Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
sobota, 22 listopada 2014

Nadmiar jedzenia, nadmiar alkoholu, nadmiar imprez i nadmiar atrakcji turystycznych. Oraz nadmiar kilogramów. Wczoraj nie zmieściłam się w sukienkę, którą zabrałam na okoliczność wizyty w kasynie. Dziś podkoszulek trzeszczał w ramionach i opinał w biuście, na szczęście zabrałam luźną koszulę na wszelki wypadek. Co gorsza zaczynam mieć problem z zapinaniem suwaka w kurtce. Brzuch mogę wciągnąć, ale z biustem gorzej. Cieszę się, że jutro powrót do Polski. Sport, spacery, spanie, gotowanie na parze i imprezy nie częściej niż raz w tygodniu.

Nie jest tak, że uprawiam obżarstwo i daję się wozić. Grupka blogerów podróżniczych łazi, gdzie może, a nawet gdy nie może, to i tak łazi. Ale jedzenie jest non stop w ilościach niemożliwych, nie wypada nie jeść. Wszystko pyszne, ciężkie, tłuste i kaloryczne. Nawet nie próbuję wszystkiego, co mi podsuwają pod nos, ale i tak mam wrażenie, że za moment pęknę.

Wczoraj zadebiutowałam w roli hazardzistki. Klasyczna ruletka mnie przerasta. Graliśmy na niby i w ciągu 5 minut byłam bez grosza. Naprawdę za to graliśmy na automatach, dostaliśmy po 50 lar (około 100 zł) do grania. Wygrałam 40 lari, czyli gdyby nie to, że voucher na granie miałam za darmo, byłabym stratna. Ale rzeczywiście są tam ludzie, którzy wygrywają. Jeden chłopak z naszej grupy był świadkiem wielkiej wypłaty. Siedzi tam jednak masa desperatów,miejscowi w dresach, ubogie kobiety w średnim wieku z niepokojem w oczach wpatrujące się w monitory automatów do gry. Smutne miejsce.

O kasynie, innych atrakcjach i Gruzji będę pisać po powrocie na blogu wschodnim, tutaj są tylko kwestie osobiste. Nie pasuję do tej grupy. Dziś w busie słuchałam dyskusji o filmach. Godzina rozmowy w stylu: "A widzieliście 'Oczy szeroko zamknięte'? Zajebiste!". Jak zwykle przypomniał mi się M., z którym na początku znajomości rozmawialiśmy o filmach popularnego reżysera i uznaliśmy je za powierzchowne i obce naszej wizji świata. Tu akurat tymi filmami ludzie się zachwycali. Gdzie znajdę drugiego takiego odmieńca jak M.?

Chodzę, słucham, patrzę i widzę inną Gruzję, niż tę, którą poznałam 3 lata temu. Dziwny wyjazd. Nie mówię, że nie warto było jechać. Jest to nowe, ciekawe doświadczenie i spojrzenie na ten kraj od strony ludzi bogatych. Zobaczyłam też świat blogosfery, bo jakkolwiek bloguje, to robię to niszowo i mając centralnie w poważaniu wskaźniki oglądalności i dochody. Pod SEO pisuję dla zawodowo, a pasji nie chcę przerabiać na działanie pod publiczkę. I wisi mi moja pozycja blogera podróżniczego czy podróżnika, a odpowiednimi działaniami można sobie zrobić świetny PR nawet wtedy, gdy osiągnięcia podróżnicze ma się takie sobie czy nawet marne. Akurat tutaj blogerzy podróżniczy są w porządku, ale widzę też kawał roboty autoreklamowej i pracę nad popularnością. Oraz to, że blogosfera to osobny świat, z hierarchią niczym w rankingu kancelarii prawniczych.

Zaraz kolejna impreza, na którą trzeba pójść z przyczyn piarowo-grzecznościowych. Wolałabym raczej pójść do Morfeusza. Dziś gościliśmy w gospodarstwie, gdzie blogerzy kulinarni uczyli się gotować. A co w tym czasie zrobili turystyczni i lifestylowi? Poprosili o pokój z łózkami i przy czytanej na głos lekturze poszli spać;)

środa, 19 listopada 2014

Marzę o tym, żeby się przespać i przestać jeść, a jedzenie to główny punkt programu na tym wyjeździe. Dziś chyba zwagaruję z kolacji, bo mój organizm ogłasza stanowczy protest przeciwko posiłkom kilkugodzinnym dwa razy dziennie.

