Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
wtorek, 21 kwietnia 2015

No i jestem w domu. Dopóki byłam w szpitalu, trzymałam się świetnie. A teraz rozsypka. Przeczytałam dokumentację poszpitalną, poszperałam w necie i pękłam. Nie da się ukryć, jestem nieuleczalnie poważnie chora i raczej mogę zapomnieć o życiu bez bólu. Operacja się udała, ale to, co nazywa się udaniem tego rodzaju operacji, nie jest równoznaczne z wyleczeniem (no dobra, o tym wiedziałam wcześniej), ani w ogóle nie oznacza, że można ocenić stan mojego wnętrza. Logicznie rozumując, prędzej czy później będzie ciąg dalszy z komplikacjami, o których wolę nawet nie myśleć. I co gorsza, komplikacje mogą nastąpić niespodziewanie, co w kontekście moich podróży wygląda nieładnie. Wujek google mówi, że teraz ryzyko zgonu wynosiło ok. 8 proc., a ryzyko powikłań było jeszcze większe. Na szczęście zapomniałam wujka googla spytać o to przed operacją, bo jakkolwiek wiedziałam o dużym ryzyku, to szacowałam je na jakiś 1 proc. "Dużość" to jest pojęcie względne.

W ogóle wygląda na to, że lekarze zrobili kawał dobrej roboty i bardzo im jestem za to wdzięczna, do tego udało im się utrzymać mnie w poczuciu bezpieczeństwa, co wymagało dużych umiejętności. Niemniej jednak czuję się wybrakowana, mimo że fizycznie nic mi nie dolega oprócz lekkiego osłabienia i bólu brzucha.

Tak jak w szpitalu przez cały czas byłam pogodna i optymistyczna, tak teraz się rozsypałam. Wróciłam do domu, wyszłam do apteki i spacerując w pięknych okolicznościach przyrody nagle sobie przypomniałam Panieńskie Skały w Krakowie i wszystko to, co miało być, a potem pierwszą diagnozę, gdy M. mnie pocieszał, a od czasu której zaczął się powoli wycofywać ze związku - choć może zbieżność czasowa jest przypadkowa. I znowu zabolało potwornie, bo tam miał być mój dom, rodzina, dzieci, mężczyzna na życie i jedną nogą byłam w innym życiu, a jest to, czego nie miało być: Warszawa, mieszkanie ciągle nie wyremontowane i życie z chorobą na zawsze. A tamto wszystko, na co ja się cieszyłam, ma inna kobieta. A przy tym wszystkim żal nie wiąże się już wcale z utratą M., co do tego pana nie mam od dawna cienia złudzeń i żałuję nie tego, że się rozstaliśmy, ale że w ogóle z nim byłam. Smutek dotyczy tego, że wszystko jest na opak i że tak naprawdę zmieniło się to w mgnieniu oka te nieszczęsne 3 lata temu.

Teraz kończę tekst na jutro, Żbiczka śpi zwinięta na moich kolanach, a Zyzio przytulony do mojego boku. Wysiadająca elektryka słabym, zdecydowanie za słaby światłem przypomina o konieczności remontu, a co za tym idzie - o ty, że wszystko jest nie tak. Jestem w domu, a jest smutno.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

No i jak zwykle optymizm okazał się złą strategią. Nie wypuścili mnie dzisiaj ze szpitala, bo mam złe wyniki badań. Co prawda na razie jedynym sposobem leczenia był cholernie bolesny zastrzyk, do tego nikt ze mną nie rozmawiał poza rutynowym obchodem, opisu operacji nadal na oczy nie widziałam, operatora zresztą też, a chciałabym się wypytać, co dalej. Jeśli mnie jutro nie wypiszą, to zrobię to na własne żądanie, bo na środę mam pilną robotę i nie mogę dłużej wczasować.

