Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
czwartek, 23 lutego 2012
Jedną z najbardziej niepewnych rzeczy na świecie jest pewność. Subiektywna pewność, że coś jest właśnie takie jak myślę i takie powinno być i będzie zawsze. To, co oczywiste, nagle może przestać istnieć. A to, czego byłam pewna, okazuje się fatamorganą. Trudno w tym zachować orientację. 
niedziela, 05 lutego 2012
Zanim poszłam na "Różę" Wojciecha Smarzowskiego, czytałam, że jest to film o miłości i o sytuacji Mazurów po zakończeniu II wojny światowej. Wiedziałąm, ze są tam sceny okrutne i wydawało mi się, że wiem, czego po tym filmie można się spodziewać.

Pomyliłam się. To jest film o takim natężeniu okrucieństwa i nasączeniu mrocznością, że dosłowne bija w fotel. "Wbijanie w fotel" wydawało mi się zawsze metaforą, ale tutaj ma  ono miejsce dosłownie. "Róża" ma ogromną siłę rażenia, trudno się otrząsnąć, gdy film się kończy.

Film jest o spotkaniu dwojga ludzi przeczołganych przez życia, między którymi rodzi się miłość, małomówna miłość. Tu zresztą nie ma czasu na gadanie, bo jest walka o przetrwanie. I tę dwójkę łączy najpierw swoista wspólnota interesów i wymiana usług: on zapewnia jej ochronę przez napadami i gwałtami, ona jemu codzienną troskę i namiastkę domowego ciepła. Są z róznych światów, ale o róznicach nie ma mowy, tego tematu w ogóle nie ma. Nie mogą liczyć na nikogo innego, zbliża ich walka ze wspólnymi wrogami, więc rodzi się miłość - tak poniekąd z konieczności, z braku innego wyjścia.

To jest rzecz o granicach człowieka, o sytuacjach skrajnych. I o potwronej bezradności oraz zachowaniu godności w tej bezradności. "Róża" pokazuje sytuację kobiet po przegranej wojnie - w konkretnych okolicznościach historycznych. Ale czy po innych wojnach jest lepiej? Gwałty są ukazane bez znieczulenia i trudno je odebrać jako sceny seksu, to jest najobrzydliwsza przemoc i okrucieństwo dosięgające najbardziej intymnych obszarów człowieka, a za ofiarą ciągnie się jeszcze piętno hańby, czego absurdalność jest tu świetnie pokazana.

Do tego ta prawie nieznana historia Mazurów. I generalnie innej ludności ze wschodnich rubieży III Rzeszy. Ludzi, którym się nie współczuło, bo to przecież Niemcy, a przynajmniej z Niemcami związani, kobiety wypchnięte poza nawias, często odrucone przez własne wspólnoty z powodu gwałtów, ukrywające je jako wstydliwą tajemnicę. "Róża" pokazuje piekło tych kobiet. Nie tylko ich zresztą. Także ludzi sprzeciwiających się reżimowi, tyle że ich historia jest bardziej znana.

Film jest zrobiony perfekcyjnie. Jest logiczny i nieprzegadany, każda scena ma sens, a działanie motyw. Aktorzy grają perfekcyjnie, tu się nie wyczuwa gdy, tylko czuje rzeczywiste emocje bohaterów. Tak znakomitego filmu nie widziałam dawno i jakkolwiek unikam w kinie przemocy, to cieszę się , że dla "Róży" zrobiłam wyjątek.


czwartek, 05 stycznia 2012
Nic człowiekowi bardziej nie poprawia humoru niż wiadomość, że inni też mają pod górkę. A już najbardziej humor poprawia informacja, że ktoś ma gorzej niż ja.

Listonosz przyniósł mi dziś pismo o administratora mojej wspólnoty mieszkaniowej. Bezczelny prezes Famixu odmawia mi zwrotu nadpłaconych opłat, a nadpłacałam z powodu błedu matematycznego w akcie notarialnym, a później w księdze wieczystej. Rzecz w tym, że Famix wiedział, że nadpłacałam, a ja tej wiedzy nie miałam z braku odpowiednich danych. Do tego tradycyjnie  w mieszkaniu mam temperaturę nieprzepisową po wymianie przez rzeczoną firmę grzejników, a Famix od 2 lat nie może do mnie trafić z temometrem, pomimo licznych monitów, a to jest warunkiem dodania żeberek.