Batumi przywitało kiczem. Wszystkim sie podoba tu bardziej niż w Tbilisi, fakt, że pogoda jest ładniejsza. Tbilisi ma dyskretny urok, malownicze zakamarki i klimat narastający przez lata, a Batumi jest nowoczesno-tandetne. Inna rzecz, że organizatorzy, mimo najlepszych chęci i zainwestowanych środków nie potrafili pokazać Tbilisi od ciekawej strony.

W Batumi ulokowali nas w Radissonie. Mam nie tyle pokój, co mieszkanie, większe od mojego warszawskiego. W pokoju przekąski i wino oraz wygodny fotel, niestety bez funkcji masażu. Zaraz wychodzimy na miasto na kolację, gdyż jesteśmy już 2 godziny po lunchu, na który zapodano jedynie kilkanaście dań. Jutro wycieczka do paku narodowego. Na szczęście słońce tu wschodzi o 8.30, więc nikt nas nie wygoni z łóżek zbyt wcześnie.

Odzywają się we mnie nuty nostalgiczne. Byłam tu 3 lata temu, tuż przed poznaniem M. To już tyle czasu. Niewiarygodne. Moje życie zmieniło się bardziej przez ten czas niż Gruzja, a Gruzja zmienia się dynamicznie. Niekoniecznie na korzyść. Tak samo zresztą jak moje życie.

wtorek, 18 listopada 2014

Coraz bardziej odstaję od blogerskiej grupy, z którą tu przyjechałam. Męczą mnie wielogodzinne drętwe posiłki, podczas których wszyscy oprócz mnie siedzą na portalach społecznościowych. Grupa uważa się za świetną, fajną, szaloną i z polotem, a ja tęsknie myślę o wyjazdach z moimi Nieregularnymi. Dziś pogadałam z naszym kierowca, który powiedział, że my to jesteśmy  profesjonaliści, więc to co innego, ale normalnie Polacy jak przyjeżdżają do Gruzji, to bawią się jak Gruzini. Wiem coś o tym;)

Dziś byliśmy w Mcchecie i miałam poczucie, że przyjechała grupa turystów go kraju dzikusów.Ciekawy tubylec i bez pytania obstawia go grupa paparazzich. W katedrze modlitwy, ale grupa rusza z aparatami i filmuje i foci z każdej strony. Rozgadany pan z rękami w kieszeniach podłamał tylko mnie. Zresztą panowie żyją w innym świecie niż ja. W knajpie nalewają wino tylko sobie, a dziewczyny albo czekają, albo proszą panów, żeby im nalali. Jako emancypantka umiejąca trzymać butelkę radzę sobie z tą czynnością sama.

Po południu mieliśmy czas wolny. Towarzystwo poszło do hotelu, a ja ruszyłam w miasto i odkryłam kilka ciekawych zakątków, których nie widziałam 3 lata temu. W stare miejsca też polazłam. I poszwendałam się za licznymi kotami oraz zapoznałam z bezdomną panią dokarmiającą bezdomne koty. Pani siedziała otoczona stadkiem, które karmiła suchym chlebem, gdyż na mięsiwo nie miała. Przy pomocy gwizdka i kija pilnowała, żeby towarzystwo nie powpadało pod samochody. Panią wsparłam groszem na mięso dla stada i pogadałyśmy sobie deczko. Kociary zawsze znajdą wspólny język:)

Jutro jedziemy do Batumi, gdzie ma być słońce. I gdzie pewnie też będzie można się pourywać na swoje szlaki, łazić po zaułkach, ruszyć gdzieś w zieleń. Żeby tylko posiłki był krótsze..

poniedziałek, 17 listopada 2014

Sukces - dziś nie zgubiłam i chyba już nie zgubię, bo raczej nie wylezę z pokoju. Nie zgubiłam również się, mimo że oderwałam się od grupy w towarzystwie pani M. Znajomość rosyjskiego oraz wcześniejszy pobyt w Gruzji zdecydowanie podnoszą moją pozycję towarzyską, skutkiem czego nie dziczeję gdzieś na boku, tylko spędzam czas w kameralnym gronie, co bardzo lubię. Zwłaszcza gdy to grono przy okazji jest sympatyczne i inteligentne.

