Bardzo lubię własne towarzystwo i uważam je za niezwykle interesujące, ale jednak zdecydowanie wolę mieć alternatywę w postaci innego towarzystwa. Nie to, że się sobą znudziłam, ale nie lubię przymusowych sytuacj. A taką własnie sytuacją jest samotne spędzanie czasu na rozłożonej kanapie, bo nawet łózko na antresoli jest poza moim zasięgiem.
Zakaz dźwigania ma też zastosowanie do butelek z trunkami szlachetnymi. Zresztą nie ma takiej siły innej niż przymus medyczny czy konieczność wyrzucenia śmieci, która by mnie zmusiła do wyjścia z domu. Wyjścia jak wyjścia. Ale po wyjściu trzeba wejść.
Prawdę mówiąc, nie mogę się nadziwić obecnej sytuacji. Myślałam, że jeśli będę dużo ćwiczyć przed operacją, to po bedę mieć lepszą kondycję i szybciej będę się goić. A tu lipa. Przedłużająca się bezradność i skazanie na pomoc innych ma w sobie coś upokarzającego. Nigdy na to tak nie patrzyłam, gdy byłam po drugiej, tej silniejszej, stronie. Myślałam zresztą, że 3 dni i zacznę śmigać. A tu już 9 doba, a ja leżę. Nie mam siły, wnętrze boli i co gorsza nie widzę końca. Zresztą nawet nie wiem, co mi jest, bo że coś jest, to z wynika z opisu operacji.
Tak sobie dumam, że to jest przedsmak starości. Taki stan, gdy człowiek niegdyś wesoły, towarzyski, atrakcyjny wypada z obiegu, jest zauważany i liczy się tylko dla najbliższych oraz dla tych, którzy sami przeszli przez choroby i operacje. Obłożona książkami, uzbrojona w internet i z kilkoma ciekawymi zleceniami przynajmniej mam jakiś punkt zaczepienia i kontakt ze światem. Przestaję się dziwić mojej nieżyjącej już sąsiadce, że spędzała całe dnie przy włączonym na cały regulator telewizorze. Nie miala rodziny ani bliskich. Pewnie z ten sposób uciekała z przymusowej pustelni.
Wreszcie zapadła cisza. Od rana remont u sąsiadów, kosiarka pod oknem na zmianę z dmucharką liści, w charakterze deseru zawody na boisku szkolnym pod moim oknem w rytmie starych przebojów Modern Talking.
Myślałam, że szybciej dojdę do siebie, a tu już piętrzą się zaległości. A na robotę brak sił. Pierwszy raz odmówiłam napisania tekstów z 3-dniowym terminem, bo nie dałabym rady. Porządek w mieszkaniu również nie okazał się wieczny i aż się prosi, żeby je sprzatnąć. Zmiana pościeli to wyzwanie. A wczorajsze wyjście do szpitala na zdjęcie szwów okupiłam kilkugodzinnym kamiennym snem. Na skutek protestu taksówkarzy byłam skazana na metro, do i od którego miałąm ładny kawałek drogi. W ramach protestu przeciw protestowi przestaję jeździć taksówkami. Za to w szpitalu prawdzie wypisu jeszcze nie było, ale usłyszałam jedną hipotetycznie pozytywną wiadomość, którą uczciłam wieczorem winkiem w towarzystwie M.S.
Wydawało mi się, że zawsze widziałam słabszych i potrzebujących. Pomagałam dźwigać zakupy staruszkom, ustępowałam miejsca mniej sprawnym, podprowadzałam niewidomych. Ale teraz dostrzegam nowy wymiar słabości. Słabszych jest bardzo dużo, ale na co dzień ich nie widzimy. Tłum młodych, sprawnych i doprzodowych wywala się z metra nie patrząc na nic, gdy tymczasem starsi, mało stabilni, mniej sprawni przemykają bokiem, z obawy przed potrąceniem i przewróceniem. Na murkach i ławeczkach co chwila dostrzegam kogoś, kto akurat odpoczywa po wysiłku kilkusetmetrowego spaceru i ledwie dyszy.
