Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
środa, 12 grudnia 2018

Znowu rozmieniam się na drobne. Mnóstwo różnych zleceń, skakanie z tematu na temat, ciągłe poczucie, że brakuje czasu i zmęczenie, które usypia mnie nad własnymi tekstami. Myślałam, że odpocznę jako freelancerka.

Wszystko przez Galapagos. Chce się tam lecieć, to trzeba zarobić. A z drugiej strony nagle otwierają się nowe furtki, pojawiają nowe obszary zainteresowań i nowe tematy oraz tytuły, do których wcześniej nie pisywałam. Gdy pół roku temu rzucałam pracę, brałam pod uwagę kilka gazet i czasopism, które odpowiadały mi poziomem i światopoglądem. Do dziś w kilku z nich opublikowałam teksty, kolejne ma dla mnie jakąś propozycje, której szczegóły poznam po niedzieli, a jeszcze z jednym rozmawiam. Z tytułów, które brałam pod uwagę, jeszcze tylko jeden się ostał taki, który nie złożył mi żadnej oferty. Powinnam kuć żelazo, póki gorące, ale jestem tak zmęczona, że na żadne kucie nie mam siły.

Bo oprócz pracy są jeszcze łowy. Ostatnie polowanie było wykańczające, bo daleko i bez sukcesu, a teraz będzie kolejne i też daleko. Z tymi polowaniami to jest tak, że w sumie dużo gorsze i tak są hodowle zwierząt, zwłaszcza futerkowych, oraz rzeźnie. Tyle, że tam możliwości działania pokojowego są bardzo ograniczone. Bo co można zrobić? Przecież nie będę dewastować rzeźni ani podpalać ferm. Mogę tylko nie jeść mięsa, unikać nabiału i wyrobów ze skóry.

Polowania teoretycznie wyglądają nawet malowniczo, a przy tym nie wydają się takie okrutne. No bo szybka śmierć zwierzęcia i zdrowe mięso, myśliwi chroniący rolników przed szkodami i dbający o zwierzynę, kodeks etyki, odstrzał słabych zwierząt. Tymczasem wystarczy pójść do lasu popatrzeć na polowanie i człowiek widzi, jaki kit mu wciskają. Dokarmianie zwierząt na potęgę, jedzenie dla zwierząt w pobliżu ambon, teren ogrodzony, często pod prądem, żeby zwierzęta nie miały jak uciekać, polowania w rezerwatach i na matki z małymi, strzelanie do loch prowadzących warchlaki, co skutkuje śmiercią warchlaków z głodu, ranienie zwierząt, których później się nie dopędza. Dziki owszem, niszczą uprawy, zwłaszcza kukurydzy. A kukurydza jest wykorzystywana głównie w hodowlach, czyli w przemyśle mięsnym i mlecznym, który nie dość, że jest okrutny, to jeszcze przyczynia się do katastrofy klimatycznej, o czym zresztą było na szczycie w Katowicach.

Wszystko rozgrywa się wokół dwóch różnych postaw życiowych: stawiającej człowieka w centrum wszystkiego i podporządkowującej wszystko człowiekowi i traktowania człowieka jako część przyrody, wcale nie ważniejszą od innych istot. Mi jest bliskie drugie podejście i świetnie się rozumiem z aktywistami, bo oni myślą podobnie. Ale większość ludzi uważa, że człowiek nad wszystko. Co - paradoksalnie - pewnie niedługo ludzkość wykończy, bo zabiją nas zmiany w przyrodzie, klimacie oraz tony śmieci. Zupełnie nie trafia do mnie argument, że człowiek jest ważniejszy, bo w razie zagrożenia ratowałabym najpierw swoich bliskich, a potem dopiero psa, kota czy krowę. Bo to nie świadczy o ważności, tylko bliskości. Mając do wyboru własne dziecko a kogoś obcego, człowiek uratuje swoje dziecko. Mając wybór między osobą podobna do siebie a zupełnie odmienną, tez pewnie większości z nas wybierze podobna, o tym samym kolorze skóry, mówiącą w tym samym języku. A ja zapewne mając do wyboru swojego kota czy obcego człowieka wybrałabym swojego kota. Na szczęście życie na razie przed takimi wyborami mnie nie stawia.

