Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
niedziela, 30 października 2016

Nie udało się. Organizm Albinka nie podjął walki. Nie jadł i zaczęło się otłuszczenie wątroby. Temperaturę miał obniżoną, a parametry nerkowe jeszcze się pogorszyły, mimo że stan zapalny minął. Dziś zadzwoniła wetka, że kot nie ma szans. Trzeba było podjąć decyzję.

Towarzyszyliśmy mu we czworo. Był bardzo wycieńczony. Widać było, że nie ma woli życia. Zastrzyk jeden, zastrzyk drugi, kilka głębokich westchnień i Albinko odszedł za Tęczowy Most.

A potem nielegalnie wywieźliśmy go do lasu, niedaleko miejsca, gdzie spędził życie. Gdy z nim szliśmy, w pobliskim kościele zaczęły bić dzwony. Jak na ludzkim pogrzebie. Bo to nie był tylko kot. To był aż kot. Koty myślą, czują, wchodzą w relacje, każdy ma swoją osobowość. Podobnie jak inne ssaki. Tylko człowiek to eliminuje ze świadomości, bo inaczej musiałby przyjąć, że różne wyraziste istoty czujące przerabia na mięso.

Pochowaliśmy Albinka głęboko pod drzewem.

Albinko miał kocią przyjaciółkę, Szantal. Zawsze razem, jadły z jednej miski, dbały o siebie wzajemnie. Ona zawsze pilnowała, żeby on zjadł. Została sama, szuka go.

Mnie też się serce kroi, że już na mój widok nie wychynie z wąwozu delikatny kotem z czarnym ogonkiem.

I mam nadzieję, że po drugiej stronie jest koci raj.

 

piątek, 28 października 2016

Pierwszy raz w życiu muszę podjąć decyzję o uśpieniu zwierzęcia. I nie wiem, co zrobić. Jak wyważyć racje. Kiedy wiadomo, że już nie ma szans i zostaje tylko cierpienie.

A wszystko się we mnie broni. Bo chciałabym walczyć, ale czy można liczyć na cud? Kot jest wolnożyjący. Znalazła go dziś karmicielka leżącego pod krzakiem w  kiepskim stanie i zadzwoniła do mnie. Albinko trafił do szpitalika. Wyniki nerkowe ma tragiczne. W zeszłym roku wykaraskał się z choroby nerek i dostał w prezencie półtora roku życia. Niestety, teraz jest dużo gorzej niż było. Wet mówi, że nie można wykluczyć, że jest szansa, ale rokowania są bardzo ostrożne.

A kot był bardzo marny. Serce się kroiło, gdy się na niego patrzyło. Jutro robimy usg i kolejne badania. Trzeba będzie podjąć decyzję, co dalej.

Nie mogę przestać myśleć o tym, że teraz jest może jego ostatnia noc. I że ten przemiły biały kocurek z czarnym ogonkiem leży właśnie zwinięty w lecznicowej klatce i może cierpi.

Boję się, że nic nie da się zrobić albo że podejmiemy złą decyzję.

I wiem, że kiedyś mnie to czeka z moimi kotami, chyba że pierwsza się zawinę za tęczowy most.

piątek, 30 września 2016

Ostatnio życie jest emocjonujące. Ruszam z remontem mieszkania. Na razie projektanta siedzi nad wizualizacjami, bo projekt już jest. A ja wzięłam pokaźny kredyt na remont i na poczet kredytu kupiłam aparat fotograficzny. Którego obsługa na razie mnie przerasta.