Zauważyłam, że automatycznie uśmiecham się teraz do staruszek i inwalidów oraz wszystkich marnie wyglądających delikwentów ciągnących noga za nogą. I wszyscy odwzajemniają uśmiech, jakby byli zadowoleni, że wreszcie nie są dla kogoś przezroczyści. Tak jak ja się poczułam przezroczysta, gdy idąc zgięta w pół do apteki zderzyłam się parą idąca z naprzeciwka. Młodzian szarmancko otworzył drzwi damie swego serca, potem sam wszedł, a potem zatrzasnął mi drzwi na nosie. Z drugiej jednak strony aptekarka od razu zainteresowała sie moim marnym wyglądem, wczoraj zaś kierowca autobusu zaczekał, aż do niego doczłapię, zaś pani siedząca na pierwszym siedzeniu wzięła dziecko na kolana, żebym miała gdzie usiąść.
Dostrzegam więc inną stronę życia i to jest niewątpliwy plus obecnej sytuacji. W ogóle musiałam spojrzeć bardziej w głąb niż wszerz, a reporterskie patrzenie dookoła zawsze było mi bliższe. Więc jakiś pozytyw tego mało przyjemnego stanu jest.
Powrót ze szpitala do domu to w pierwszej chwili radość, a potem udręka. Cztery ściany, a właściwie sufit w roli głównej, w który wpatruję leżąc na kanapie. Poranna toaleta i śniadanie, potem 2 godziny odpoczynku, zrobienie prania - 2 godziny odpoczynku. Próbowałam pracować, ale wcześniej byłam nieświadoma, że praca przy pomocy głowy też męczy fizycznie. A po wielkiej wyprawie metrem na Kabaty padłam. Ale musiałam jechać, bo to wizyta u psychoterapeutki. Inwestycja w to, żeby nie zwariować siedząc miesiąc w czterech ścianach i patrząc się w sufit.
Wyjazdy odpadają, od myślenia nie ma więc ucieczki. A wnioski sa bolesne. Z planów z ostatniego roku nie udał się żaden, wszystkie decyzje, ktore po kolei podejmowałam, poczynając od lipca ubieglego roku, okazywały się złe. Szewc bez butów chodzi, a dziennikarz ubezpieczeniowy nie ma polisy na wypadek utraty zdolności do funkcjonowania. Brak życiowej ostrożności mści się na mnie na wszystkich frontach.
Doświadczenia pokoleń i moje osobiste resztą też uczą, że raz jest dobrze, a kiedy indziej źle. Kiedy przed laty chorowałam i w zasadzie kosztowało mnie to 3 lata życia, miałam wrażenie, że przechodzę przez piekło, które nigdy się nie skończy. Nie wiedziałam wtedy, czy kiedykolwiek wyzdrowieję i będę miała siłę na cokolwiek. Studiowałam z trudem kierunek, który mnie nudził, a ktory bałam się zmienić, bo dawał pewną przyszłość, co przy chorobie miało ogormne znaczenie. I płakałam po nieszczęśliwej pierwszej miłości, nie spodziewając się, że w przyszłości ów pan do mnie wróci i że przyjęcie go będzie moim wielkim błędem.
Pamiętam, gdy któregoś razu w desperacji, gdy po przejściu kilku kroków z wyczerpania musiałam się położyć, usiadłam z żyletką przy nadgarstku, ale nie odważyłam się podciąć sobie żył, bo gdy tylko się skaleczyłam, zrobiło mi się słabo.
Z dystansu natomiast oceniam tamtą chorobę jako jedno z bardziej wartościowych doświadczeń w życiu, które w ogromnym stopniu mnie ukształtowało. I cały tamten okres jako czas hartu.
Powtarzam sobie, że teraz też się wykaraskam i ułożę sobie życie tak, jak o tym marzę, choć sama średnio w to wierzę. Jutro jadę do szpitala na zdjęcie szwów, może będzie już wypis, z którego może wreszcie się coś dowiem. Albo dopadnę jakiegoś lekarza, który mi przetłumaczy medyczny slang na polski i wyjaśni, co w praktyce znaczy to, co jest w opisie operacji napisane. A jak nie, to trudno. Czekałam tyle, poczekam 3 tygodnie, bo jak powiedziała mi z brutalną szczerością lekarka, która mnie wypuszczała ze szpitala, bez wyników histopatologii nie ma sensu iść do lekarza. A wyniki będą właśnie za 3 tygodnie.
Kluczowym argumentem, który sprawił, że poprosiłam podczas dzisiejszego obchodu o wypisanie do domu, był dzisijesze śniadanie. Jajko gotowane około 20 minut, podane bez soli z 4 kromkami chleba i szczątkowa ilościa masła.
