Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
sobota, 22 kwietnia 2017

Trzecia infekcja w tym roku pokazuje, że praca źle wpływa na moje zdrowie. Na szczęście dobrze wpływa na stan konta, więc mimo kataru i ogólnej kiepskiej formy robię spory materiał na słabo znany mi temat, gdyż w poniedziałek muszę wypełnić dwie kolumny. A że mam obiecane dwie kolejne newsowe, które będę ogarniać w poniedziałek, to weekend mam upojny. Tak się kończy remont, który doprowadził moje konto do stanu Rowu Mariańskiego. Optymistycznie liczę, że do lipca pospłacam najpilniejsze długi i ograniczę robotę na rzecz przyjemności, a na razie zaciskam zęby i udaję, że nie widzę, gdy życie ucieka.

Mieszkanie nabiera wyglądu. Niestety, nie do końca takiego, jaki chciałam. Przedpokój przypomina trumnę, a podest do spania kojarzy się z katafalkiem. Tak się kończy brak wyobraźni przestrzennej i współpraca z projektantką, która tej wyobraźni również nie ma. Ani zapału do pracy z takim plebsem jak ja, co parę razy dała mi do zrozumienia. Nie wiem czemu, swoją drogą, zdecydowała się podjąć tego zlecenia, skoro od początku mówiłam, czego oczekuję. Potem słyszałam, że ona się nie zna na takim wyposażeniu jak Koło, Cersanit itp., bo robi rzeczy z wyższej półki. Ale w pewien sposób w moim życiu panuje harmonia - wygląd mieszkania koresponduje z tematyką funeralną, którą zajmuję się zawodowo, na własne zresztą życzenie, oprócz innych dziedzin wiedzy.

Jako że jeszcze nie mam piekarnika, kuchenki oraz blatu, obiady jadam poza domem. Dzisiaj poszłam do Vegi i po drodze spotkałam E., moją bliską znajomą z czasów studenckich. Ze zdziwieniem skonstatowałyśmy, że choć od tamtych czasów minęło ponad 20 lat, to my wcale się nie zmieniłyśmy;) E. przekazała mi smutną wiadomość - od 6 lat nie żyje A., moja współlokatorka z akademika. A. zachorowała na raka piersi, miała mastektomię, wydawało się, że wyzdrowiała, aż nagle okazało się, że ma przerzuty do mózgu, które wykończyły ją w dwa tygodnie. Przypomniałam sobie, jak A. w czasach studenckich spieszyła się do ślubu z P. Rodziny młodych perswadowały, żeby poczekali i wymusiły przesunięcie ślubu o rok. A. i P.  pobrali się po 4. roku studiów. Nikt oczywiście się nie spodziewał, że A. będzie tak krótko żyła, ale rozsądek nie zawsze jest dobrym doradcą. Nie mam z czasów studenckich przedfejsbukowych i analogowych żadnych zdjęć, ale nie mogę dziś odpędzić się od obrazu nieco myszowatej dziewczyny w wielkich okularach w plastikowych oprawkach i z bujną fryzurą. A. w długiej błękitnej spódnicy trzymająca gigantyczną różę od P. (w naszym wspólnym pokoju suszyło się i kurzyło tych różnych chyba ze 30), A. w wersji biało-czarnej na egzaminie wstępnym na studia (wtedy się poznałyśmy), A. wpatrzona w P. na akademikowym korytarzu, gdzie godzinami wystawali patrząc sobie w oczy (to było na późniejszych latach studiów, na pierwszy, gdy mieszkałyśmy razem, P. bardzo o A. zabiegał, a ona nie była pewna). A umierając zostawiła 11-letnią córkę. Serce się ściska. Ale myślę, że przynajmniej zdążyła w życiu być szczęśliwa.