A nie powinna, bo jutro jadę na wakacje, gdzie chcę robić zdjęcia. Jadę do Abchazji. Mam permit z tamtejszego MSZ, o ile nieistniejące państwo może mieć MSZ. Tyle ze permit nie oznacza, że tam wjadę, bo nie wiadomo, czy Gruzini wpuszczają. Pytałam w internecie w grupie podróżniczej i część osób mówi, e w ostatnich miesiącach wjechała, a część, ze granica była zamknięta. Najgorszy wariant jest taki, że granicę zamkną, gdy ja będę w Abchazji;) Bo jeśli nie uda mi się tam wjechać, to poszwendam się po Gruzji. Tyle, że nie mam pomysłu, gdzie dokładnie. Bo rejony, które mnie najbardziej kuszą, są już pokryte śniegiem albo zaraz będą, a wtedy z powodu zasypanych dróg również mogę nie dojechać. Albo co gorsze nie wrócić.

Dla urozmaicenia wysiadła mi elektryka w mieszkaniu. Nie mogę zgasić światła w pokoju i muszę wyłączać korki. Jutro podejmę się wymiany kontaktu pod kierownictwem brata. Ponoć to jest proste. Ale jeśli ktoś nie umie zlokalizować w aparacie funkcji preselekcji przysłony, to co tu mówić o wymianie kontaktu.

Przez problemy z instalacją niecierpliwie czekam remontu, mimo oczywistego leku, który temu towarzyszy. Wzięłam projektantkę, która mnie przeprowadzi przez to wszystko, ale i tak wywożenie kotów, wynoszenie dobytku, nie wiadomo gdzie zresztą, wybieranie rzeczy i sprzątanie po lekko mnie przeraża. Zwłaszcza że większość tych aktywności wymagać będzie używania samochodu, a mam nieustające wrażenie, że powinnam się odwołać od zdanego egzaminu, bo prawo jazdy ewidentnie mi się nie należy. Jazda bez świateł, na zaciągniętym ręcznym, 15 km/h, wymuszanie pierwszeństwa, ścinanie zakrętów, jazda pod prąd i jako wisienka na torcie zostawienie włączonych świateł i opuszczenie samochodu na godzinę, a w konsekwencji rozpaczliwy telefon do kuzyna "Ratuj, bo wysiadł mi akumulator".

No więc ta podróż do Abchazji to jest małe piwo w porównaniu z prowadzeniem samochodu i robieniem remontu. Chyba dlatego się nie stresuję:)

niedziela, 15 maja 2016

W Sopocie w maju jest pięknie. Wokół secesyjnych budynków kwitły bzy, w drodze do Orłowa ptaki śpiewały oszałamiająco, z pokoju hotelowego miałam wyjście prosto na plażę. Hotel Sheraton jak zwykle przy hotelu Grand wyglądał jak nuworysz przy arystokracie, a łabędzie kołysały się na falach jak hostessy kongresowe na wysokich obcasach. Bo oczywiście nie pojechałam do Sopotu prywatnie, choć służbowy pobyt przedłużyłam sobie o dwa dni.

 

 

Kongres jak kongres. Odświeżyłam znajomości, ponudziłam się na panelach dyskusyjnych, posłuchałam paru ciekawych wypowiedzi, popatrzyłam, jak się starzeją ci, których widzę raz do roku, podłapałam trochę tematów do tekstów i nie pamiętam, z kim przeszłam na "ty", więc w najbliższym czasie pewnie parę razy popełnię faux pas.

 

 

Takie spędy są ciekawe nie tylko z przyczyn zawodowych, to także świetna okazja do obserwowania zachowań ludzkich. Siedzi sobie na przykład człowiek na oficjalnej kolacji w towarzystwie zamężnej pani i żonatego pana i widzi, jak sytuacja między nimi się rozwija. Wychylenie do przodu, oblizywanie warg, poprawianie włosów, teksty o chemii. Małżeństw nie rozbiją, bo on ma dzieci, a ona męża z wpływowej rodziny, ale relacja między nimi zacieśniała się z każdą minutą i widać było, że sytuacja za moment wymknie się im spod kontroli. Zabawne jest też puszenie piórek przez niektórych, zwłaszcza panów, i pokazywanie swojej wagi i powagi. Co ciekawe, nie dotyczy to raczej prezesów, ale piarowców i dziennikarzy.