Chyba jestem już zdrowa, skoro mam ochotę na smaczne jedzenie. Choć gdy dostałam opis operacji, prawie dostałam zawału. Mam niejasne podejrzenie, że nie czeka mnie życie bezbolesne i przyjemne, ale musze sie jeszcze skonsultować z jakąś siłą fachową, która wyjaśni mi, co oznaczają różne drastyczne opisy.
Na razie z przyjemnością myślę o Mamie czekającej w domu, botwince i truskawkach, a potem się będę martwić dalej.
No i żałuję, że nie jestem pracownikiem najemnym. Miałabym 3 miesiące zwolnienia i dostawałam bym pieniądze. A tak zaraz po powrocie do domu musze zabrac się do roboty;) Ale decyzja o odejściu z etatu była moim wyborem, więc mam, co chciałam, czyli nie moge narzekać:)
Czekam na obchód. Decyzja o opuszczeniu tego miłego miejsca należy do mnie. Wszytskie panie przebierają nogami, do wyjścia, a ja się waham.
Bo mój dom to nie dom. Dom jest miejscem, gdzie są ludzie, a nie gdzie mieszka się samemu. Bo nie mam siły wejść na czwarte piętro, bo jak będę funkcjonować, kiedy chodze sgięta w pół i każdy krok boli. Chętni do pomocy są. Ale po 3 dniach będę musiała radzić sobie samodzielnie, a zupełnie sobie tego nie wyobrażam, w tej chwili umycie zębów jest dużym wysiłkiem, a prysznic okupiłam stanem podgorączkowym, tak się zmęczyłam;)
Widzę, że musze pomyśleć o zmianie mieszkania na bardziej sprzyjające, bo coś mi sie widzi, że z wiekiem takie sytuacje mogą zdarzać się częściejj. Wprawdzie mój osiemdziesięcioletni sąsiad o jednej nodze gramoli się jakoś na 4. piętro, ale on jest z pokolenia herosów, a ja jestem mizernym produktem lat 70. bez zacięcia do bohaterstwa.
Zaczynam też rozumieć, czemu tu się nie patyczkuja z pacjentkami. Tu jest po prostu za mało personelu. W nocy są 2 pielęgniarki i mają taki sajgon, że szczerze im wspólczuję. Przeklinaja komputery, do których każą im wszystko wpisywać, włacznie z każdympodanym lekiem, gdy tymczasem na oddziale liczącym 50 pacjentek cały czas coś się dzieje. A to nagły przypadek, to do operacji trzeba przygotować, to po zabiegu przewieźć, do tego ciągle ktoś coś woła, bo generalnie same obolałe i mało sprawne przypadki tu leżą. Dziennie zdarza się po 40 wypisów i tyle samo nowych pacjentek, ja się dziwię, że oni to w ogóle ogarniają.
Wreszcie jem i nabieram sił. Poranny personel jest miły i pomcny, od razu inaczej dochodzi się do formy:)
Wstaję jeszcze zgięta w pół, ale juz spróbuję się samodzielnie wykąpać. Nadrabiam też zaległości w spaniu. Ambitne plany pracowania i czytania w szpitalu biorą w łeb. Ani chybi się starzeję, 15 lat temu po wszczepieniu rozrusznika natychmiast zabrałam sie za tłumaczenie książki.
Zaczynam chcieć do domu. To dobry objaw. Może sę jutro jakoś wczołgam na to czwarte piętro. I będę powoli mogła się wziąć za porządkowanie życia. Ale cienko widze najbliższe miesiace pozbawione głównych atrakcji, a bogate w rozmaite problemy.
Opatrunek mam sobie zdjąc sama pod prysznicem. Dzień po operacji. Nie mam siły wstać sama do toalety, z bólu zwijam się w trąbkę, a każą mi brać prysznic i ściągać opatrunek. Uczucie bezradności jest okropne. Zastanawiam się, czy w tym szpitalu nie jest przyjęte korumpowanie pielęgniarek celem zapewnienia sobie opieki.
Pytam się pielęgniarki, jak mam to zrobić, skoro nie mam siły. - Trudno, musi sobie pani jakoś poradzić - pada odpowiedź. Druga pielęgniarka mówi, że mam nie ściągać opatrunku, skoro mam z brzucha rurkę. Ciekawe, czy tę rurkę też każą mi samodzielnie wyjąć?
Żyję, pocięta i pozszywana. Raka nie mam, choć na 100% będzie to wiadomo po histopatologii.