piątek, 17 lutego 2017

Zastanawiam się, co jakiego takiego w sobie mam, że do czego się nie dotknę, to minie wychodzi. Nowa praca to z każdym dniem większe rozczarowanie. Mam wrażenie, że dostałam się w środek układów i układzików, których nie rozumiem i w których się nie odnajduję. Nie umiem walczyć o siebie i przebijać się ze swoimi tematami. W ogóle tematyka, za którą odpowiadam, nie cieszy się zainteresowaniem szefów. Coraz bardziej rozumiem, dlaczego moi poprzednicy zostali wyrzuceni - to niekoniecznie była ich wina. Trudno dużo pisać, jeżeli tematy nie są akceptowane. Albo newsy, o których się wie, że w branży znajdą odzew, trafiają gdzież na dół strony z wierszówką groszową. Albo gdy co gorsza człowiek się narobi za nic. Tak jak dziś, gdy dostałam zlecenie wziąć od kolegi kawał tekstu, a potem to, co  wielkim trudem zdobyłam, zostało okrojone do jednego i zdania i nawet mój inicjał nie znalazł się pod tekstem - akurat dobrze płatnym tekstem z obszaru, w którym mam wiedzę dużą większą niż autor. To jest to, czym mnie straszono 6 lat temu, gdy pierwszy raz dostałam propozycję robienia tego, co teraz robię. Nasłuchałam się wtedy, że tu jest dżungla i walka o każdy kawałek gazety do zapisania, bo od tego zależy dochód. Coraz częściej myślę, żeby wykorzystać obecną pracę do znalezienia kolejnej. Na razie odświeżam służbowo dawne znajomości. Dziś np. rozmawiałam ze swoim szefem sprzed ponad 15 lat. Wtedy to był pan dyrektor z ciężką manią dyrektorską, który nawet kawy sam sobie nie robił, a z szarymi pracownikami trzymał duży dystans. Teraz stanowisko ma o wiele wyższe niż wtedy, ale dystans skrócił. Natychmiast mnie skojarzył, zadzwonił do mnie mimo że siedział na urlopie i zaproponował przejście na "ty". Tak, dla ludzi z zewnątrz dziennikarz gazety ogólnopolskiej to jest ktoś, z kimś się liczą. Nie wiedzą, że to jest marnie opłacany wyrobnik, który tak naprawdę nic nie może, którego miesięczny dochód stanowi 1/3 premii, którą dostawałam regularnie w tamtej pracy sprzed ponad 15 lat, o stałych składnikach ówczesnego wynagrodzenia nie wspominając. Dlaczego ja tak bardzo chciałam być dziennikarką?

Praca uzmysłowiła mi na nowo, dlaczego byłam freelancerką. Bo chciałam być z  dala od tych bezsensownych nerwów, użerek i przepychanek. Tyle, że w pracy wolnego strzelca też trzeba walczyć o swoje choć nieco inaczej. Zastanawiam się, co dalej. Czy upierać się przy dziennikarstwie i szukać jakiejś niszy dla siebie, czy jednak pójść do korpo, zaoszczędzić trochę i znowu spróbować z życiem na swój rachunek, ale już nie opierając się/poprzestając na pisaniu. Czy po 40 nie za późno na rewolucję?

Pisanie w ogóle mi nie idzie. W., z którą i o której pisałam książkę, jest niezadowolona z tego, co stworzyłyśmy i wzięła się za poprawianie tego ze swoją znajomą. Ja wprawdzie z owoców naszej pracy nie byłam zadowolona, ale poprawki poszły dokładnie w drugą stronę niż to, do czego chciałam dążyć. Zupełnie inny odbiorca jest celem. Książka jest przesłodzonym świadectwem, które głoszą członkowie różnych wspólnot religijnych. Szkoda mojej roboty i czasu, który mogłam poświęcić na ciekawsze zajęcia, ale za żadne skarby nie podpiszę się pod tym, do czego mnie nowa autorka namawia. Nawet sobie myślę, że książka może lepiej się czytać niż to, co ja napisałam z  W., ale to tylko rodzi pytania, po co i dla kogo się pisze i czym jest dobra książka. Ja chciałam trafić do wyrobionego czytelnika, nie określając religii ani sympatii politycznych odbiorcy, w obecnej wersji książka trafi jedynie do katolików, i to tych spod znaku "Niedzieli", a nie "Tygodnika Powszechnego", do tego wyłażą z niej prawicowe sympatie polityczne. Ja lubię przekazywać treść przy użyciu jak najmniejszej liczy słów, teraz jest odwrotnie, książka jet przegadana i całe fragmenty są o niczym. I do tego ten jeżyk wspólnot religijnych, opisujący wszystkie elementy rzeczywistości jako doświadczanie Bożej obecności, czyli nie spotykam ludzi, ale Bóg stawia ich na mojej drodze po coś, nie zgadzam się na coś, ale przyjmuję, a to co mnie spotyka, jest darem albo obietnicą. Juto spotykam się z obiema współautorkami,które mają mnóstwo dobrych chęci i chcą być wobec mnie w porządku tak bardzo, że ochoczo podpiszą książkę moim nazwiskiem, ta nowa autorka jako ghostwriterka pracuje. I to jest dopiero porażka. A równocześnie jest to ostatnia rzecz w życiu, którą zrobiłam jako wolontariuszka dla innych ludzi. Od teraz będę się trzymać wolontariatu zwierzęcego.