Najciekawsza jest jednak sopocka plaża. Rozłożyłam się koło dwóch łabędzi, żeby sobie słuchać fal i patrzeć na ptaszyska. Tymczasem kto przechodził, to musiał sobie zrobić selfie z łabędziem, płosząc nieszczęsne ptaki, które chciały sobie pospać. Dzieci młodsze chciały głaskać, dzieci starsze rzucały patykami we wszystko co się rusza, bo tak fajnie jest podokuczać. Rodzicom i jednych, i drugich wszystko wisiało, dopóki łabędź nie pogonił ich nachalnej progenitury. Jedna blond dama o nienachalnej inteligencji popadła w konflikt z mewami, gdyż te zrzuciły guano na jej różowiutką kurteczkę. Dama próbowała doprać kurtkę w morzu, a wredne mewy zdawały się z niej naśmiewać, więc pani modnym białym sportowym bucikiem na gigantycznym koturnie usiłowała sprzedać im kopniaka.

 

 

Poszłam na spacer do Orłowa, wyskoczyłam na jeden dzień do Gdańska - zupełnie nie znam tych miejsc, więc patrzyłam na nie wzrokiem nieskażonym i łączyłam odwiedzane miejsca z faktami znanymi z historii. Oblazłam gdańską starówkę i pod Żurawiem sobie uświadomiłam, że w głębokim dzieciństwie chyba tu byłam. Pamiętałam, ze gdzieś w Gdańsku albo Gdyni byłam jako trzylatka, a pod Żurawiem otworzyła mi się jakaś klapka, że to było właśnie tu. Choć może to pamięć spłatała mi figla. Weszłam na wieżę Kościoła Mariackiego i przy zejściu zorientowałam się, że mam mocno zużyte podeszwy. W sensie wyślizgane. Więc schodząc poczułam się jak w górach - walczyłam wszystkimi mięśniami, żeby nie zjechać na dół na piątym punkcie podparcia. A w Warszawie na wieży u św. Anny nie byłam. Jakoś łatwiej się zwiedza nieswoje miasta.

 

 

Emocjonalnie na tyle jest już dobrze, że na oficjalną kolację założyłam szpilki, których nie nosiłam od czasów M., bo mi się z nim kojarzyły. Nie to, żeby wspomnienia nie bolały, bo bolą, ale już potrafię nie myśleć, nie przypominać sobie, nie wyobrażać i dzięki temu życie jest łatwiejsze. Choć łatwe nie jest. Choruję, czuję się fatalnie, w zasadzie cały czas zmagam się z bólem, robię mnóstwo badań i coraz bardziej mnie to wszystko męczy. Wydawałoby się, że takie kompleksowe chorowanie musi mieć związek z psychiką, a dziadostwo uaktywniło się, kiedy psychika jest ustabilizowana. Mam się stawić na konsylium lekarskim, gdzie doktory zdecydują gremialnie, co ze mną zrobić. Prawdopodobnie znowu będzie operacja i nie wiem, czy się na nią zgodzić, skoro kolejne pomogły mi na krótko. Zaczynam się skłaniać w stronę medycyny chińskiej, w sumie oprócz pieniędzy nie mam nic do stracenia.

 

 

Ciągły ból sprawia, że chodzę wkurzona. A jak jestem wkurzona, to bywam chamska. Dzisiaj sama siebie zaskoczyłam. Mieszkam w miejscu turystycznym, gdzie tłumy wycieczek zagranicznych chodzą, a tu jakieś pan z grubsza trzeźwy wlazł na trawnik przed samym moim nosem, rozpiął rozporek i zaczął się załatwiać 2 metry ode mnie. Grzecznie mu zwróciłam uwagę, żeby tego nie robił, a on się zaczął rzucać. Stanęłam, schowałam skromność niewieścią do kieszeni, ocięłam gościa wzrokiem do góry do dołu, zatrzymując demonstracyjnie spojrzenie na obnażonej części ciała i głośno i dobitnie skomentowałam rozmiar przyrodzenia tak, żeby przechodzący ludzie słyszeli. Gość się zapowietrzył i mam nadzieję, że na przyszłość zniechęci się do takich akcji.