To jest urok bycia pacjentką dyrektora szpitala. Dyrektor, który dyrektoruje, leczy, operuje i odbiera porody, siłą rzeczy nie ma na nic czasu, a żaden lekarz nie będzie się szefowi w pacjentki wtrącał. Pewnie skończy się tak, że instrukcje co do dalszych działań dostanę wtedy, gdy pójdę na wizytę prywatnie, bo znając życie, do przychodni przyszpitalnej trzeba ogonkować miesiącami. Nie lubię trwać w niewiedzy, wkurza mnie przymusowa bierność, nie wyrabiam w łóżku, roznosi mnie energia, mam cofkę po szpitalnym jedzeniu, tęsknię za kotami i brakuje mi facebooka. Chyba są to objawy zdrowia. Mniej zdrowe są nawroty dołka psychicznego, związane z różnymi szpitalnymi scenkami.

Nawet najprzyjemniejszy szpital ma coś wspólnego z fabryką. Zwłaszcza oddziały zabiegowe. Wszystkim rządzą procedury. Człowiek wchodzi w  rytm szpitalny niczym na taśmę produkcyjną, tylko że tu się nie robi, a usuwa różne rzeczy. Trasa izba przyjęć - kilka kolejnych gabinetów - sala szpitalna - sala operacyjna - potem pooperacyjna - powrót do własnej sali. Ścisły rytm dnia, ścisły rytm zabiegów. Badamy, mierzymy, usypiamy, rozcinamy, wycinamy, zaszywamy, po drodze cewnikujemy i drenujemy, kłujemy żyły, podłączamy kabelki, odłączamy kabelki, kłujemy itd. Czuję się gotowa do zejścia z taśmy produkcyjnej, a ciągle na niej zalegam i dziwnie mi z tym.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dziwny był ten weekend w szpitalu. "Mój" poddodział ginekologii onkologicznej, umieszczony w bocznym skrzydle budynku, zupełnie się wyludnił, na pilne zabiegi przywozi się raczej na inne oddziały. Miałam chatę wolną i zajęłam się nadrabianiem zaległości lekturowych. Ciszy jednak nie było. Piętro wyżej jest porodówka i o ile w codziennym rozgwarze nic nie słychać, to w weekend co i rusz dobiegały z góry dzikie krzyki rodzących i kwilenie noworodków. Taki szpital to dziwne miejsce - od narodzin do niemalże śmierci. W większości placówek onkologia nie sąsiaduje z pediatrią i porodówką. A tutaj z jednej strony wielka radość, a z drugiej dramaty. Samo życie.

Wypuściłam się na spacery po oddziale celem zaznania ruchu, ale na moje morale wpłynęły one gorzej niż poranna rozmowa z ordynatorem, która zakończyła się konkluzją "Pani wie, że w pani przypadku kolejna operacja to katastrofa?". Współtowarzyszki niedoli z innych sal na korytarzu chętnie dzielą się nowotworowymi doświadczeniami, a mnie ta tematyka nie interesuje. Udało mi się nie wpaść w rytm człowieka chorego i tego zamierzam się trzymać, choć jeszcze nie wszystkie wyniki ostatecznie są znane.

Z podziwem patrzę na to, jak funkcjonuje ten szpital. To miejsce ma dobrą energię, co w przypadku tego typu przybytków częste nie jest. Przede wszystkim widać dobrą atmosferę i zaangażowanie personelu. Na operację szam o 7 rano i z lekkim niepokojem spodziewałam się zaspanego i zgęziałęgo towarzystwa, a powitał mnie wesoły gwar, pielęgniarka przedstawiła się i wzięła mnie pod opiekę, potem przedstawił się anestezjolog. Dziś zaszłam po coś do gabinetu zabiegowego i zobaczyłam instrukcję dla pielęgniarek. Otóż uprzejmość jest tu wpisana w regulamin:) I to bardzo konkretnie, ze wskazówkami, co należy mówić w jakich sytuacjach.