Coraz bardziej widzę, że po to, żeby mieć ciekawą i przyjemną prace, trzeba umieć się sprzedać. A żeby się sprzedać, trzeba siebie samego potraktować jako produkt. A ja sobą zajmuję się na tym blogu, a w tym, co robię poza tym, staram się skupiać na tym, co opisuję, a nie na swoich doznaniach. Nie umiem się lansować. Zadawać z tymi, z którymi warto. Pokazywać, jaka jestem fajna i jak świetnie się znam na różnych rzeczach. Gdy czegoś nie jestem pewna, to mówię. Podobnie gdy czegoś nie rozumiem. Wypowiadam się tylko wtedy, gdy uważam, że mam coś do powiedzenia. Podejmuję się rzeczy, na których się znam. I to wszystko jest najlepszym sposobem na to, żeby całe życie przestać w kącie - to wniosek z ostatnich miesięcy.

wtorek, 14 lutego 2017

Nie należy się przedwcześnie cieszyć z pracy, gdy wynagrodzenie jest zmienne. Dostałam dziś podliczenie wierszówki w moim nowym miejscu pracy i jak zobaczyłam, to padłam. Jest o połowę niższa od tego, jaka miała być - pisałam sporo, więc zakładałam, że zmieszczę się w  widełkach, którymi nęcił mnie naczelny, proponując pracę. Wycena okazała się groteskowa. Za czołówkowy tekst dostaję kwotę porównywalną z tą, którą otrzymywałam w tej samej redakcji, gdy byłam na stażu 18 lat temu, ale za króciutką notkę. Wiem, że złote czasy dziennikarstwa się skończyły, wierszówki idą w dół, ale są granice, kiedy człowiek jest zbyt zdemotywowany, żeby robić cokolwiek. Jutro spróbuję porozmawiać z naczelnym i poważnie liczę się z tym, że będzie to mój ostatni dzień w redakcji w zależności od tego, jak potoczy się rozmowa.

Najgorsze jest to, że jakiej wolty bym nie chciała zrobić w życiu, to potrzebne są pieniądze. Których nie mam. Mam za to remont, za który muszę zapłacić, a bank nie chce mnie dalej kredytować bez potwierdzenia dochodów. Dlatego akurat teraz była mi potrzebna wyższa wierszówka, eh.

Widzę wszystkie błędy, które zrobiłam po rzuceniu pracy 7 lat temu. Miałam oszczędności, miałam marzenia, a wybrałam źle. I nawet nie mam na myśli zakochania, które sprawiło, że nie pojechałam w świat, ale były też takie chybione inwestycje jak szkoła fotograficzna i psychoterapia. Zamiast szkoły ZPAF trzeba lepiej było jeździć na warsztaty i znaleźć mistrza, od którego mogłabym się uczyć, a psychoterapię w ogóle mogła sobie darować, bo to były pieniądze wyrzucone w błoto. Lepiej bym zrobiła jadąc za nie do Argentyny.

A z drugiej strony - czytam "Głód" Caparrosa i widzę, jak beznadziejne są te rozterki człowieka z bogatego świata. Bo miliony przeżywają życie wyłącznie na trosce o podstawowe pożywienie.I choćbym nie wiem jak się złościła na swoje marne dochody, to i tak mam mnóstw zbędnych rzeczy, a są ludzie, którzy umierają z  głodu i niedożywienia i tacy, co cały dzień pracują na garść prosa i nie znają w ogóle innego świata. Ale z trzeciej strony zarabiając marnie nie mogę transferować dochodu do bardziej potrzebujących, a tę możność bardzo sobie cenię.