Zapewne gdyby myślistwo było bardziej cywilizowane, nie protestowałabym przeciwko niemu, mimo mojego oporu wobec zabijania zwierząt. W końcu jedne zwierzęta też zabijają inne. Ale jest jak jest i coraz głębiej wchodzę w aktywizm.

piątek, 30 listopada 2018

Dreszczyk emocji. Nocna jazda, las, VIPy ze strzelbami i zwierzęta nie mające żadnych szans. Myślistwo samo w sobie jest barbarzyństwem, ale niektóre praktyki są draństwem szczególnym. Zwierzęta głosu nie mają, a myśliwi to ludzie zamożni i wpływowi, więc prawo sobie, a myśliwi sobie. Właściwie co polowanie, to widzę łamanie prawa, ale teraz ma być wyjątkowo okrutnie. Może uda się temu zapobiec. A jak nie zapobiec, to upublicznić materiały. To nie są przyjemne wyjazdy. Ciemno, zimno, daleko. Plecak spakowany, elektronika się ładuje, stres zżera. Ten tydzień w ogóle miałam ciężki i jestem zmęczona. 

Zmęczona jestem dlatego że pracuję jak koń. A pracuję jak koń, bo zarabiam na Galapagos. spontanicznie kupiłam bilet na samolot do Ekwadoru, korzystając  z promocji KML.  Sam przelot to jednak małe piwo w porównaniu z resztą kosztów, zwłaszcza jeśli zdecyduję się na rejs. Kolega, który tam był, mówi, że rejs koniecznie, w internecie znalazłam informacje, że nie warto. Sama nie wiem. Tak czy siak w zdecydowaną większość miejsc na wyspach można wejść tylko z przewodnikiem, a koszty są wysokie. Tak jest lepiej dla przyrody, więc nie narzekam, tylko zasuwam.

czwartek, 08 listopada 2018

Dziś mija ćwierć wieku od dnia, w którym zrobiłam jedno z większych życiowych głupstw. W niedzielne popołudnie 25 lat temu rozstałam się z moją pierwszą miłością. I wprawdzie potem był ciąg dalszy, ale z perspektywy minionych lat widzę, że to rozstanie pociągnęło za sobą szereg innych błędów i sprawiło, że podchodziłam do życia tak, a nie inaczej. Mało tego: gdybym nie rozstała się z nim wtedy, pewnie i tak prędzej czy później by to nastąpiło, chyba że rozwój  każdego z nas w następnych latach przebiegłby zupełnie inaczej niż to miało miejsce. W każdym razie gdybym wtedy nie podjęła decyzji, to moje życie inaczej by się potoczyło. I to nie tylko życie uczuciowe, ale życie w ogóle.

To nie oznacza, że żałuję i rozpamiętuję. Raczej refleksyjnie podchodzę do upływu czasu. Bo to już tyle lat. I gdybym wtedy inaczej podchodziła do życia, nie działała pochopnie, myślała więcej o sobie, a przede wszystkim nie tkwiła w romantycznym wyobrażeniu miłości, to zapewne paru lat bym nie zmarnowała bezproduktywnie.

Skończyłam czytać "Bezsenność w czasie karnawału" Janusza Głowackiego. Gorzka książka, choć wesoła. O przemijaniu, śmierci i imponderabiliach. I chyba ta lektura wprawiła mnie w nastrój refleksyjny. Do tego stopnia, że nie poszłam na spotkanie typu salon kulturalny. Tak, salon. Myślałam, że takie imprezy były 100 lat temu. Tymczasem pewien poczytny literat zaprosił mnie na zamknięte spotkanie tematyczne w gronie śmietanki finansowej i kulturalnej stolicy. Zaproszenie było zaskakujące, bo wzięło się z tego, że dwóch panów o mnie rozmawiało, ale temat spotkania był tak odległy od tego, czym się zajmuję zawodowo czy hobbistycznie, a roboty miałam dziś sporo i nastrój też taki sobie, więc zostałam w domu z kotami.