Obchody lekarskie są rzetelne, mimo weekendu. Dziś dyżurował ordynator i obchód przywoływał mi na myśl doglądanie gospodarstwa;) Takie sprawdzanie gospodarskim okiem, jak trzyma się powierzone stado;)

Niemniej jednak cieszę się, że jutro wychodzę do domu, choć po tych wakacjach może być trudno odnaleźć się w codziennym kieracie. Przez 5 dni nie dotknęłam się do żadnej roboty. I skończą się fantastyczne, kolorowe szpitalne sny, bo koty nie dadzą mi spać tak mocno. Chyba po narkozie tak mam, że w kawałkach śni mi się dotychczasowe życie, wszystko bardzo kolorowe i dużo intensywniejsze niż w realu. Jeśli w prawdziwym życiu się z kimś kłóciłam, to we śnie biłam się z tą osobą, gdy w realu psuły mi się regularnie telefony komórkowe, to we śnie kilkadziesiąt zdezelowanych telefonów walało się w błocie, jak w moim domu rodzinnym ściany umeblowane są książkami, tak we śnie książki pokrywały także elewację bloku. Ostatniej nocy nastąpiło apogeum: śniła mi się horda napranych znajomych do spółki z narastającą w postępie geometrycznym liczbą kotów pod moją opieką. Aż się boję tego, co mi się dzisiaj przyśni;)

piątek, 17 kwietnia 2015

Albo mam dużo szczęścia, albo w służbie zdrowia powoli staje się coraz lepiej. Dokładnie 20 lat temu spędziłam półtora miesiąca w warszawskim szpitalu na Grenadierów i widzę przepaść, jak się od tamtego czasu dokonała. Sześcioosobowe sale, pacjenci leżący na korytarzu, jedna łazienka na całe piętro,a w łazience syf. Publicznie przeprowadzane lewatywy, lekarka prowadząca odpowiadająca na moje pytania o stan zdrowia nieodmiennym "Bo ty panna masz za dobrze", bezsensowne pobieranie krwi parę razy dziennie. A teraz czyściutko, komfortowo, z poszanowaniem intymności pacjentek, nawet lewatywy przed operacjami już nie robią. Informacje o stanie zdrowia bez zarzutu, lekarze kompetentni i uprzejmi, pielęgniarki sympatyczne cierpliwe. Tylko wikt szpitalny jest taki jak za dawnych czasów.

Nie sądziłam, że dzień po operacji, jak by nie patrzeć, dość poważnej, można się tak dobrze czuć. Chyba ogromną rolę odgrywa nastawienie. To, że się mało bałam i liczyłam ze wszystkim możliwościami sprawiło, że po ucieszyłam się, mimo że nie mogę powiedzieć, żebym wyszła całkowicie bez uszczerbku, no i z powikłaniami i tak muszę się liczyć.

Najbardziej się cieszę z tego, że mam dużo siły. Trzy lata temu po operacjach byłam zupełnie bez energii i teraz spodziewałam się, że będzie gorzej, bo i operacja poważniejsza, i kolejna, i ja jestem starsza. Ale wtedy psychika robiła swoje. Chorowanie połączone z rozstaniem z człowiekiem, którego się kocha, to jest jednak mieszanka wykańczająca. Teraz, gdy patrzę z dystansu, trudno mi jest uwierzyć, że tamten człowiek mógł w taki sposób zakończyć związek, moimi rękami w zasadzie, i tak przeciągać wzajemne rozliczenia. Przynajmniej z racji tego, że jest psychiatrą, mógł to załatwić w sposób bardziej odpowiedzialny. Nie sądziłam, że mogłam się tak bardzo pomylić co do tamtego człowieka, zawsze miałam dobrą intuicję do ludzi.

Teraz już jest z górki. Jednak to wielka ulga nie cierpieć z powodu rozstania w okolicznościach okołooperacyjnych. Doceniam to i w zasadzie to jest mi zwyczajnie dobrze:)

środa, 15 kwietnia 2015

W szpitalu jest wifi, ale dostępu do facebooka nie ma. Skandal normalnie;) Czeka mnie kilka dni odwyku:) Może to i dobrze. Grunt, że jest łączność ze światem.