No i niestety mam problem, bo lubię robić to co robię. No, nie wszystko, z pewnymi wyjątkami, niektóre obowiązki działają mi na nerwy, podobnie jak niektórzy ludzie. Lubię pracę twórczą i intensywną, z dreszczykiem emocji i ciekawymi kontaktami z ludźmi, ale nie jestem w stanie pracować poniżej pewnego progu finansowego, bo odbiera to radość z pracy. I znowu ten stan zawieszenia, którego tak mam dość.

poniedziałek, 06 lutego 2017

- Nowy dyrektor powiedział, że teraz, gdy jest dobra zmiana, nie muszą mnie resocjalizować, tylko izolować - powiedział mi wieloletni pensjonariusz zakładu karnego.

Pan J. się nie wybiela. Nie musi mi mówić, za co został skazany, bo wiem, za co się siedzi tyle lat, ile on dostał. Mówi wprost, że był strasznym draniem i zrobił dużo złego.

A potem w jego życiu pojawiły się koty. Nie wiem, w jaki sposób to się stało i co sprawiło,  że się zaangażował, ale wiem, że od paru lat zajmuje się zwierzętami z ogromnym zaangażowaniem Dokarmiał więzienne sierściuchy za własne pieniądze, ale po zmianie władzy zabroniono karmić więzienne koty. Część kotów nie przeżyła "dobrej zmiany", inne zostały wyłapane i wywiezione do przytuliska.

Pan J. na tym nie poprzestawał. Z wyrzucanych z wiezienia koców i starych ubrań szył legowiska dla zwierząt i przekazywał do schronisk i azylów. Władze zabroniły mu tego. Pan J. nie ma żadnych zajęć w więzieniu, a stare ubrania i koce trafiają na śmietnik.

Pan. J. ma zdolności plastyczne. Malował obrazki (całkiem ładne), które były wystawiane na aukcjach na rzecz zwierząt. Dyrekcja mu zabroniła. Nawet nie może fundacji przekazać tych, które już namalował. Dlaczego? Nie, bo nie. Więźniowi przecież nie trzeba nic tłumaczyć.

Pan J. odwołuje się  i pisze do różnych instytucji. Nie dostaje odmownych. Nie dostaje ŻADNYCH odpowiedzi. Może dlatego, że chodzi o zwierzęta? A to przecież nie tylko kwestia pana J. i kotów. Jeśli władze zakładów karnych mają takie podejście do resocjalizacji, to jakie jakie umiejętności życia w społeczeństwie mają ludzie, którzy opuszczają te placówki?

sobota, 04 lutego 2017

Remont w rozkwicie, pustka na koncie, koty u mamy, a ja w biegu. Nowa praca okazała się zupełnie inna od starej pracy w tej samej redakcji. I co najdziwniejsze, podoba mi się. Na razie nawet bardzo. Praca dziennikarza jest nieporównanie bardziej kreatywna niż praca redaktora online, a pisanie do dziennika wiąże się dużo większą intensywnością życia niż freelancerka. Za żadne skarby nie chciałam pracować w redakcji, która zagęszczeniem ludzi na metr kwadratowy przypomina chińską fabrykę, a nieoczekiwanie dla samej siebie przychodzę tam chętnie. Jako że redakcja głównie zwalnia, a nie zatrudnia (byłam wyjątkiem), to mało ludzi musi wykonać dużo pracy, bo puste strony przecież do drukarni nie pójdą. Więc ludzie pracują i szanują pracę innych, czyli nie gadają głośno. Najpoważniejszym minusem jest duchota. Pewną trudność stanowi też wejście w grupę. Mój poprzednik, przeniesiony do innego działu, jest sympatycznym i lubianym chłopakiem i mam wrażenie, że niektórzy uważają, że go wygryzłam.