niedziela, 03 kwietnia 2016

Pięć razy wstawałam w nocy wynieść Żbiczkę do kuwety bo śpiewała i próbowała włamać się do szafy. Bezskutecznie. Rano i tak opróżniła pęcherz na ulubiony kocyk Dyzia. Świeżo prany. Zaczynam rozumieć Dyzia, że jej dokucza. Teraz podpieram powieki zapałkami i próbuję pracować, a winowajczyni zwinięta w kłębuszek leży mi na kolanach. I jak tu się n nią zezłościć? Dziwiłam się jakiś czas temu, gdy dzieciata i kociata koleżanka mówiła, że koty są bardziej kłopotliwe niż dzieci, bo dzieci wyrastają z różnych zachowań, a koty nie. Coś jest na rzeczy.

Budząc się co chwila w nocy uświadamiałam sobie, że książka, którą piszę z W., może zostać potraktowana jako w głos w odświeżonej ostatnio dyskusji o aborcji i to mnie wytrącało ze snu bardziej niż perspektywa mokrej plamy na dywanie. Wątki katolicko-antyaborcyjne w książce się pojawiają, dla W. wiążą się z jej decyzjami, więc nie chcę w nie ingerować mimo własnych poglądów, mimo że jestem od katolicyzmu z każdym dniem bardziej odległa, a światopoglądowo zgadzam się z obecnym kompromisem. I na dodatek nijak nie rozumiem emocji, które rozpalają obecne pomysły naszych światłych władz, które zapewne chcą odwrócić w ten sposób uwagę od innych spraw. Bo niezależnie od tego, czy jest się za, czy przeciw, trudno nie widzieć, że jeśli kobieta będzie chciała usunąć ciążę, to zrobić to bez względu na stan prawny, jak nie w Polsce, to w Niemczech czy na Słowacji. A książka ma zupełnie inny cel, dotyczy konkretnej sytuacji i wyborów jednej osoby. Zastanawiam się teraz, jak ująć to w książce, żeby nie przypominała światopoglądowej pogadanki i żeby przypadkiem nie miała promocji po parafiach. I nie przychodzi mi do głowy żadne dobre rozwiązanie.

Swoją drogą historia W. pokazuje, jak bardzo pod górkę mają samotne matki niepełnosprawnych dzieci i na jak nikłą pomoc państwa i społeczeństwa mogą liczyć. Zastanawiam się, czemu głośni tzw. obrońcy dzieci nienarodzonych nie uaktywnią się w swoich parafiach w celu zorganizowania pomocy dla samotnych matek ani nie zrobią dyżurów przy dzieciach ciężko upośledzonych, podobnie jak publicyści wrzucający do sieci ckliwe kawałki o tym, jak cierpienie dziecka ubogaca rodzinę i okolicznych księży nie zaopiekują się takim dzieckiem. A politycy kupujący głosy programem 500+ nie uchwalą świadczeń dla niepełnosprawnych i ich rodzin, nie załatwią problemu alimenciarzy czy opieki nad dorosłymi osobami potrzebującymi pomocy (bo wszak niepełnosprawne dzieci kiedyś dorastają). Mam wrażenie, że takie działania byłyby znacznie skuteczniejsze w ograniczaniu aborcji niż kłapanie paszczami i strasznie prokuratorem.

środa, 30 marca 2016

Smutny dzień. Dowiedziałam się, że jeden z naszych podopiecznych powsińskich - czarny kocurek z białym krawatem - zginął pod kołami samochodu. Został rozjechany, a nie potrącony, co skłania do przypuszczeń, że ktoś zabił go specjalnie. Zginął na drodze kończącej się parkingiem, gdzie trudno się rozpędzić, a łatwo zahamować na widok zwierzęcia. Właściwie to trudno sobie wyobrazić, że auto jadące 20-30 km/h rozjeżdża kota tak, że mu wnętrzności wyłażą.