Gruzja w wersji luksusowej jest dziwna. To nie ten sam kraj co wtedy, gdy jeździ się na własną rękę. Cały czas jesteśmy w enklawie, gdzie wszyscy mówią po angielsku i gdzie prawdziwego życia i serdeczności gruzińskiej nawet zza szyby się nie poogląda. Taka klasyczna turystyka w wersji de luxe, która  z podróżnictwem nie ma nic wspólnego.

Poprzednią noc spędziliśmy w dawnym sowieckim spa, obecnie nieco pokrytym grzybem i patyną czasu. Wyjeżdżaliśmy stamtąd tak wcześnie, że pozostało we mnie uczucie niedosytu. Chętnie wypuściłabym się tam z aparatem oraz porozmawiała ze starszymi ludźmi. Myślę, że można by usłyszeć wiele ciekawych historii. A teraz poznaję Tbilisi od strony dobrego hotelu i wypasionych knajp. Pękam z przejedzenia, choć ledwie próbuję to, co mi pod nos podsuwają. Za kilka dni w planie jest wizyt a w kasynie i nabieram obaw, że nie wcisnę się w sukienkę koktajlową, którą na tę okoliczność zabrałam.

Wyjazd w towarzystwie innych blogerów jest o tyle dziwny, że w czasie posiłków wszyscy oprócz mnie kontaktują się ze światem przy pomocy urządzeń mobilnych i na fb, instagramie czy blogach dzielą się świeżymi zdjęciami potraw. Organizatorom o reklamę chodzi, ale ja tak nie potrafię. Blog wschodni będę uzupełniac po powrocie jak zwykle po swojemu:) Ale jestem tu prawie najstarsza, więc to pewnie dziwactwo związane  z wiekiem;)

niedziela, 16 listopada 2014

Talent to jest coś, co człowiek ma albo nie. Ja do podróżowania mam niewątpliwy. Już 2 razy zdążyłam zgubić paszport, raz w komplecie z pieniędzmi i kartami kredytowymi. Nie wzięłam klapek pod prysznic i zapewne wielu innych przydatnych rzeczy też. Nowy netbook działa trochę dziwnie, a na pewno mało intuicyjnie. Zaczynam się bać, co będzie dalej.

Towarzysko jest nieźle i wygląda na to, że zresetuję się przez ten tydzień. Zwłaszcza jeśli będę wpadać w tarapaty tak jak do tej pory, to nie będę mieć czasu na żadne smętne romantyczne myśli.

Pobyt w Gruzji zaczął się od czaczy i toastu za Majakowskiego. Dalej może być tylko ciekawie:)

piątek, 14 listopada 2014

Tęsknię za normalnością. Siedzę w rozsypującym się mieszkaniu z horda kotów, z których 3 skończyły dzisiaj 8 tygodni i jak przystało na zdrowe i szczęśliwe osobniki w swoim wieku rozrabiają, ile wlezie, włażą, gdzie się da, a da się wszędzie i jedzą jak smoki doprowadzając mój budżet do ruiny. Pojutrze lecę do Gruzji, ale plan wyjazdu nie jest jeszcze mi znany, więc nawet nie mam wizji, co ze sobą zabrać. Za to wiem, co powinnam zrobić przed wyjazdem: napisać 4 teksty, popracować nad książką, zrobić zapas jedzenia dla sierściuchów i sprzątnąć mieszkanie, choć to ostatnie to i tak jest praca syzyfowa, bo jak bym nie sprzątnęła, to Mama, która przyjedzie kotów, i tak uzna, że mam bałagan.

Nie wiem, jak ludzie to robią, że żyją normalnie i w spokoju. No dobra, nie przygarniają hurtowo kotów zagrożonych utopieniem, pracują z biurach i wyjazdy planują z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Szaleństwo ma tę zaletę, że nie daje czau na myślenie. Niestety, nawet  gdy jestem w biegu, to różne rzeczy pojawiają się przed oczami.

Jedynym stałym punktem w moim życiu jest aquaerobik. Wyznacza pewien rytm i przypomina o upływającym czasie. Kiedy miałam wynieść się do Krakowa, to tego właśnie najbardziej mi tam brakowało. A teraz ćwiczenia przypominają mi o upływającym czasie. Macham nogami i rękami automatycznie, myśli odlatują, gdzie nie trzeba, więc intensyfikuję wysiłek, ale i tak nie mogę tego z siebie wyplenić.