Po 7 latach wolności zupełnie inaczej podchodzę do pracy najemnej. Przede wszystkim czuję się wolna, niezależna i odpowiedzialna za wyniki. Nie przeszkadza mi to, że do marca jestem an samej wierszówce, bo jako freelancerka też żyłam tylko  tego, co wypracowałam. Na grupę i relację i w ogóle całą strukturę redakcyjna patrzę trochę z zewnątrz. Szybko się zorientowałam, kto pełni jaką rolę nieformalna i jakie układy panują. Do rozlicznych przełożonych podchodzę na luzie, traktując ich po prostu jako ludzi odpowiedzialnych za to, żeby redakcyjna machina działała, co pozwala łatwo znosić uwagi o mojej pracy. Mam dużo większa świadomość tego, co wnoszę i co mogę zaoferować niż kilka lat temu. Nie wchodzę w żadne gierki, robię swoje jak najlepiej, próbując wypracować sobie przy tym przestrzeń dla siebie. 

Lubiłam leniwe życie kanapowca i wylegiwanie się do południa, kontakty z ludźmi przeważnie mnie męczyły. Niespodziewanie okazuje się, że bez problemu wstaję o 8 (no dobra, to może być zasługą wyleczonej tarczycy), ciągle się z kimś spotykam, mój notes zapełnia się kontaktami do prezesów, posłów, dyrektorów, mecenasów i różnorakich ekspertów, ciągle się z kimś spotykam, a telefon grzeje mi się przy uchu i o dziwo, dobrze się w tym wszystkim czuję. Wydało mi się, że przez 42 lata zdążyłam się dobrze poznać, a tu taka niespodzianka;) Nigdy nie myślałam, że żyjąc z taką intensywnością mogę się tak dobrze czuć. 

Ucząc się nowych rzeczy człowiek młodnieje. Mam wrażenie, że ubyło mi 10 lat. Wyprostowałam się, schudłam parę kilo, nabrałam jakiejś takiej wewnętrznej energii i znowu łapię męskie spojrzenia. Pewnie po kilku miesiącach, gdy okrzepnę w pracy, stracę ten napęd i zacznie mnie ciągnąć do zmian, zacznę też widzieć różne minusy i gierki personalne, ale na razie jest dobrze. 

Skupiając się na swojej działce z pogranicza ekonomii, prawa i ekhm, matematyki, nie mam czasu na śledzenie newsów politycznych i o zwierzętach. Odkryłam, że dobrze to wpływa na samopoczucie. Z faktu, że mam wiedzę o różnych nieszczęściach nie wynika, że tych nieszczęść jest mniej. A gdy nie śledzę różnych dramatów, nie dobija mnie własna bezradność.

Ale gdy ogarnę się z remontem i zamieszkam u siebie, to na nowo zacznę działać na różnych frontach. Bo teraz żyję trochę jak studentka. Życzliwi państwo K. odstąpili mi swoje mieszkanie, a ja ściągnęłam tam jeden garnek i dwa plastikowe widelce i przy pomocy tego gospodarzę, na weekendy uciekając do mamy i kotów. Nowa praca, pilnowanie remontu i wyjazdy na weekendy pochłaniają tyle czasu, że nawet koci wolontariat ograniczyłam do minimum. Skupiam się na zadaniach, na tym, co tu i teraz, ale z nadzieją, że za parę miesięcy wrócę do innych aktywności.

wtorek, 10 stycznia 2017

Koniec wolności. Z kanapowca przeistaczam się w dziennikarza newsowego. Przed świętami dostałam propozycję powrotu do dawnej redakcji, ale do zupełnie nowych dla mnie obowiązków. A że miniony rok upłynął pod znakiem nawalających zleceniodawców, to się zgodziłam.

No i mam. Miała być praca zdalna, a okazało się, że w styczniu muszę siedzieć w redakcji i wdrażać się w różne systemy. Równocześnie zaczęłam remont, więc nie mam gdzie mieszkać w Warszawie i jestem skazana na wykorzystywanie gościnności dobrych ludzi.

Koty wczasują się u mamy, a ja kursuję w obie strony. Wpadłam w taki wir, jak dawno. Wyjście do ludzi po 7 latach było trudne. Ciągle muszę się przełamywać. Lubiłam swój grajdołek z kotami, książkami i świętym spokojem. Teraz jest pośpiech, pisanie na czas, napięcie i atrakcje remontowe, które odsuwałam od siebie przez parę lat, gdyż nie byłam psychicznie gotowa.