Szpital na Madalińskiego jest jak z serialu. Leżę w dwuosobowej sali z łazienką, lekarze wszystko tłumaczą, pielęgniarki dbają, wszyscy są uprzejmi. Tylko kotów mi tu brakuje. Podpisałam wszystkie zgody, od których włos się jeży na głowie i potwierdziłam, że wiem o różnych brzydkich ryzykach. Jedynym drobnym mankamentem jest to, że muszę zakupić i ściągnąć do szpitala lek przeciwzrostowy, który będzie użyty w czasie operacji. Lek za bagatelka parę stówek. Ale to drobiazg w porównaniu z resztą, która jest bez zarzutu.

Mam nadzieję, że wyśpię się w szpitalu, bo dzisiejszej nocy kocie szaleństwa przekroczyły wszelkie granice. Nurkowanie w misce z wodą do picia i zrzucanie pięknie uporządkowanych książek i papierów tudzież drapowanie nowych zasłon stanowiły główne zabawy. Tutaj przynajmniej mam trochę spokoju.

Za to w głowie pustka. To jest jedyny objaw niepokoju. W nocy kłębiły mi się tysiące myśli, które chciałam uzewnętrznić na blogu, a teraz nie myślę nic. Leżę i patrzę w okno, choć powinnam pracować. Nawet mój stały towarzysz, komisarz Maigret, średnio mnie wciąga.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Mój pięcioletni bratanek jest chory. Jego babcia, czyli moja mama, przez telefon zapytała go, jak się czuje. A dziecko na to schorowanym głosikiem: "A jak się czuję ciocia?" Za to jego siostra w Święta osypała mnie prezentami, zakupionymi w czasie zimowiska oraz rysunkami własnego autorstwa, zapakowanymi w torbę z kotkami. Teraz dzieła bratanicy oraz drzewko i jeleń z błyskotkami i napisem "Zakopane" zdobią moje półki. Lubię patrzeć na przedmioty, w których są uczucia albo jest historia.

W ogóle rozpływam się w oceanie troskliwości. Ofert pomocy mam mnóstwo i myślę, że będę znakomicie zaopiekowana. Nawet koty przeżywają to, że jutro idę do szpitala. Chodzą dziś wyraźnie zdenerwowane, Pumek zjeża sierść na grzbiecie i zaczepia kocice, ze Żbiczką próbowali się bić przez szybę balkonową;)

A do mnie zaczyna docierać wątpliwy urok obecnej sytuacji. Jutro muszę podjąć decyzję o zakresie operacji, wiedząc, że obie alternatywy są, eufemistycznie mówiąc, takie sobie. Kwestia tylko ryzyka zgonu i powikłań oraz ewentualnych niedogodności, muszę wybrać, które bardziej mi odpowiadają. Właściwie to już jestem zdecydowana, ale niewykluczone, że po rozmowie z lekarzem zmienię zdanie.

W obecnej sytuacji najgorsze są budzące się upiory. Tego się bałam najbardziej. Jakby ktoś włączył przycisk i uruchomił emocje sprzed 3 lat. Działa system skojarzeń. Szpital, operacja, czyli miejsce i okoliczności wyzwalają dawne emocje. Czas zadziałał na tyle, że świadomie mogę je opanować, temat mam przepracowany, a ocenę sytuacji jasną, niemniej jednak w człowieku jest taka sfera, która wymyka się rozumowi. Nad automatycznymi skojarzeniami nie potrafię zapanować, a nad emocjami, które one wywołują, panuję tylko częściowo.