To jest głęboki smutek, który siedzi we mnie nawet wtedy, gdy zewnętrznie mam w sobie radość. Pustka, brak, niedokończenie, żal. Złość na własne złe wybory i na własną naiwność, poczucie, że tak niewiele ode mnie zależy, bo wystarczy, że dam się unieść emocjom, a nie widzę rzeczy oczywistych.

Tu i teraz nie wygląda różowo. Mimo tego niespodziewanego wyjazdu do Gruzji i tego, że odpukać, żadnego kataklizmu ostatnio nie przeżyłam. Ale czuję się przegrana, gdzieś w przeszłości popełniłam błąd i ciągle szukam, gdzie.

I tak mi się przedwyjazdowo kotłuje. Krótka podróż, niedaleko, a myśli się budzą nieciekawe. Może naprawdę czas osiąść, otorbić się, kupić telewizor i zagłuszać ból istnienia?

czwartek, 13 listopada 2014

Rozmawiam wczoraj z Wujem.

- Wiesz, Ciocia jest bardzo słaba - mówi Wuj - to zaproponowałem, że przejmę obowiązki domowe i teraz to ja będę gotował i sprzątał.

Zdębiałam. U Wujostwa od blisko 50 lat trwania małżeństwa jest podział ról: Wuj poluje na mamuta, Ciocia mamuta przyrządza.

- A Ciocia się popłakała - opowiada dalej Wuj. - Bo czuje się niepotrzebna. A przecież to nie o to chodzi, żeby była potrzeba. Ja chcę, żeby była, żeby żyła. Nie potrzebuję sprzątaczki i kucharki. Skoro jest słaba, a ja mam siłę, to mogę zająć się domem.

I jak człowiek z takimi wzorcami rodzinnymi może wejść w relację opartą na przydatności? Gdzie wartość kobiety oceniana jest przez pryzmat tego, czy należycie obsługuje mężczyznę, a mężczyzny, czy przynosi do domu dużo pieniędzy.

 

Trzy lata temu byłam w Tatrach z M. Pamiętam, co myślałam, gdy M. potykał się o własne nogi. W końcu potknął się tak skutecznie, że nogę uszkodził. Wtedy zrozumiałam, że wspólnego chodzenia po górach nie będzie. Ale też wiedziałam, że mimo tego, że to jest dla mnie ważna aktywność, to kocham i akceptuję M. z całą jego fujarowatością. A potem byliśmy na wystawie, na której każde z nas patrzyło na coś innego i dzieliliśmy się tym i to było bardzo fajne.

Był to piękny początek końca.

Teraz nie wiem, co było prawdą, a co fałszem. Naukę z tej historii wyciągnęłam taką, że nawet gdy się myśli, że ktoś kogo kochamy jest do nas podobny, ma zbliżony system wartości i tworzy z nami wspólnotę, to jest on bytem odrębnym i zawsze może coś wywinąć. Choć na szczęście chodzą też po świecie tacy mężczyźni, jak mój Wuj:)

środa, 12 listopada 2014

Myśli szybują do przeszłości, bo uruchamia się myślenie rocznicowe. Czytałam, że niektórzy ludzie tak mają, że są bardziej osadzeni w przeszłości niż inni i nie bardzo można coś z tym zrobić. Rady typu "odetnij się od przeszłości" są bez sensu, gdyż są niewykonalne. Liście sobie spadają z drzew, a mi nagle staje przed oczami jakaś scena i dopiero wtedy włącza się myślenie, ale jest już pozamiatane. Emocje silnie powiązane są u mnie z datami, miejscami, detalami, zapachami i widokami.

Nie jest tak, że siedzę i rozpamiętuję, ale pojawiają się sny, które bolą, bo wypierane uczucia dają o sobie znać. To taki smutek, który siedzi głęboko w  człowieku i nigdy do końca nie wychodzi, nawet gdy wszystko wydaje się w porządku. Myślami nie wracam do przeszłości, bo nie a po co. Nic nie wymyśle, nic nie zrozumiem. Trudno jest jednak przestać czuć, a uczucie zawodu ciągle we mnie siedzi. I to poczucie, że po tym, co czułam, nikt już nie może być, bo się nie da. Mimo świadomości, że to było czucie oparte na nieprawdzie i mimo tego, że on odszedł do innej, wymazując wszystko, co było między nami. W tym punkcie rozum i emocje się kłócą. Racjonalnie wiem, wyłączam myślenie, skupiam się na kolejnych zadaniach. Podskórnie czuję żal, ból, tęsknotę za tamtym stanem bycia-tu-i-teraz-na-swoim-miejscu-w-życiu i jak się okazało, fałszywej świadomości, że spotkałam kogoś, na kogo czekałam cale życie, z kim się rozumiem na wielu płaszczyznach i tworzę więź.

