękłam dość szybko przy opisach jagodzianek, to nie jest lektura na głodek. W tych okolicznościach chyba sięgnę po literaturę ambitniejszą. Choć to też na głodno nie wchodzi. A "Życia na gorąco", "Party" czy innego fascynującego czasopisma nie mogę nabyć z tego prostego powodu, że akurat dziś panowie wyburzyli szpitalny kiosk. Szkoda, że nie kupiłam sobie czegoś o ciekawych medycznych przypadkach, to by chyba było obecnie najbardziej wciągające.
A ja jestem spokojna i wyluzowana. Mam wrażenie, ze tym szpitalu rozpylają gaz uspokajający;)
Bo na zdrowy rozum to nie mam się z czego cieszyć. Nie będzie laparoskopii, bo sie boją, że mi się rozrusznik rozmagnesuje. Więc będą ciąć tradycyjnie. A zakres operacji też okazał się szerszy niż zapowiadano. Trochę pobędę więc na garnuszku państwa i niestety zapomnieć muszę o tratwach na Biebrzy w długi weekend czerwcowy. Oraz zapewne o pobycie w Wysowej. No cóż, intuicja mi dobrze podpowiadała, że coś się skomplikuje.
Operacji natomiast programowo się nie boję, bo tu jest zwyczajnie miło. Lekarze i pielęgniarki informują dokładnie o wszystkim, mówią o mnie "młodziutka", więc od razu zaczynam się czuć jak dwudziestkapiątka;) Przykrymi aspektami życia zajmę się wtedy, kiedy się wydarzą.
Czas operacji zbliża się nieubłaganie i im jest bliżej, tym bardziej mnie to paraliżuje. Jakoś intuicyjnie nie mam zaufania do tego szpitala i nie mam tam lekarza, któremu bym ufała. Z jednej strony boję się, że mnie znowu odeślą, z drugiej - boję sie tej operacji, utraty siły, utraty formy, a najbardziej utraty paru części ciała albo diagnozy, że to jednak rak.
Kondycję mam dobrą, codzienny basen i dźwiganie na czwarte piętro ton zapasów niczym dla rodziny wielodzietnej znakomicie działa na formę i rozładowuje nagromadzone napięcie. Z robotą jestem prawie na czysto, mieszkanie wypucowane jak dawno nie było, nawet zaległe naprawy krawieckie porobiłam. Przede mną pakowanie i czuję się, jakbym jechała na koniec świata, w podróż w nieznane. Tchórzem jestem, że się tak boję. Przed samotną podróżą do Kambodży nie bałam się nawet w małym ułamku tego co teraz.
Emocje ostatnich miesięcy kumulują się i co jakiś czas następuje eksplozja. Zachowuję się jak histeryczka. Płaczę przez dwie godziny, a potem nagle mi mija i piszę tekst albo szoruję szafki kuchenne. Nie mam czasu myśleć o tym, że jest do kitu i nie tak miało być, ale czasem to myślenie dociera do mnie i następuje eksplozja.
Widze, że najwięcej w głowie dzieje się nocą. Śpię mocno, ale gdzieś tam kotłują się myśli i co dzień budzę się z jakąś nową konkluzją dotyczą różnych spraw w życiu.
Zakwitły akacje. To są dni, kiedy najbardziej lubię być w swoim mieszkaniu. Otwieram okno i czuję ich zapach. Staram sie wtedy nigdzie nie wyjeżdżać. Szkoda, że teraz pora kwitnienia przypada na szpital.
Groteskowy aspekt wczorajszy opisałam, a dziś znowu zbierają mi się gorzkie myśli.
Czasem myślę, że bratanica rekompensuje mi to, że nie będę miała własnych dzieci. Patrzę, jak rezolutne i myślące jest sześcioletnie stworzenie i mnie to zdumiewa. Może dlatego, że nie na dzieciach się nie znam.
Powiedziałam Weronice, że jest coraz bardziej podobna do swojej mamy i taka ładna jak jej mama. A dziecko z pełną powagą mówi:
- Wiesz ciocia, ja tak patrzyłam w lustro i przyglądałam się, i widziałam, że do ciebie tez jestem podobna:)
Spytała się mnie też, czy dorośli płaczą. Powiedziałam, że tak, a ta bystra istota przypomniała mi, że 2 miesiace temu złapała mnie na gorącym uczynku popłakiwania i powiedziałam jej wtedy zapytana, że płaczę, bo odrzucił mnie ktoś, kogo kochałam.
I padło kolejne pytanie: dlaczego ten ktoś mnie odrzucił. Ups. Co tu odpowiedzieć? Najlepiej prawdę: bo mnie nie przestał kochać.
- A dlaczego cię przestał kochać? - ha, żebym to ja sama wiedziała... Przeciez jeśli się kocha, to się tak sobie nie przestaje z piatku na sobotę. Więc pewnie się nie kochało wcześniej. Miłość to akceptacja, to życie z myślą o tej drugiej osobie. Dziecko to intuicyjnie czuje. Jest przecież kochane przez rodziców, dziadków, ciocie i wujków. Ale zawiłości i pokręcenia relacji dorosłych ludzi sześciolatka nie pojmie. I dobrze, bo to się wiąże z utratą poczucia bezpieczeństwa.
- Dorośli ludzie tak mają, że czasem przestają się kochać i przestają być razem - na razie taka odpowiedź wystarczyła. Ale intuicja mi podpowiada, że na tym nie koniec dociekań.
I pomysleć, że sama się w nie wrobiłam, informując swego czasu dziecko o przyszłym wujku i przeprowadzce do Krakowa. Niedoszłym wujku, który okazał entuzjzm, gdy się dowiedział, że rodzinę poinformowałam o naszych poważnych planach. Bo przecież byłam tak pewna, że te plany sa poważne. Mam nauczkę na przyszłość, że zasada ograniczonego zaufania obowiązuje nie tylko w ruchu drogowym.
- Szanowni państwo, zepsuł się elektrowóz - oznajmił przez mikrofon kierownik pociągu relacja Łódź Kaliska -Warszawa Wschodnia po kwadransie postoju w oklicach Ursusa.
- Maszynista biega dookoła elektrowozu i próbuje naprawić, ale szczerze mówiąc, cienko to widzę - dodał szczerze po chwili. - Być może jakiś elektrowóz po nas przyjedzie, ale nic więcej nie wiem.
Co było robić? Rozejrzałam się po okolicy i podjęłam decyzję o ewakuacji. Nie ja jedyna. Kierownik pociągu pożegnał nas słowami:
- Proszę państwa o cierpliwość. Jeśli już ktoś decyduje się skakać z pociągu, należy dobrze się rozejrzeć, gdyż po sąsiednich torach jeżdżą pociągi.
Rozjerzałam się i skoczyłam. W pantofelkach na obcasach, bo akurat wyelegentowana wracałam z urodzin bratanicy. A skok był niczego sobie, bo po wylądowaniu na gruncie nie byłam w stanie zamknąć za sobą drzwi do pociągu, gdyż nie dosięgałam. Mimo obcasów;)
Półtorej godziny później byłamw domu. Ciekawa jestem, czy pociąg nadal stoi w Ursusie;)