Niemniej jednak biorąc pod uwagę okoliczności trzymam się nieźle. Zrobiłam dziś zakupy przedszpitalne, zniosłam do domu komplet lektur, załatwiłam ZUS, rozliczyłam PIT, oddałam przedostatni tekst, a ostatni mam nadzieję zakończyć jutro w szpitalu. Działanie sprawia, że na myślenie nie wystarcza czasu. Przy tym wszystkim akceptuję to, co się dzieje, przynajmniej na obecnym etapie. Dotychczasowe choroby w dużym stopniu mnie ukształtowały, bez nich wielu rzeczy bym nie dostrzegała. Nie to, że się cieszę ze swojego chorobowego dossier, bo zdecydowanie wolałabym być zdrowa, silna i śmigająca po górach, ale przyjmuję to, co jest i staram się z tego wyciągnąć tyle dobrego, ile się da. Prawdę mówiąc, dużo gorszym doświadczeniem niż chorowanie było rozstanie z M., do tego nie umiałam podejść z takim spokojem. Inna rzecz, że wcale nie jest oczywiste, że za 2-3 dni będę tak samo spokojnie jak teraz podchodzić do chorowania;)

A przy okazji  - widzę, że mam dużo wejść na bloga z facebooka, a ja tam bloga nie reklamuję. Czy zdradzicie, kto zamieszcza linki?

wtorek, 07 kwietnia 2015

Liczba spraw, które powinnam załatwić przed pójściem do szpitala, doprowadza mnie do bolesnych skurczy brzucha. Próbuję dostać się do kardiologa celem przebadania sfatygowanego serca pod katem narkozy. Kardiolog tydzień temu odpisał mi na sms, że po Świętach mnie przyjmie, po czym zamilkł na głucho i nie odbiera telefonu. Domyślam się, że ma pilniejszych pacjentów, niemniej jednak bez badan serca anestezjolog mnie nie znieczuli do operacji. Jutro spróbuję załatwić sprawę w jakiejś prywatnej przychodni u pierwszego z brzegu lekarza, co uwolni mnie od paru stówek, jakby mała teraz mało wydatków. No i żeby w ogóle były w tym tygodniu jakieś terminy.

Powinnam jeszcze kupić kanapę, żeby mieć na czym siedzieć i gdzie kłaść gości spać. Chciałam o zrobić po remoncie, ale skoro remont się odsuwa, a przede mną długi  czas niedźwigania, to rozsądek nakazuje załatwić to teraz. Ale nerwy nie są najlepszym doradcą zakupowym. Do tego urok bycia freeelancerem polega na tym, że gdy się nie pracuje, to się nie zarabia. Nie wiem, jak długo nie będę w stanie pracować, na wszelki wypadek piszę teraz teksty na zapas, przynajmniej do swoich stałych rubryk do końca miesiąca. Trochę tego jest. Piszę też książkę, żeby dotychczasowa robota nie poszła na marne w sytuacji, gdybym jednak nie przeżyła operacji, bo obecnie książka jest w postaci luźnych nieuporządkowanych notatek.

Chodzę nieprzytomna i ciągle nadeptuję biednym sierściuchom na ogony. Gadziny w nocy biorą odwet. Dziś Zyzio uporczywie polował na moje palce u nóg, atakując z każdej strony i nurkując pod kołdrę. Jego brat za to jest prawdziwym czyściochem i kocha wodę. Wczoraj gdy myłam ręce wpakował głowę pod kran i lubością się pluskał. Bałam się, że się przeziębi, bo futro musiało potem wyschnąć, a w domu ciepło nie jest. Ale nie, dziś Dyzio ponownie próbował kąpieli.

Dyziem ktoś wykazuje zainteresowanie, ale bez Zyzia. Tyle, że miałby do dyspozycji duży dom z dwoma kotami. Tyle, że jeden z kotów jest stary, a drugi to ponoć wredna kotka. Nie wiem, czy finalnie dojdzie do adopcji, ale żal mi będzie rozstać się z tym łobuzem. No i wolałabym kocurki wydać razem.