Ta wieź jest chyba kluczem. Bo mam ją w świadomości, a w prawdziwym życiu nie mogło jej być, bo by się to tak nie skończyło. Za każdym razem, gdy ta świadomość się odnawia, tracę wiarę we własne zdolności poznawcze i w to, co jest prawdą, a co fikcją. Zawsze uważałam, że istnienie pewnych rzeczy/zjawisk jest niezależne od tego, co ja myślę/czuję/widzę, a teraz już sama nie wiem. To mnie rozstraja.

Długo zajęło mi wyzwalanie się od poczucia winy, w które na zakończenie związku wpędził mnie M. Że rozpadło się przez mój zapał do podróży, chęć wyrywania się czasem na weekendy, kiepskie umiejętności kulinarne i niezmycie jednego kieliszka. Dopiero gdy dowiedziałam się, że odszedł do innej, to zrozumiałam, że nawet gdybym rzuciła wszelkie wyjazdy i gotowała jak anioł, to znalazłby się inny pretekst do odejścia, gdyż on mnie nie kochał, a ciągnęło go do tamtej. Ludzie, którzy się kochają, dają sobie wzajemnie wolność w rozwijaniu się, w tym, co ich tworzy.

A w niedzielę wyjazd, którego się obawiam. Będę najstarsza. I z innej bajki niż reszta. Moi rówieśnicy są na innym etapie życia i takie akcje tylko pokazują mi, że coś powinno być inaczej. A z drugiej strony - czemu nie jechać na ciekawy wyjazd? Skoro i tak w życiu coś mnie omija, nie będę pozbawiała się wszystkiego innego. Choć może to błąd łapać okazje, które się trafiają, a nie wybierać świadomie. Zresztą to tylko tydzień. Jeśli uda się zakopać dół, w który wpadam, to może być bardzo fajnie, a w najgorszym razie jakoś przetrwam. Jeśli dół będzie trwał, to pocieszam się, że tam będzie pod dostatkiem wysokoprocentowych znieczulaczy bólu istnienia.

Na koniec bezsensu istnienia mam tysiące planów. Tylko niech wreszcie to się zakończy.

wtorek, 11 listopada 2014

Skąpstwo, okazja czy jak to zwał. Atrakcyjny wyjazd za darmo. Decyduję, że jadę. A potem wraca znana śpiewka. Odzywa się wewnętrzny ból. Po co patrzeć na coś, jeśli nie można tego dzielić z tamtym kimś? Po co jadę do miejsca, gdzie kiedyś miałam jechać z nim? Może gdybyśmy pojechali tam, a nie na Krym, to inaczej by się wszystko potoczyło? Zresztą jakie to ma znaczenie? Potoczyło się tak właśnie, bo on mnie nie kochał. Niezależnie od tego, co sama mam sobie do zarzucenia.

Przed podróżą zawsze mi się odzywa. A do tego i miejsce, i rosyjski. Za dużo rzeczy kojarzących się z M. Lęk, jak wytrzymam przez tydzień z obcymi ludźmi. Dawno nie jechałam w grupie. Kontakty z ludźmi znoszę tylko w małych dawkach. Wtedy mogę pokazywać uśmiech, energię, radość życia i ciekawość świata. Kilka godzin takiego wysiłku i muszę się wypłakać w samotności. Bo ilu ludzi bym nie spotkała, to nikt nie jest nim, a we mnie ciągle jest tęsknota. Tylko właściwie za kim? Za prawdziwym nim czy za własną projekcją? Stawiam na to drugie.