Przez miesiąc chorowałam i próbuję ogarnąć zaniedbaną rzeczywistość. Powinnam wprawdzie pójść do dobrego lekarza, który znajdzie przyczynę tego i owego oraz najlepiej pozbawi mnie tego skutecznie. Ale z lekarzem jest tak, że gdy się źle czuje, to nie mam siły do niego iść, a gdy się czuj dobrze, to nie mam po co iść o lekarza. Gdy poczułam się lepiej to pomyślałam, że nie byłam w  tym roku na porządnym urlopie, a zmęczenie materiału daje o sobie znać. Na Galapagos mnie teraz nie stać, ale czarterem na 2 tygodnie do jakiegoś ciepłego kraju mogłabym wyskoczyć. Widziałam dobre ceny na loty czarterowe na Wyspy Zielonego Przylądka, Phuket i do Sajgonu. Tajlandia byłaby najtańsza, ale jej popularność mnie przytłacza. Wprawdzie nie siedziałabym na Phuket, tylko wypuściłabym się na hopping po wyspach albo  i na ląd w południowej części kraju, gdzie strzelają i ciągle coś wybucha, więc wyjazd nie musiałby być nudny. Do tego kusząca kuchnia tajska. Ale najbardziej kuszą mnie Wyspy Zielonego Przylądka. Bo i przyroda, i morze, i góry. Nie kupuję biletu, bo szwankuje stan zdrowia mojej rodzicielki, ale gdy tylko się poprawi, to pewnie gdzieś wyskoczę. Liczę oczywiście, że się poprawi i mam nadzieję, że szybko to nastąpi.

piątek, 19 października 2018

...w jednym owies, w drugim siano.

Jestem jak ten osiołek. Po odejściu z pracy wzięłam pod uwagę 5 tytułów, z którymi mogłabym się związać, biorąc pod uwagę ich poziom oraz linię światopoglądową. Do dziś pracę zaproponowały mi dwa z nich, a w trzecim wypuszczam właśnie duży tekst. Oprócz tego robię sporo mniej lub bardziej rozwojowej drobnicy. I nie wiem, co dalej.

Właściwie to do dzisiaj wiedziałam. Zaczęłam poszerzać zakres tematyczny tekstów i wchodzić w tematykę, do której mam serce, czyli zwierzęta. I dziś po męczącym tygodniu zdrzemnęłam się z głową na Pumku, a z korpusem pod Żbiczką, a tu nagle z błogiego snu wyrwa mnie telefon z propozycją pracy. I jestem w kropce. Bo to jest najlepsze miejsce w mojej dziedzinie. A ja dopiero zgodziłam się współpracować z innym tytułem w dość szerokim zakresie i jedno z drugim by kolidowało. Obecnie mam kilka umów, które się wzajemnie uzupełniają, robię sporo ciekawych rzeczy, mam czas dla siebie i kotów, a nawet dla ludzi też, a przy tym jestem w stanie się utrzymać. Więc w zasadzie nie powinnam iść do żadnej pracy, bo co mi znowu zasuwanie w dzienniku? Ale z drugiej strony to jest tytuł ambitny, redakcja znajduje się w spacerowej odległości od mojego domu, a do tego po drodze mija się sporo fajnych kotów;) Spotkam się z naczelnym porozmawiać o warunkach, ale prawdę mówiąc, jestem w dużej rozterce.

A tydzień był męczący, bo robiłam za Jamesa Bonda. Zaangażowałam się w takie tam zwierzęce sprawy, działanie wprawdzie nie takie, jak Janina Duszejko, ale lekko na pograniczu prawa, choć tej granicy staram się nie przekraczać. I zupełnie przypadkiem udało mi się uzyskać bardzo przydatne informacje, a pozyskałam je bezpośrednio z takich kręgów, że niespodziewanie wśród aktywistów moja rola wzrosła. Do tego stopnia, że ostatnio działała w terenie z ukrytą w kurtce kamerą. I przez to weekend był męczący, bo działałam z przeziębieniem. A bieganie po lasach, nawet w piękny słoneczny dzień, nie jest tym, co sprzyja wychodzeniu z infekcji. Więc zaziębiłam się totalnie, a potem zalegając pod kołdrą i pod kotami napisałam dwa duże teksty i kilka pomniejszych.

Kuszą mnie spacery po lesie i ścianka wspinaczkowa. A do tego potrzeba czasu w ciągu tygodnia. Więc to jest przeciwko podjęciu pracy. A z drugiej strony - wiek emerytalny coraz bliżej, może warto by poważnie pomyśleć o życiu? Wyjść z długów, zbudować oszczędności, popracować nad pozycją zawodową, osiągnąć jakąś stabilizację? Choć to ostatnie to mam, bo w sumie czy własne mieszkanie i 6 kotów to nie jest stabilizacja? Zwłaszcza że od roku liczba kotów jest stabilna;)

poniedziałek, 17 września 2018

Okazuje się, że łatwiej przychodzi mi pisanie dziadoskich rzeczy za dobre pieniądze niż dobrych za dziadoskie. O pisaniu dobrych rzeczy za dobre pieniądze nawet nie marzę. Wolność prasy to fikcja. W dziennikarstwie gospodarczym problem leży nie tylko w różnorakich naciskach politycznych, ale głownie w kasie. Bo jak napisać krytycznie o pewnym programie rządu, jeśli w gazecie X dział, którego to dotyczy, sponsoruje firma X, która jest spółka SP? Jak skrytykować to w portalu Y, któremu pewien państwowy fundusz firmuje jedną sekcję? Przecież te podmioty płacą m.in. dlatego, żeby zablokować publikację niewygodnych treści. W jednym miejscu zdjęli mi nawet niewygodny wpis na moim blogu u nich, dodajmy, blogu, na którego prowadzenie sami naciskali.