Lubię podróże m.in. dlatego, ze wtedy wychodzę ze strefy komfortu i otwieram się na nowe. Teraz bez wyjazdu nie tylko wyszłam ze strefy komfortu, ale i weszłam w strefę dużego dyskomfortu.

Na blogowanie pewnie nie będzie czasu. W ogóle czasu nie będę mieć dużo. Trochę się boję, ale nowe też trochę kusi. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 30 października 2016

Nie udało się. Organizm Albinka nie podjął walki. Nie jadł i zaczęło się otłuszczenie wątroby. Temperaturę miał obniżoną, a parametry nerkowe jeszcze się pogorszyły, mimo że stan zapalny minął. Dziś zadzwoniła wetka, że kot nie ma szans. Trzeba było podjąć decyzję.

Towarzyszyliśmy mu we czworo. Był bardzo wycieńczony. Widać było, że nie ma woli życia. Zastrzyk jeden, zastrzyk drugi, kilka głębokich westchnień i Albinko odszedł za Tęczowy Most.

A potem nielegalnie wywieźliśmy go do lasu, niedaleko miejsca, gdzie spędził życie. Gdy z nim szliśmy, w pobliskim kościele zaczęły bić dzwony. Jak na ludzkim pogrzebie. Bo to nie był tylko kot. To był aż kot. Koty myślą, czują, wchodzą w relacje, każdy ma swoją osobowość. Podobnie jak inne ssaki. Tylko człowiek to eliminuje ze świadomości, bo inaczej musiałby przyjąć, że różne wyraziste istoty czujące przerabia na mięso.

Pochowaliśmy Albinka głęboko pod drzewem.

Albinko miał kocią przyjaciółkę, Szantal. Zawsze razem, jadły z jednej miski, dbały o siebie wzajemnie. Ona zawsze pilnowała, żeby on zjadł. Została sama, szuka go.

Mnie też się serce kroi, że już na mój widok nie wychynie z wąwozu delikatny kotem z czarnym ogonkiem.

I mam nadzieję, że po drugiej stronie jest koci raj.

 

piątek, 28 października 2016

Pierwszy raz w życiu muszę podjąć decyzję o uśpieniu zwierzęcia. I nie wiem, co zrobić. Jak wyważyć racje. Kiedy wiadomo, że już nie ma szans i zostaje tylko cierpienie.

A wszystko się we mnie broni. Bo chciałabym walczyć, ale czy można liczyć na cud? Kot jest wolnożyjący. Znalazła go dziś karmicielka leżącego pod krzakiem w  kiepskim stanie i zadzwoniła do mnie. Albinko trafił do szpitalika. Wyniki nerkowe ma tragiczne. W zeszłym roku wykaraskał się z choroby nerek i dostał w prezencie półtora roku życia. Niestety, teraz jest dużo gorzej niż było. Wet mówi, że nie można wykluczyć, że jest szansa, ale rokowania są bardzo ostrożne.

A kot był bardzo marny. Serce się kroiło, gdy się na niego patrzyło. Jutro robimy usg i kolejne badania. Trzeba będzie podjąć decyzję, co dalej.

Nie mogę przestać myśleć o tym, że teraz jest może jego ostatnia noc. I że ten przemiły biały kocurek z czarnym ogonkiem leży właśnie zwinięty w lecznicowej klatce i może cierpi.

Boję się, że nic nie da się zrobić albo że podejmiemy złą decyzję.

I wiem, że kiedyś mnie to czeka z moimi kotami, chyba że pierwsza się zawinę za tęczowy most.

piątek, 30 września 2016

Ostatnio życie jest emocjonujące. Ruszam z remontem mieszkania. Na razie projektanta siedzi nad wizualizacjami, bo projekt już jest. A ja wzięłam pokaźny kredyt na remont i na poczet kredytu kupiłam aparat fotograficzny. Którego obsługa na razie mnie przerasta.