Na razie stoimy w obliczu kastracji. To kolejna rzecz, którą powinnam załatwić przed szpitalem, ale nie wiem, kiedy to wcisnąć. Obowiązki i wydatki piętrzą się, czas przyspiesza, a moje roztargnienie narasta. Zgubiłam gdzieś - ja albo koty - klucze do mieszkania, kilka razy dziennie zapodziewam gdzieś komórkę, zapominam o rachunkach i zaległej naprawie domofonu. Chciałabym już mieć to wszystko za sobą.

piątek, 03 kwietnia 2015

Rano szłam na badania, zadowolona z życia, jak to ostatnio mam i nagle do mnie dotarło. Liczę, że operacja się uda, snuję różne plany, a przecież wcale nie musi się udać. W polskich szpitalach nie jest normą, że konsylium lekarskie przez pół godziny rozmawia z pacjentem, tłumacząc konsekwencje decyzji o takim czy innym zakresie operacji. Zakładam też, że lekarze nie dla rozrywki kilkakrotnie powtórzyli, że ryzyko jest duże. Może więc za 2 tygodnie świat będzie szedł do przodu już beze mnie.

W zasadzie każdy może nagle umrzeć czy zginąć tragicznie albo zostać kaleką. I jakoś o tym nie myślimy. Ale teraz jakoś mi się ta perspektywa urealniła. Przypomina mi się rysunkowy dowcip, który widziałam na facebooku: pogrzeb, za trumną idą dwie osoby i jedna do drugiej mówi: "A tylu znajomych miał na facebooku". Myślę, co po mnie zostanie i czuję, że muszę przyspieszyć z książką, żeby jakiś konkret powstał do operacji. Myślę o kotach z nadzieją, że rodzina ich nie zostawi. Pumek ma stado wielbicieli, maluchom wszystko jedno, kto im usługuje, Luftmysza po jakimś czasie przekonuje się do ludzi, ale ze Żbiczką jest problem - ona jest najmojsza;) Uznaje tylko mnie i ufa mi tak bardzo, że czuję, że nie wolno mi jej zawieść.

Na wszelki wypadek najbliższe kilkanaście dni zamierzam przeżyć sensownie. Spędzę czas z rodziną i z kotami. Podgonię pracę nad książką. Napiszę tylko takie teksty, do których będę przekonana, bez względu na dziurę w budżecie, a w Święta nie będę sobie odmawiać smakowitości z obaw o linię, bo w końcu jakie to ma znaczenie, czy zejdę gruba czy chuda? A jeśli będzie dobrze, na co liczę mimo pewnych obaw, to w końcu zarobienie paru groszy czy zrzucenie paru kilo nie będzie żadnym problemem.

Teraz sobie spokojnie ogarniam różne sprawy, które muszę ogarnąć i delektuję się nowym wygodnym materacem i kocim towarzystwem. Na tym pierwszy śpi się rewelacyjnie, ale przez to drugie i tak jestem niewyspana. Kocurki buszują do 2 w nocy, a potem o 6 rano powtórka z rozrywki. Zyzio uwielbia aportować papierki i dzisiaj przyniósł mi jeden o świcie, wrzucił za koszulę, usiadł za moimi plecami i zaczął mruczeć;) Uległam sile zyziowych argumentów. Dyzio za to spadł z regału, wypłoszył się i chyba mu się odechciało podsufitowych spacerów, zwłaszcza że omiótł już wszystkie pajęczyny - to była jego wielka fascynacja.