To był taki dobry kot. Zajmował się swoją byłą partnerką, mimo że była ona wysterylizowana. Jego nie zdążyłyśmy wykastrować, więc pewnie wierny nie był. Ale nie opuszczał swojej Rudzi. Cudnie opiekował się swoimi dziećmi. Mogłyśmy złapać ich mamę na ciachnięcie, gdy wykarmiła maluchy, bo zostały pod opieką troskliwego ojca.

Parlament Nowej Zelandii uznał, ze zwierzęta odczuwają jak ludzie i podlegają takiej samej ochronie (no, oprócz myślistwa, wędkarstwa i rzeźni, więc z duuuużymi wyjątkami). Dla mnie to od dawna jest oczywiste. Podobnie jak ludzie, zwierzęta bywają dobre i złe, stosując wobec siebie przemoc, bywają empatyczne. Zdarzają się wredne koty, a ten przejechany to był taki fajny gość. Zawsze żal zwierzęcia, gdy umiera bezsensownie, a teraz szczególnie mi żal. Tym bardziej, że jego partnerka została sama. A zwierzęta przywiązują się do siebie, a myślę, że też kochają. Cierpią po śmierci i rozłące. Dla ludzi to "tylko kot", dla kocicy - ktoś najbliższy.

Urok świąt - tych czy innych - polega na powtarzaniu pewnych rytuałów. W moim przypadku są to siłą rzeczy rytuały praktyczne, a nie religijne, gdyż od religii z każdym rokiem jestem coraz dalej.

Przed każdymi świętami obiecuję sobie, że perfekcyjnie posprzątam mieszkanie i upichcę jakieś wegetariańskie smakowitości o charakterze świątecznym. Jak zwykle wyszło jak zawsze. Stan mieszkania pozostawia wiele do życzenia, a przysmaki pozostają w sferze planów na następne święta.

Jak zwykle w domu rodzinnym stoły się uginały od potraw, a mama uginała się pod ciężarem przygotowań. Jak zwykle w rodzinie byli tacy, którzy obsługiwali i tacy którzy dawali się obsługiwać. I jak zawsze wszystko było bardziej. Tak uczucia, jak i napięcia.

Tylko dzieci się zmieniają, choć relacje z nimi, jak to w święta, są bardziej takie, jakie są. Co dla mnie akurat było wielką radością, bo z bratankami sztuk 3 mam kontakty świetne i teraz były jeszcze bardziej świetne. Dzieci tuliły się, obłaziły mnie, a w Lany Poniedziałek zamiast dyngusa przyniosły mi śniadanie do łóżka.

Nowością był też dyngus, który zrobiły koty w mieszkaniu. Pod moją nieobecność. Podlały co się dało. Niestety, nie wodą.

W sumie to dobrze, że już wróciłam do codzienności.

piątek, 05 lutego 2016

Dotarłam na Wzgórza Camerona, mimo że nie było to proste. A tu pada. Ciurkiem. Podobno tak od kilku dni. Ponoć w tropikach ulewy są krótkie i konkretne, a tu typowo polskie popadywanie. A wzgórza to dżungla. I błoto. Taka czerwonawa glinka. Szlaki oznakowane są fatalnie, dzięki czemu większość turystów korzysta z usług przewodników. Nabyłam w drodze kupna mapkę poglądową wzgórz, gdzie więcej jest reklam niż informacji, nie ma zaznaczonych nie tylko poziomic, ale i potoków, i poszłam sobie. Zgubiłam się szybciej niż przypuszczałam. Stałam sobie nad rzeczką i zastanawiałam się, gdzie iść dalej, nagle moim oczom ukazała się dwójka ludzi w średnim wieku, pewnym krokiem zmierzająca przed siebie. Zapytałam ich po angielsku po drogę, okazało się, że mieli lepszą mapę , wypożyczoną nielegalnie z hotelu, i szli tam gdzie ja. Gdy zaczęli rozmawiać ze sobą, okazało się, że angielski nie jest nam w komunikacji potrzebny, gdyż sympatyczni państwo mieszkają w Pile. Poszliśmy więc razem i razem zgubiliśmy drogę.