Groteskowe jest to, że program sam w sobie nie jest zły i tego nie ukrywam. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. ale z tymi szczegółami trudno się przebić. Napisał dzis do mnie jeden ze świetnych znawców tematu bezradny, że napotyka na ścianę. Bo nie można normalnie dyskutować, tylko są dwie opcje: za albo przeciw. W desperacji napisałam do naczelnego jednego portalu wolnego od tego typu układów. Po godzinie miałam odpowiedź, że chcą tekst. Zobaczymy, co powiedzą na gotowy materiał, ale to, że chcą, to już jest coś i dzięki temu spojrzałam na życie i moja branżę z większym optymizmem.

Na razie jest o tyle dobrze, że zarabiam. I to wcale nie gorzej niż wtedy, gdy pracowałam w redakcji. Tylko trudno mi się zmusić do pracy. Za to pilnuję wolnych weekendów. I jak przystało na osobę bezrobotne, zaangażowałam panią do pomocy w domu;) Gdy pracuję w domu, bałagan jakoś robi się szybciej. I przeszkadza bardziej.

A w piątek jadę na kilka dni w  Bieszczady na rykowisko. Będę wstawać na wschody słońca i pilnować, żeby myśliwi nie przerabiali zakochanych jeleni na trofea. Zapowiada się ciekawie:)

sobota, 07 lipca 2018

Gdy 8 lat temu rzuciłam pracę, czułam ulgę. Teraz po rzuceniu pracy jest mi źle. Zmieniłam się przez te lata. Już nie kuszą mnie podróże. Mam wrażenie, że zadeptujemy świat. Wszędzie są tłumy, a każdemu się wydaje, że wsiadając do samolotu i jadąc na drugi koniec świata, robi coś wyjątkowego. Tymczasem do tego potrzeba jedynie pieniędzy. Są miejsca, które bardzo chcę zobaczyć, ale kusi mnie przyroda, a nie bycie w drodze, które przez wiele lat tak bardzo lubiłam i bez którego nie wyobrażałam sobie życia. Sama się dziwię, że jestem taka inna. chyba to normalne zmiany, które przychodzą z wiekiem.

Zaczyna marzyć mi się stabilizacja i dochodzę do wniosku, że upadłam na głowę, rzucają prestiżową bądź co bądź pracę. I taka, która ma sens. Jeden z ekspertów mi napisał na pożegnanie, że szkoda, że odchodzę, bo fajnie się razem zmieniało Polskę. I bynajmniej nie miał na myśli "dobrej zmiany";) Praca z poczuciem sensu jest szalenie ważna. Ale z drugiej strony - potrzebna jest równowaga. Nie można wypalać się w robocie i znosić mobbingu. trzeba mieć życie poza pracą, a ono zaczęło mi się kurczyć.

Nie mogę zmobilizować się do pracy. To chyba depresja, taki przeciągający się stan bezwładu i doła. Zlecenia już sobie nagrałam. O. powiedziała, że mam mocne nerwy, skoro za szukanie zabrałam się dopiero po rozstaniu z poprzednią pracą, ale wcześniej nie chciałam się rozpraszać. Teraz będę miała jakieś zlecenia komercyjne, durne strasznie, ale dobrze płatne i dzięki nim będę mogła zajmować się dziennikarstwem sensownym i niskopłatnym. Plus dochodzą portale fachowe, takie redakcje, ale nie do końca niezależne, bo ktoś za wydawanie płaci. Naczelny jednego z nich, który ucieszył się bardzo moją ofertą współpracy i w ciągu 5 minut podesłał mi umowę, zaproponował wprost, żebym rozejrzała się za sponsorami, bo to daje duże możliwości robienia czegoś więcej niż wyrabianie wierszówki. Mam kontakty w branży, o której pisuję, i on dobrze o tym wie. I oczywiście w telefony wystarczyły, by znaleźć kogoś, kto by porozmawiał o finansowaniu. Tyle że w takich okolicznościach najlepiej byłoby założyć swoja stronę. Wiem, o czym chciałabym pisać, mam wiedze, bazę materiałów i przemyśleń, ale nie mam tytułu i nazwy strony. I nic nie przychodzi mi do głowy. A teraz jest dobry moment na start. Ale kiedy człowiek jest w dołku, trudno pracować koncepcyjnie. Pod tym względem kierat był dobry. Co dzień parę godzin wśród ludzi i praca na czas, więc trzeba było się sprężać. A przy tym była to praca pożyteczna i twórcza.