A nie powinna, bo jutro jadę na wakacje, gdzie chcę robić zdjęcia. Jadę do Abchazji. Mam permit z tamtejszego MSZ, o ile nieistniejące państwo może mieć MSZ. Tyle ze permit nie oznacza, że tam wjadę, bo nie wiadomo, czy Gruzini wpuszczają. Pytałam w internecie w grupie podróżniczej i część osób mówi, e w ostatnich miesiącach wjechała, a część, ze granica była zamknięta. Najgorszy wariant jest taki, że granicę zamkną, gdy ja będę w Abchazji;) Bo jeśli nie uda mi się tam wjechać, to poszwendam się po Gruzji. Tyle, że nie mam pomysłu, gdzie dokładnie. Bo rejony, które mnie najbardziej kuszą, są już pokryte śniegiem albo zaraz będą, a wtedy z powodu zasypanych dróg również mogę nie dojechać. Albo co gorsze nie wrócić.

Dla urozmaicenia wysiadła mi elektryka w mieszkaniu. Nie mogę zgasić światła w pokoju i muszę wyłączać korki. Jutro podejmę się wymiany kontaktu pod kierownictwem brata. Ponoć to jest proste. Ale jeśli ktoś nie umie zlokalizować w aparacie funkcji preselekcji przysłony, to co tu mówić o wymianie kontaktu.

Przez problemy z instalacją niecierpliwie czekam remontu, mimo oczywistego leku, który temu towarzyszy. Wzięłam projektantkę, która mnie przeprowadzi przez to wszystko, ale i tak wywożenie kotów, wynoszenie dobytku, nie wiadomo gdzie zresztą, wybieranie rzeczy i sprzątanie po lekko mnie przeraża. Zwłaszcza że większość tych aktywności wymagać będzie używania samochodu, a mam nieustające wrażenie, że powinnam się odwołać od zdanego egzaminu, bo prawo jazdy ewidentnie mi się nie należy. Jazda bez świateł, na zaciągniętym ręcznym, 15 km/h, wymuszanie pierwszeństwa, ścinanie zakrętów, jazda pod prąd i jako wisienka na torcie zostawienie włączonych świateł i opuszczenie samochodu na godzinę, a w konsekwencji rozpaczliwy telefon do kuzyna "Ratuj, bo wysiadł mi akumulator".

No więc ta podróż do Abchazji to jest małe piwo w porównaniu z prowadzeniem samochodu i robieniem remontu. Chyba dlatego się nie stresuję:)

niedziela, 15 maja 2016

W Sopocie w maju jest pięknie. Wokół secesyjnych budynków kwitły bzy, w drodze do Orłowa ptaki śpiewały oszałamiająco, z pokoju hotelowego miałam wyjście prosto na plażę. Hotel Sheraton jak zwykle przy hotelu Grand wyglądał jak nuworysz przy arystokracie, a łabędzie kołysały się na falach jak hostessy kongresowe na wysokich obcasach. Bo oczywiście nie pojechałam do Sopotu prywatnie, choć służbowy pobyt przedłużyłam sobie o dwa dni.

 

 

Kongres jak kongres. Odświeżyłam znajomości, ponudziłam się na panelach dyskusyjnych, posłuchałam paru ciekawych wypowiedzi, popatrzyłam, jak się starzeją ci, których widzę raz do roku, podłapałam trochę tematów do tekstów i nie pamiętam, z kim przeszłam na "ty", więc w najbliższym czasie pewnie parę razy popełnię faux pas.

 

 

Takie spędy są ciekawe nie tylko z przyczyn zawodowych, to także świetna okazja do obserwowania zachowań ludzkich. Siedzi sobie na przykład człowiek na oficjalnej kolacji w towarzystwie zamężnej pani i żonatego pana i widzi, jak sytuacja między nimi się rozwija. Wychylenie do przodu, oblizywanie warg, poprawianie włosów, teksty o chemii. Małżeństw nie rozbiją, bo on ma dzieci, a ona męża z wpływowej rodziny, ale relacja między nimi zacieśniała się z każdą minutą i widać było, że sytuacja za moment wymknie się im spod kontroli. Zabawne jest też puszenie piórek przez niektórych, zwłaszcza panów, i pokazywanie swojej wagi i powagi. Co ciekawe, nie dotyczy to raczej prezesów, ale piarowców i dziennikarzy.