Czuję się jak się czuję i nie jest to samopoczucie z tych nadzwyczajnych, ale jak na dzień po operacji, to jest całkiem nieźle.
Rotacja jest tu ogromna, niemal zaraz po zaszyciu wyrzucają człowieka ze szpitala, nawet do zdjęcia szwów nie czekają. Prawdę mówiąc, średnio widze swoje funkcjonowanie, jeśli mnie wyproszą w sobotę.
W nocy na sąsiednie łóżko przyjęli dziewczynę z poronieniem. Prawie cały czas siedzi przy niej mąż, wpatrując się w nią z taką miłością, że aż miło patrzeć. Biedna, strasznie się wycierpiała w nocy. Teraz głównie śpi, a on patrzy na nią z troską i czułością.
Tu stosują zimny wychów pacjentek. Wstawać bez asysty i koniec. W głowie się kręci? Nieważne, przetrzymać. I przytrzymać się czegoś, żeby nie zemdleć. Nie wiem, czy funkcjonuje tu instytucja lekarza prowadzącego. Ten, który mnie operował, przyszedł rano powiedzieć bardzo ogólnie, co mi zrobili, co znaleźli i jakie będą skutki. Mam nadzieję, że na wychodne powiedzą mi, co dalej. Na razie tylko dopytałam o aktywność i do końca czerwca żadnego sportu. Trudne to będzie, ale nie takie przerwy a aktywności życiowej się miało. Mam nadzieję, że powetuję sobie to latem:)
A potem już było tylko lepiej. Przeszedł doktor i powiedział, że może mi znowu przesuną operacje, bo mają pilniejsze przypadki. W sumie to dobrze nie być pilniejszym przypadkiem.
Doktor powiedział, że ryzyko zmian pooperacyjnych może doprowadzić do niepłodności i ryzyko jest dużę. A operować trzeba. Dobrego wyjścia nie ma. Pomyśleć, że wczoraj przyszlam tu na podobno drobny zabieg laparoskopii;)
Teraz czekam na sucho i głodno na informację, czy operacja będzie dziś planowo o 10, dziś później czy jutro. I prawdę mówiąc, siada mi psychika. Wolałabym mieć czas na skonsultowanie z kimś, czy robic operację w takim zakresie. Lekarz wygląda na godnego zaufania, ale tu jednak chodzi o jedną z najważniejszych spraw w życiu.
No i jeszcze to i owo może okazac się w trakcie operacji. Aż boję się myśleć, co, w takim tempie pogarsza się sytuacja.
Za to szczerze podziwam personel. Pielęgniarki symatyczne, cierpliwe, uśmiechnięte i zadbane już od 6 rano. Lekarze uprzejmi i rzetelnie udzielający informacji. Gdyby mi ktoś kazał za co dzień funckjonowac przytmonie od 7 rano czy wcześniej, to miałąbym w oczach mord, a uśmiechu nie wydobyłaby ze mnie żadna siła. A tu jest naprawdę sympatycznie.
Dlatego teraz nęka mnie pragnienie skonsumowania świeżutkiego ogóreczka oraz kiełbaski, otrzymanej na kolację przez moją towarzyszkę szpitalnej niedoli. Jak to apetycznie pachnie. Pomyśleć, że jeszcze niedawno byłam wegetarianką;)
A tu dieta. Nic nie wolno. Pracować wolno, ale na głodno nawet praca ciężko mi idzie.
Fajny jest ten szpitalny babiniec. Nikt nie smęci o chorobach, wspólnie ironizujemy na temat różnorakich krępujących zabiegów i uwagi nie zaprzatają żadne osobniki płci męskiej. Nie wiem wprawdzie, czy jutro będę miała równie dobry humor, ale będąc pod narkozą, przynajmniej nie będę miała złego;)
Jako lekturę mam czytadło "Cukiernia pod Amorem" czy coś takiego, niestety wymiękłam dość szybko przy opisach jagodzianek, to nie jest lektura na głodek. W tych okolicznościach chyba sięgnę po literaturę ambitniejszą. Choć to też na głodno nie wchodzi. A "Życia na gorąco", "Party" czy innego fascynującego czasopisma nie mogę nabyć z tego prostego powodu, że akurat dziś panowie wyburzyli szpitalny kiosk. Szkoda, że nie kupiłam sobie czegoś o ciekawych medycznych przypadkach, to by chyba było obecnie najbardziej wciągające.