Przed chwilą wpadła mi w oko zapowiedź jutrzejszego tekstu Terlikowskie w Rzepie, na temat Angeliny Jolie. Nie wiem, czemu ten przemądrzały oszołom i jego równie głupia i pozbawiona empatii połowica tak się uparli na krytykowanie decyzji gwiazdy. Mnie to irytuje potężnie, bo sama jestem w sytuacji ryzyka śmierci, zapewne mniej prawdopodobnej niż śmierć na raka w razie posiadania niewłaściwych genów, i wiem, jak się czuje człowiek, który musi podjąć różne niełatwe decyzje. Bardzo łatwo się to krytykuje i bardzo łatwo feruje kategoryczne wyroki, gdy się jest zdrowym, nie mówię już o całkowitej ignorancji medycznej i przeinaczaniu faktów przez państwo T. Ciekawa jestem, czy gdyby ich dziecko było w sytuacji Angeliny, też by mu radzili, żeby pogodziło się z tym, że kiedyś musi umrzeć, ale przypadkiem niech sobie nic nie wycina. Pozostaje mieć nadzieję, że żadna kobieta postawiona w obliczu trudnego wyboru nie będzie brała pod uwagę słów tej dwójki, w przeciwnym wypadku mają szansę przyczynić się do czyjejś śmierci. Inna rzecz, że nikt mądry ich na poważnie nie bierze.

W każdym razie przez najbliższe dni nie zamierzam czytać żadnych idiotycznych tekstów. Tylko wartościowe rzeczy. Niestety, im głupszy tekst, tym łatwiej w internecie przypadkiem na niego trafić. Może by tak przed operacją ograniczyć internet?

wtorek, 31 marca 2015

I jeszcze by się chętnie pożyło:) Kiedy pojawia się ryzyko, życie dziwnie zyskuje na smaku. To się chyba nazywa instynkt samozachowawczy;)

Dziś byłam przedmiotem konsylium lekarskiego. Zebrało się nade mną paru lekarzy: ordynator i jego zastępca, szef bloku operacyjnego i dyrektor szpitala ds medycznych, który równocześnie jest moim lekarzem prowadzącym. Posadzili mnie na skórzanej kanapce, stanęli nade mną i uświadomili co do mojej sytuacji. Dowiedziałam się, że operacja jest konieczna. OK. ordynator nie był tak delikatny jak mój lekarz.

- Jest pani piękna i młoda - powiedział na osłodę. - Wydaje się, ze to tylko zwykły ból, ale operacja niesie poważne ryzyko.

- Jakie? - zapytałam w ciężkiej naiwności?

- Zgonu - odpowiedź była szczera. - A jak nie zgonu to uszkodzenia jelit. Niewykluczone, że kilka miesięcy po tej operacji czeka panią kolejna.

Cholera. Okazuje się, że ryzyko zejścia w czasie operacji jest większe niż ryzyko, ze jest to rak. Lekarze sobie pożartowali, że wezmą urlop na czas mojej operacji, bo ta operacja to jest dla nich wyzwanie. Owszem, rozładowało to atmosferę, staram się podchodzić do tego na luzie, w końcu to nie pierwszy raz, kiedy dowiedziałam się, że mogę umrzeć i zasadniczo już przyjęłam własną śmiertelność do wiadomości. Ale i tak po powrocie do domu strzeliłam sobie drinka i pracą zupełnie, ale to zupełnie nie jestem w  stanie się zająć.

Mam szczęście, że jestem pod dobrą opieką. Naprawdę dobrze trafiłam. Lekarze są rzeczowi, rzetelni, przejmują się pacjentem i informują uczciwie o wszystkim, a dla mnie to a zasadnicze znaczenie. Kretyński jest natomiast cały system, bo czuję się tak, jakbym robiła zakupy spod lady. Nie trafiam do szpitala normalnym trybem, bo zeszło by na to kilka miesięcy, a operacja musi być już. Ginekolog, u którego leczę się prywatnie zapisał mnie na operację u siebie w szpitalu w trybie pilny, a konieczną kontrolę serca przed operacją przejdę w Aninie, gdzie przyjmie mnie kardiolog opiekujący się mną od 20 lat. I bynajmniej nie jest tak, że lekarze ci wsadzają mnie do szpitala dlatego, że im płacę. Nie. Kardiolog w ogóle nie bierze ode mnie pieniędzy, gdy chodzę do niego prywatnie, a nie idę teraz prywatnie tylko dlatego, że najbliższy termin a na lipiec, a ginekolog prywatnie liczy tylko za usg, a nie za wizytę. Chory jest system, który nie pozwala człowiekowi choremu znaleźć się w szpitalu w rozsądnym terminie.