Najciekawsza jest jednak sopocka plaża. Rozłożyłam się koło dwóch łabędzi, żeby sobie słuchać fal i patrzeć na ptaszyska. Tymczasem kto przechodził, to musiał sobie zrobić selfie z łabędziem, płosząc nieszczęsne ptaki, które chciały sobie pospać. Dzieci młodsze chciały głaskać, dzieci starsze rzucały patykami we wszystko co się rusza, bo tak fajnie jest podokuczać. Rodzicom i jednych, i drugich wszystko wisiało, dopóki łabędź nie pogonił ich nachalnej progenitury. Jedna blond dama o nienachalnej inteligencji popadła w konflikt z mewami, gdyż te zrzuciły guano na jej różowiutką kurteczkę. Dama próbowała doprać kurtkę w morzu, a wredne mewy zdawały się z niej naśmiewać, więc pani modnym białym sportowym bucikiem na gigantycznym koturnie usiłowała sprzedać im kopniaka.

 

 

Poszłam na spacer do Orłowa, wyskoczyłam na jeden dzień do Gdańska - zupełnie nie znam tych miejsc, więc patrzyłam na nie wzrokiem nieskażonym i łączyłam odwiedzane miejsca z faktami znanymi z historii. Oblazłam gdańską starówkę i pod Żurawiem sobie uświadomiłam, że w głębokim dzieciństwie chyba tu byłam. Pamiętałam, ze gdzieś w Gdańsku albo Gdyni byłam jako trzylatka, a pod Żurawiem otworzyła mi się jakaś klapka, że to było właśnie tu. Choć może to pamięć spłatała mi figla. Weszłam na wieżę Kościoła Mariackiego i przy zejściu zorientowałam się, że mam mocno zużyte podeszwy. W sensie wyślizgane. Więc schodząc poczułam się jak w górach - walczyłam wszystkimi mięśniami, żeby nie zjechać na dół na piątym punkcie podparcia. A w Warszawie na wieży u św. Anny nie byłam. Jakoś łatwiej się zwiedza nieswoje miasta.

 

 

Emocjonalnie na tyle jest już dobrze, że na oficjalną kolację założyłam szpilki, których nie nosiłam od czasów M., bo mi się z nim kojarzyły. Nie to, żeby wspomnienia nie bolały, bo bolą, ale już potrafię nie myśleć, nie przypominać sobie, nie wyobrażać i dzięki temu życie jest łatwiejsze. Choć łatwe nie jest. Choruję, czuję się fatalnie, w zasadzie cały czas zmagam się z bólem, robię mnóstwo badań i coraz bardziej mnie to wszystko męczy. Wydawałoby się, że takie kompleksowe chorowanie musi mieć związek z psychiką, a dziadostwo uaktywniło się, kiedy psychika jest ustabilizowana. Mam się stawić na konsylium lekarskim, gdzie doktory zdecydują gremialnie, co ze mną zrobić. Prawdopodobnie znowu będzie operacja i nie wiem, czy się na nią zgodzić, skoro kolejne pomogły mi na krótko. Zaczynam się skłaniać w stronę medycyny chińskiej, w sumie oprócz pieniędzy nie mam nic do stracenia.

 

 

Ciągły ból sprawia, że chodzę wkurzona. A jak jestem wkurzona, to bywam chamska. Dzisiaj sama siebie zaskoczyłam. Mieszkam w miejscu turystycznym, gdzie tłumy wycieczek zagranicznych chodzą, a tu jakieś pan z grubsza trzeźwy wlazł na trawnik przed samym moim nosem, rozpiął rozporek i zaczął się załatwiać 2 metry ode mnie. Grzecznie mu zwróciłam uwagę, żeby tego nie robił, a on się zaczął rzucać. Stanęłam, schowałam skromność niewieścią do kieszeni, ocięłam gościa wzrokiem do góry do dołu, zatrzymując demonstracyjnie spojrzenie na obnażonej części ciała i głośno i dobitnie skomentowałam rozmiar przyrodzenia tak, żeby przechodzący ludzie słyszeli. Gość się zapowietrzył i mam nadzieję, że na przyszłość zniechęci się do takich akcji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64