Rozmawiałam dziś ze znajomą po rozstaniu. Dłuższy związek niż mój, rozstanie świeższe. Ale gdy mówiła, co ich łączyło i czego jej brakowało w związku, to myślałam, że ja bym nie weszła w ogóle w związek, w którym nie byłoby porozumienia. Tylko że po takim związku ona zbiera się piorunem, a we mnie ciągle siedzi. Choć właściwie wiem już wszystko. Trafiłam na lekturę, która wyjaśnia takie nagłe odkochania, jak u M. Już mnie to tak nie dziwi, już wiem, że i tak nigdy nie zrozumiem.

To jest dziwne. Jest dobrze, jestem szczęśliwa, pracuję, czytam, piszę, żyję intensywnie i wystarczy jakiś drobiazg, żeby wytrącić mnie z rytmu. Piosenka, widok, kolor, cokolwiek - i nagle znajduję się w przeszłości. Przygotowania do wyjazdu ten stan nasilają. Kolejna podróż, która ma być atrakcją, budzi dawne upiory.

sobota, 08 listopada 2014

Już myślałam, że wyszłam na prostą i odzyskałam dawną radość życia, ale znowu tąpnęło. Zbierało mi się od kilku dni, a trzepnęło, gdy poszłam do supermarketu z wyposażeniem wnętrz po słuchawkę do prysznica i nagle znowu flashback, przeniosłam się do przeszłości. Fakt, że ostatnia książka Musierowicz, którą czytałam przez pół nocy, też mnie trochę dobiła, ona jakoś tak oddaje moje różne dawne uczucia. To się chyba nigdy na dobre nie skończy.

Koty w nadmiarze zaczynają mnie wnerwiać. Pumek chodzi po domu i szuka, której koci przyłożyć. Luftmysza piszczy, Żbiczka warczy, obie mają fochy z powodu maluchów, a dla odmiany Pumek robi za supernianię. Kocice doglądają czasem dzieciarni, ale bez specjalnego zaangażowania. Maluchy rosną jak na drożdżach, przez tydzień podwoiły masę. Już nie są przestraszonymi chudymi brudnymi paskudami z wielkimi brzuchami i kaprawymi oczami, tylko rozbrykanymi ślicznymi kociakami, które wszędzie włażą i kochają spać na moich kolanach. Przywiązałam się do nich,a  one do mnie i to jest problem.

 

 

 

 

Życie mi ostatnio rzuca kłody pod nogi. Do czego się nie dotknę, to problem. Powinnam szukać kociakom domu, ale Orange pozbawił mnie możliwości dzwonienia i wysyłania smsów z powodu kłótni o kasę za usługi, których nie było, a szukanie czegokolwiek bez telefonu to wiadomo... W mieszkaniu psuje mi się to nieliczne wszystko, które się wcześniej zepsuć nie zdążyło. Na razie dywan perski służy kotom na zarwanym łóżku piętrowym, a ja śpię na materacu pod łóżkiem;) Robota się piętrzy, a stawki spadają. Redakcja Rz bez słowa obniżyła wierszówkę z mocą wsteczną o bagatelka 35%, redakcja P była na tyle miła, że rękami prezesa zadzwoniła do mnie i powiedziała o obniżce 30% od kolejnego miesiąca. W międzyczasie ktoś publicznie w internecie rozpuszczał wici, że jestem dziennikarka tendencyjną z powodu różnych powiązań finansowych redakcji, z którą współpracuję i że nagrody, które swego czasu dostałam, to korupcja. Mogłabym iść z tym do sądu, ale czy warto procesować się byle kim? Osoby z organizacji konsumenckiej, z których zdaniem się liczę, mówią, ze moje teksty bronią się same i że zarzuty są absurdalne.

Do tego wszędzie jest pełno wyrzucanych kotów, marznących, zmasakrowanych przez ludzi, chorujących, trutych itp. I ta bezradność, że wszystkim się pomóc nie da, poczucie winy, że za mało pomagam, że jaki jest sens kupować sobie kolejny ciuch czy książkę, gdy można uratować jakieś życie. Ciągła trudna walka o równowagę w życiu.

Pracuję jak koń, żeby zarobić na remont mieszkania przy spadających wierszówkach i mimo hordy kotów próbuję prowadzić normalne życie, ale na to jednak trzeba mieć czas. Musze zrobić prawo jazdy jako prawie posiadaczka samochodu i przeraża mnie to, choć auto do wożenia kotów przyda się bardzo;) W takiej sytuacji jedyną metodą jest ucieczka i za tydzień jadę do Gruzji:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64