Ale skoro sama się pozbyłam tej pracy, to muszę uczyć się czerpać z tego, co mam. To zresztą kolejne doświadczenie życiowe, które mnie uczy, że niezależność nie jest aż taka ważna. Kiedyś dążyłam do niezależności. W zasadzie ją w dużej mierze mam i zaczęłam tęsknić za zależnością. Tylko że mam wrażenie, że tęsknię za zależnością na moich warunkach, a taka jest nieosiągalna, bo istotą zależności jest to, że ktoś inny wpływa na moje życie. I taks ię to zapętla.

sobota, 30 czerwca 2018

"I po ptokach" - powiedział lotnik, opylając las. Zakończyłam prace. Ale na koniec tak się zasiedziałam, znaczy zarobiłam, że wyszłam z redakcji na tyle późno, że nie miał mi kto podpisać obiegówki. Nie mogłam zdać komputera ani karty wejściowej, bo nie było komu. Obiegówkę chyba sobie odpuszczę, i tak nic nie pobrałam z redakcji, a nie jest to dokument obowiązkowy dla ludzi na śmieciówkach. Kartę w poniedziałek zostawię na recepcji.

A zasiedziałam się w pracy, bo postanowiłam odejść z przytupem. Na koniec zgłosiłam ambitny i duży temat, na który dostałam miejsce na rozkładówce ze sporym wejściem na jedynkę. Trudny makroekonomiczny temat, a takich jako nieekonomistka zawsze się bałam. Dotarłam do bardzo ciekawego raportu unijnego. Sam raport, sporządzony po angielsku i naszpikowany fachową terminologią oraz mnóstwem tabel,  przerósł mnie nieco i wiedziałam,że bez ekspertów nie dam sobie rady. A eksperci długo nie odpisywali i myślałam, że odpuszczę temat. Aż tu w czwartek wieczorem dostałam e-mail od jednego z wybitniejszych ekonomistów ze świetną analizą raportu zamiast krótkiej wypowiedzi. a W piątek rano dwóch kolejnych podesłało piękne opinie. Więc się odważyłam. Grafik też się wyjątkowo zaangażował  w ilustrację i wypracowaliśmy fajną grafikę. Mam nadzieję, że poniedziałkowy tekst kończący moją redakcyjną karierę nie okaże się knotem. Bo merytorycznie to jednak było wyzwanie.

Rozstanie było sympatyczne. Nawet z szefem. Zresztą z jego strony wersja jest taka, że to ja po prostu odeszłam. Kolega mi napisał, że mam jaja, bo słyszał wersję z drugiej strony. Nieprawda. To nie była tylko moja decyzja. Ja mam poczucie porażki, bo na obecnym etapie życia zdecydowanie wolałam być w redakcji, tyle że warunki ostatnio były nie do przyjęcia. A teraz zastanawiam się, co dalej. I jak narzucę sobie pisanie z domu. Kiedyś umiałam, ale nie wiem, czy nie zatraciłam tej umiejętności.

Nie robiłam w pracy ani po pracy żadnej imprezy, ale z paroma osobami rozstałam się bardzo ciepło. Zawsze starałam się być fair wobec ludzi, gdy ktoś zrobił cokolwiek do mojego tekstu, dopisywałam go jako współautora (to ma konsekwencje finansowe), przy tematach zbiorowych nie stosowałam uników, z nikim się nie pokłóciłam (oprócz kierownictwa), więc atmosfera na koniec była ciepła. Zupełnie inaczej odchodziłam z tej samej redakcji 8 lat temu. Wtedy, w ówczesnym dziale, czułam się źle, były tam plotki i konflikty oraz różne nieprzyjemne personalne gierki i z ulgą zamykałam za sobą drzwi. Teraz z paroma osobami umawiam się na końcowe piwo i tak sobie myślę, że osób, z którymi bym się chętnie napiła, jest całkiem sporo.