Nawet nie tyle zgubiliśmy, co wybraliśmy niewłaściwy, czyli bardziej skomplikowany wariant. Ale na plantację herbaty jakos udało nam się dotrzeć. Szczęśliwie ostatni odcinek, asfaltem 6 km. pod górkę pokonując autostopem. Za to sama droga była bardzo urozmaicona. Stroma i śliska. Obślizgłe liście i gałęzie i upiorna glina. Co chwila któreś z nas leżało. Droga skończyło się w kapuście. Schodziliśmy stromizną po koszmarnie śliskich betonowych schodkach, rozpaczliwie chwytając się po drodze kapusty.

W drodze powrotnej spotkaliśmy dwójkę Czechów, którzy mieli na dzisiaj taki sam plan, jak my. Siedzieli przy drodze, utytłani gliną od góry do dołu, i jak powiedzieli, połowę drogi przejechali "na zadku". Biedni byli kilkanaście kilometrów za nami, a już byli ledwie żywi. Ciekawa jestem, czy udało im się wrócić przed zmrokiem.

Wracając obraliśmy tę drogę, którą pierwotnie planowaliśmy iść. Paskudnie szło się pod górkę, ale przynajmniej bez upadków. Okazało się, że trudno było drogi nie zgubić. Miejsce, gdzie szlaki się rozchodziły, nie było w żaden sposób oznakowane, a właściwy szlak zaczynał się za zamkniętą furtką. W środku dżungli.

Po powrocie do hotelu buty poszły pod szlauch, spodnie i kurtka do prania, a bielizna do śmieci. Na jutro planuję mniej ambitne szlaki, bo nie mogę się tak utytłać, gdyż nie dosuszyłabym się przed wylotem. Kupiłam bilet na ostatni autobus do KL, będę tam o 22, ale zarezerwowałam hotel koło dworca, więc jest nadzieja, że się nie pogubię. Żeby tylko jutro łaskawie nie padało.

środa, 03 lutego 2016

Na Tioman są nie tylko małpy, nietoperze i warany. Są też koty. W moim hotelu były 3 kocurki, w tym jeden uroczy rudy zabijaka Czuki, ktory pakował mi się na kolana, wgryzał w palce i mruczał jak traktor. Przed przyjazdem na wyspę czytałam, że raz do roku koty są wyłapywane i topione. Nie odważyłam się o to syptać miejscowych, wypierałam tę informację.

Ale gdy wróciłam na ląd, to do mnie dotarły fakty. Otóż wszędzie w Malezji pełno jest ciężarnych i karmiących kotek. A na Tioman nic. Kociaków nie widziałam, a prawie wszystkie koty to samce. Wniosek nasuwa się sam - w czasie monsunu pozbyto się reszty. Podejrzewam, że w ramach regulacji populacji, tak jak u nas usypia się ślepe mioty, tak tam topi kocice i kocięta. Znielubiłam tę wyspę.

Jestem już na lądzie, utknęłam w nudnym Mersingu. Chcę przedostać się na Wzgórza Camerona. Niestety, autobusy do Ipoh są przepełnione, najbliższe wolne miejsca są w poniedziałek. Nie chcę jechać przez KL, bo chcę stolicę ominąć, spoedziwam się, że przedzieranie się przez miasto z jednego dworca na drugi byłoby czasochłonne, a noclegi tam są nieprzyjemne i kosztowne. Zresztą i tak nic bezpośredniego do KL dziś nie jechało. W ogóle cokolwiek jechało tylko do miasteczek, z których nie mogłabym się wydostać, w autobusach do innych miast nie było wolnych miejsc. Kupiłam na rano bilet do Melakki z nadzieją, że stamtąd dojadę na Wzgórza Cameorna. A jeśli mi się to nie uda, to w ostateczności zwiedzę Melakkę, choć azjatyckie miasta zdecydowanie wolę omijać szerokim łukiem.