Operację będę mieć akurat w okrągłą rocznicę ślubu państwa K., którym świadkowałam 10 lat temu. Tak sobie myślę że to znak, żeby im zapisać w spadku kociarnię;)

Porządkowanie życia swoją drogą, ale ma nadzieję, że wyjdę cała z tego wszystkiego. Tak mi się teraz chce żyć.

poniedziałek, 30 marca 2015

Powinnam być kłębkiem nerwów. A nie jestem. Może dlatego, że wydarzenia biegną w takim tempie, że nie mam czasu na nerwy, bo bardziej się skupiam na tym, żeby wszystko ogarnąć. Poza tym widzę, jak bardzo jestem odległa od punktu, w którym byłam 3 lata temu i to mnie cieszy, bo czuję wolność. Mimo wszystko. Może to poczucie jest kruche, pewnie za tydzień nerwy mi puszczą, na razie jednak podchodzę z pewnym humorem do obecnej sytuacji, która obiektywnie biorąc, jest nieciekawa. Bo nie dość, że może się okazać, że to rak, to jeszcze jest duże ryzyko powikłań. Nie mam grosza oszczędności, a wręcz przeciwnie, świeżo otworzyłam linie kredytową w banku. Moje dochody zależą od tego, co wypracuję, więc jeśli dziadostwo w moim wnętrzu okaże się poważną sprawą, to będzie niewesoło także w tym aspekcie. Do tego teraz nadrabiam braki w umeblowaniu mieszkania - takie łatanie, którego nie lubię. Najpierw miał być remont począwszy od wymiany instalacji elektrycznej, ale siłą rzeczy przesunie się on o parę miesięcy, więc urządzam się prowizorycznie na pobojowisku (raczej pokotowisku, bo to w dużej mierze futrzakom zawdzięczam potrzebę remontu).

A mnie paradoksalnie jest dobrze, choć jest to zupełnie inne "dobrze" niż kiedyś. To jest stan spokoju. Bez planów, bez szaleństw, z pewną rezygnacją. Ale wreszcie bez tego udręczenia, które mi towarzyszyło po rozstaniu z M.

Ostatnio rozmawiając z paroma rozwódkami odkryłam ze zdumieniem, że tego rodzaju doświadczenia, co moje, są całkiem powszechne. I że nawet ludzie po wielu latach związku potrafią odkryć, ze nie znają człowieka, z którym żyli. Ameryki nie odkryłam, ale w moim otoczeniu dominują dobre związki na całe życie i do mnie docierało, że jednak bywa bardzo różnie. Właściwie to nawet moje doświadczenie z M. w porównaniu z innymi to była bułka z masłem. Tyle że konsekwencje tego okazały się zbyt poważne.

Obiecuję sobie, że gdy z tego wyjdę albo raczej jeśli z tego wyjdę w stanie nadającym się do normalnego funkcjonowania, to spełnię parę zaległych marzeń i parę nowych. Ale z drugiej strony - kiedy to będzie? I czy w ogóle? Gdzieś tam pod skórą czai się niepokój. A z drugiej strony trzyma mnie nadzieja na życie bez bólu, w sensie fizycznego bólu, który daje mi mocno do wiwatu od kilku miesięcy.

Dziwne Święta będą w tym roku. Do Mamy pojadę tylko na niedzielę, bo nie mam jak kociarni przewieźć, no i na 2-3 dni nie bardzo jest sens całe towarzystwo ze sobą ciągnąć, a samych z kolei na te 2-3 dni ich nie zostawię. Jutro się dowiem, kiedy dokładnie będą mnie kroić i będę mogła zacząć cokolwiek planować.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66