Teraz nadrabiam zaległości w spaniu, a od jutra tez zaległości towarzyskie. Czuję fizycznie, że zmęczenie ze mnie paruje. Ale nie wiem, co dalej. Mam pozamawiane teksty, ale to jest na przeczekanie. Do podróżowania straciłam serce, choć kilka lat nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek przestanie mnie nosić. I pojawiła się pustka.

czwartek, 28 czerwca 2018

Czuję się, jakbym stała nad przepaścią i robiła krok do przodu. Jutro ostatni dzień  w pracy. Pracy, którą kocham, w której świetnie się czuję, w redakcją, w której czuję się u siebie. I z której sama zrezygnowałam. Choć ta dobrowolność to była z grubsza taka jak w kawale o Stalinie, kocie i musztardzie. Ten kawal z grubsza leci tak: Stalin postanowił udowodnić Churchillowi i Trumanowi wyższość komunizmu nad kapitalizmem. Zaproponował im konkurs w którym trzeba było nakłonić kota, aby zjadł musztardę. Churchill wziął kawałek szynki i położył ją obok spodka z musztardą. Stalin wykrzyknął:
-To korupcja!
Truman wziął szynkę i posmarował ją musztardą. Stalin na to:
-To oszustwo!
  Stalin zaś posmarował kotu podogonie musztardą. Kot miauknął żałośnie i wylizał wszystko dokładnie. Stalin rzekł:
-Towarzysze, zwróćcie uwagę na to, że kot zjadł musztardę dobrowolnie i z pieśnią na ustac
h.

A w pracy to jest tak, że gdy szef chce umilić pracownikowi życie, to ma taką masę narzędzi, że umili. I co można  w takiej sytuacji zrobić? Kiedy  wytrzymywałam dłużej, aż  mi psychika szwankowała. Teraz nie dopuściłam do takiego stanu, ale i tak nie jestem zadowolona. Zwłaszcza że ostatni miesiąc  redakcji był świetny. Szef się odczepił, bo w końcu wyrzucić już mnie nie wyrzucić. Redaktorzy dawali mi najlepsze miejsca  w gazecie, więc mogłam się rozpisywać, tematy pchały się w ręce. Dopiero czyszcząc skrzynkę pocztową napotkałam na mejle, którymi mnie szef zasypywał w ostatnich miesiącach i przypomniałam sobie, dlaczego odchodzę.

Przypomina mi się związek z M. Też wyszłam z inicjatywą zakończenia, choć kochałam. I też żałowałam. I podobnie było przed zakończeniem. Cieszyłam się z każdej chwili związku, mimo że zbierały się nad nim czarne chmury. Ale sama przed sobą udawałam, że tych czarnych chmur nie widzę. Teraz też cieszyłam się jak głupia z tej pracy. Tyle razy zdarzało mi się, że szłam ulica i śmiałam się do siebie  z radości, że mam tak fajnie. Bo po południami zapominałam o porannych utarczkach, ale co rano stresowałam się tym, co z moment na swój temat przeczytam. I z coraz większą niechęcią zaglądałam rano do poczty.

Teraz zresztą nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tylko trzeba zakasać rękawy i zabrać się za pisanie, żeby zarobić na życie, długi oraz koty. Czas pokaże, czy propozycje, które otrzymałam, jakoś się wykrystalizują we współprace. Zresztą kasa to jedno. W ostateczności mogę iść do korpo, instytucje finansowe płacą dobrze.  Ale to potrzeba poczucia przynależności do miejsca, z którym się jakoś identyfikuję Może to potrzeba stabilizacji się we mnie odezwała po 40. Chce mieć coś stałego. I jednak wygodnie jest być autorem, za którym stoi duża i prestiżowa redakcja. I bycie wśród ludzi ma pewne plusy.  Ale stało się. Popłaczę kilka dni i pójdę do przodu.

sobota, 16 czerwca 2018

Będzie mi brakowało piątków w redakcji. Dziś to do mnie dotarło. Piątki są najfajniejsze. Nie ma napinki, że trzeba gazetę oddać na już, bo do drukarni idzie w niedzielę, więc każdy pracuje w swoim rytmie, a w po ołpensejsie fruwają żarty. Czuję się wtedy na swoim miejscu. Ale po weekendzie przychodzi poniedziałek i znowu jest praca akord. I za tym tempem pracy nie będę tęsknić.