W Malezji inaczej niż w innych azjatyckich państwach warto dokładnie zaplanować sobie podróż i porezerwować co się da. Malezja jest krajem trochę bez właściwości. Trudno tu znaleźć coś tutejszego: muzyka, ubrania, sklepy - wszystko sprawia wrażenie importowanego, trudno znaleźć jakiś punkt zaczepienia, żeby się zagłębić w to, co tu jest, tym bardziej, że niełatwo jest nwiązać kontakt z miejscowymi, oprócz miejsc turystycznych rzecz jasna. Za to przyroda jest cudna. Jeśli kiedykolwiek tu wrócę, to dla przyrody, jadąc do wybranych parków narodowych, gdzie będę mieć wcześniej zrobione rezerwacje. Spontan zostawię sobie na inne kraje.

 

poniedziałek, 01 lutego 2016

Siedzę na wyspie Tioman. Wyspa jest prawie rajska. Prawie - bo jednak byłam w miejscach bez porównania bardziej rajskich. Ale tu jest ok. Mieszkam w  domku, koło którego widziałam wielgaśnego warana. Po  drzewach śmigają wiewiórki, a wszędzie łażą koty, które podobno w ramach kontroli populacji raz do roku łapie się i topi. Domki są w nadmiernym zagęszczeniu jak na moje upodobania, na szczęscie jest przed sezonem i tłumów nie ma. Przy brzegu rafa jest średnia, le na wycieczkę sie raczej nie zdecyduję, bo dźwięki, które wydają moje dolne drogi oddechowe skłaniają mnie do przypuszczenia, że na snorkellingu bym się jednak bała, że się zadławię, za słabo pływam, by eksperymentować przy takim kaszlu.

Wokół jest dżungla. Chciałam przejść przez dżunglę na sąsiednią plażę, bo to jedyna droga, ale od razu się zgubiłam. Jutro poproszę recepcjonistę, żeby mi pokazał drogę. Za to poszłam do sąsiedniej wsi i tam wreszcie miałam to co lubię. Było swojsko i sympatycznie, ludzie po drodze częstowali mnie owocami i kokosem, otrzymałam propozycję podwody, a na koniec spotkałam na drzewie wielgaśne stado nietoperzy. Niestety, akurat teleobiektywu nie miałam ze sobą, bo w planie było głównie plażowanie.

Tutaj jest o tyle dziwnie, że zagaduje do mnie albo przynajmniej kłania się każdy jeden mężczyzna, natomiast z żadną kobietą nie mogę nawiązać nawet kontaktu wzrokowego i uśmiechu. Krępujące jest to. Panie są malownicze, ale patrzą na mnie w taki sposób, że nie śmiem zrobić im zdjęcia ani nawet spytać o pozwolenie. Nie mogę tego rozgryźć, bo niby w islamie powinno być odwrotnie. Inna rzecz, że tutaj z dużym luzem traktuje się religię. Owszem, kobiety noszą chusty i alkoholu w moim hotelu pić nie można, ale przedstawiciele obu płci swobodnie ze sobą rozmawiają. Nie wszyscy zresztą są muzułmanami. Barman w jedynym czynnym barze ewidentnie nie wyznaje islamu i regularnie namawia mnie na drinki.

Teraz siedzę na werandzie w recepcji, strumyk szumi, muezin zawodzi i ogólnie jest bardzo nastrojowo, tylko niepokoi mnie brak wieści od rodziny.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63