Podpisałam papiery rozwodowe z redakcją. Szef się prawie złamał. W zasadzie gdybym zrobiła krok, to on by też zrobił i bym została. Ale już nie chce się wycofać. Zwłaszcza po ostatniej wierszówce, która osiągnęła poziom groteskowy. Nie wiem, czemu praca nie może być równocześnie pasjonująca i satysfakcjonująca, dobrze płatna i z poszanowaniem niezależności i samodzielności pracownika. Żeby chociaż dwa z tych punktów naraz spełniała.

Koniec pracy w redakcji oznacza nowe dylematy. Mam propozycje pracy. Etatowej, dobrze płatnej roboty. W korporacjach. Propozycje napływają bardzo ładnie i  w ogóle nie muszę się o to starać. Rzecz w tym, że nie widzę siebie w korpo. A z drugiej strony - mam długi i mam koty, więc potrzebuję pieniędzy, a z freelancerstwa może być trudno się utrzymać. Niby tu też mam sporo propozycji, ale to jest tak,że zlecenia raz są, raz ich nie ma, a sporo zleceniodawców płaci z opóźnieniem. Jak np. redakcja portalu O, dla której będę robić wywiady. Z wywiadów się ciesze, bo to jest wychodzneie do ludzi. Redakcja O. to miejsce prestiżowe w mojej dziedzinie i bardzo wymagające. I co najważniejsze, nie skąpią autorom. Tylko się spóźniają. Moja obecna redakcja, z którą będę współpracować, choć nie w tym dziale co teraz, płaci w terminie. Ale dla odmiany słabo. Pewnie będę musiała brać zlecenia od firm, czego nie lubię, bo jednak dziennikarstwo jest tym, do czego mam serce. Na razie wygląd ana to, że zlecenia będą. Duża międzynarodowa firma konsultingowa chciałaby ze mną współpracować przy raportach. W ogóle jeśli chodzi o propozycje i reakcje na moje odejście z pracy, to  moja próżność została zaspokojona. Nie sądziłam, że do tego stopnia wyrobiłam sobie markę. Ale mam też poczucie, że może skończyć się na deklaracjach. No i zaspokojenie próżności to chwilowa radość. Dużo ważniejsze jest robienie na co dzień tego, co daje radość i satysfakcję oraz przy okazji jest pożyteczne. Praca jest dla mnie bardzo ważna. W dużej mierze mnie definiuje. I dlatego jestem tak rozdarta. O., z która pracuję, mówi, że zachowuje się tak jakbym z uśmiechem wchodziła pod tramwaj. O. kocha dziennikarstwo podobnie jak ja. Ale O. szef się nie czepia. Jeszcze. Bo ona też jest  z tych wyrazistych i niepokornych, a tacy się prędzej czy później narażają w tym miejscu.

Za to koty się ucieszą, że będę z nimi siedzieć w domu. W tym tygodniu przyjechała kanapa, która sprawiła, że Minka zapałała do mnie sympatią. Teraz jeśli miałabym ją wydać, to tylko tylko z kanapą. Więc pewnie zostanie u mnie. Przydałoby się większe mieszkanie. więc od razu raca myśl o instytucji finansowej, która ma dla mnie atrakcyjna propozycję. Ale wtedy wolności nie będzie. No i raczej nie wróciłabym już do mediów. I znowu dylematy.

niedziela, 03 czerwca 2018

Kolejny wolny dzień roboczy. Siedzę nad debatą, korą będę prowadzić we wtorek i nic mi się nie domyka. Miałam dostać krótkie informacje o tym, o czym będzie mówił każdy z prelegentów, a dostałam informacje, że jeden z panów będzie mówił o wpływie a na b, drugi o wpływie b na a. Trzeci zaś będzie się poruszał wokół tematów  i b i należy spodziewać się, że powie coś, co jest w załączniku, który dostałam, a który liczy... 102 strony. Zaczynam rozumieć, dlaczego do prowadzenia naukowych debat na uczelniach biorą dziennikarzy newsowych zamiast młodych naukowców.  Dziennikarz newsowy z założenia musi umieć natychmiast reagować na nagłe sytuacje i formułować pytania merytoryczne w ciągu paru sekund. A ta debata będzie rozpaczliwą dwuipółgodzinną improwizacją. Ideałem byłoby przygotowanie scenariusza z pytaniami dla każdej osoby z podaniem czasu na odpowiedź. Niektórzy prowadzący rozpisują debaty co do minuty. Aż tak perfekcyjna nie jestem, ale chciałabym opracować pytania pod kaem zagadnień, które eksperci poruszą w prezentacjach oraz ustalić kolejność pytań. Tymczasem dwa dni przed debata nie mam e-maili do panelistów ani informacji o tym, na czym chcą się oni skupić.

Wolałabym zająć się planowaniem przyszłości po odejściu z redakcji. W czwartek jestem umówiona  z prezesem G., z którym mam pisać książkę. Wolałabym teraz do tego się przygotowywać zamiast do debaty, która jednak mnie stresuje. Może nie aż tak, jak listopadowa debata z udziałem bardzo ważnych osób na temat, o którym wówczas miałam dużo marniejsze pojęcie niż to, czym teraz będą się zajmować. Tym niemniej jest to stres. A doświadczenie w debatach nauczyło mnie jednego: im dokładniej człowiek opracuje detale, tym lepiej to wychodzi. Niezależnie od tego, że i tak "w praniu"  trzeba improwizować, reagować szybko, nakręcać polemikę czy hamować dyskutantów. Właściwie to traktuję tę debatę jak przedwczorajsze wesele: wyjście ze strefy komfortu i wyzwanie, któremu trzeba sprostać.

Nawet nie wiem, czy wesele nie było pod pewnymi względami trudniejsze;) Panna młoda starała się, żebym się dobrze bawiła, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Jeśli samotna osoba dołączana jest do grupy ludzi, którzy - z jednym wyjątkiem - są sparowani, znają się od lat, mają wspólne przeżycia na koncie oraz łączy ich to, że są rodzicami małych  dzieci, to wyobcowania nie da się uniknąć. Skupiłam się na obserwacjach, bo to zawsze jest ciekawe. Coraz częściej zresztą tak patrzę na śluby. Jest to rytuał przejścia, ale widać różnice  w podejściu, gdy pobierają się osoby, z których dla jednej jest to pierwszy ślub, a dla drugiej nie. Po debiutancie przeważnie widać silniejsze emocje. Nie w sensie miłość do drugiej osoby, ale emocje związane ze zmianą stanu.

Nieodmiennie zdumiewa mnie to, że panny młode, nawet jeśli nie są już tak naprawdę specjalnie młode, sprawiają wrażenie, jakby ślub był spełnieniem marzeń pochodzących z dzieciństwa, z czasów, gdy czytało się bajki o księżniczkach. Te tiule, koronki, perełki, kryształki, przezroczystości, błyszczące zdobienia - większość moich znajomych, nawet takich, które na co dzień noszą się w minimalistycznym stylu, na ślubie tonie w nadmiarze wszystkiego. Mnie się podoba styl księżnej Sussex i potrzeby zaprezentowania się w strojnej sukni i tapirze na głowie nie rozumiem, ale nie mnie to się ma podobać, tylko bohaterce dnia. Ja sobie na to patrze wzrokiem starej panny, która w pannę młodą raczej się już nie przemieni;)

Wesele było w bardzo miłym, nieco pokrytym patyną czasu i z lekka zapuszczonym pałacyku położonym w ładnym parku. Bardzo przyjemne miejsce, bez zadęcia. Piękne kapelusze pań na parawanie, kryształowe żyrandole, stiuki na suficie i firanki z organzy w wielkich oknach -   to tworzyło bardzo fajny klimat. Niestety, trofea myśliwskie w holu psuły mi odbiór tego miejsca. Zresztą mięsiwa było baaardzo dużo. Spokojnie jakieś kilkaset zwierząt straciło życie po to, żeby ta zabawa była udana i wiele napoczętego mięsa wracało do kuchni i zwyczajnie się marnowało, więc tym bardziej życia zwierząt szkoda. Moje otoczenie nie jest oczywiście całkowicie wege, ale wegetarian trochę w nim jest, a nawet ci, co jedzą mięso, nie są przeważnie maniakalnie mięsożerni, ale albo unikają dużych ssaków, albo w ogóle nie jedzą zbyt dużo, albo troszczą się o zdrowie. I odwykłam od takich mięsnych uczt, które odbieram z dużą przykrością ze względu na życie zwierząt. Dawno nie miałam okazji obserwować tak bezsensownej konsumpcji mięsa. Upal, ludzie ze sporą nadwagą i dużym ryzykiem chorób cywilizacyjnych, wcinający kotlet, rosół, befsztyk, wielkie udko kacze, policzki wołowe i dorodne pieczyste - jedno za drugim.

Słyszę w oddali pomruki burzy. Oby dotarła do mnie. Poburzy lepiej by się pracowało niż tej duchocie,  w której nawet koty padły, a w której zgłębianie demografii makroekonomii kompletnie nie wychodzi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67