I kiedy rozzłoszczona pismem od Famixu wyszłam z  domu, natknęłam sie na sąsiadkę, której na skutek kiepskiego ogrzewania zalągł się w mieszkaniu grzyb. I jak wyrósł, tak się trzyma na suficie, bo warunki ma sprzyjające. Od razu mi się humor poprawił:) Jejku, jak ja się cieszę, że nie mam grzyba w mieszkaniu!
Tagi: famix
20:15, reska , Życie
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 stycznia 2012
Według jakiego klucza PKP nadają nazwy pociągom? Jako że ostatnio sporo podróżuję kolejami, doszłam do wniosku, że kolejowym nazewnictwem kieruje logika.

Pociąg akademiaportfela.pl nazwę zawdzięcza zacinającym się drzwiom, które ułatwiają pracę kieszonkowcom. "Czesław Miłosz" to wiekowy i wiecznie spóźniający sie skład, który imię noblisty nosi zapewne dlatego, że pochodzi z okresu, w którym poeta się urodził i mimo, że jest niemłody, stara się być aktywny. Wzór dobry, gorzej z realizacją.

Ostatnio jechałam "Marią Skłodowską-Curie". W pociągu nie działało ogrzewanie. Sympatyczny konduktor bardzo się starał je uruchomić i w tym celu nawet wyłączył światło. Nie pomogło. Patronka pociągu była twarda i zahartowaną babką, więc PKP sugeruje, żeby pasażorowie nie byli mięczakami.

Wczoraj wracałam z Krakowa. Gdy zapowiedzieli "Jana Matejkę", Wyjątkowy Mężczyzna przewidział: "Bitwa pod Grunwaldem". Rzeczywiście, na peron wjechała kupa żelastawa -  złom przypominający pociągi osobowe z czasów mojego dzieciństwa, coś jak pociąg podmiejski, tyle że drzwi nie były automatyczne, ale otwierane ręcznie. Nie odnotowałam działania grzejnika, choć konduktor uporczywie przekonywał pasażerów zakutanych w płaszcze, że ogrzewanie jest włączone i działa. W sumie Matejko miał w życiu pod górkę, więc pasażerów pociągu nazwanego jego imieniem nie godzi się rozpieszczać.

Aż strach się przekonać, jakie atrakcje czekają w pociągu noszącym nazwę "Smok Wawelski";) Pasażerowie dostaną na obiad siarkę?;)
poniedziałek, 14 listopada 2011
Czyli w Zakopanem. Wyjątkowo nawet bardziej w samym Zakopanem niż w Tatrach. A skoro po górach nie za bardzo mogliśmy chodzić, to poszliśmy do willi Oksza na wystawę "Zakopane - pępek świata. Sztuka pod Giewontem w latach 1880 - 1939". I to zrekompensowało nieprzyjamną niemożność eksplorowania górskich szlaków.

Tytuł wystawy wiąże się z książką Rafała Malczewskiego, "Zakopane - pępek świata", opisującą miasto w latach XX-lecia międzywojennego. Obrazy Malczewskiego też oczywiście na wystawie się znalazły, ale prawdę -nie wszystkie mnie zachwyciły.

Najbardziej przyciągneła moją uwagę fotografia. Piękne czarno-białe zdjęcia zimowycyh Tatr autorstwa Karłowicza i nie pamietam czyja Dolina za Bramką. Wyobrażałam sobie, jak oni te aparaty wielkoformatowe ze statywami ciągnęli ze soba w góry, jak ustawiali na mrozie odpowiednie parametry. Odkąd poznałam, jak wygląda fotografia klasyczna, podziwiam takie dokonania, zwłaszcza że wiem, jak trudno było tak dobre efekty osiągnąć.

Z fotografii ciekawa jest też dokumenatcja epoki. Jazda saniami, narty -  w tym Słonimski w marynarce i spodniach z kantem (!) na deskach, plus oczywiście portrety gwiazd epoki.

Włąściwie wszystko na wystawie jest ciekawe. Są tam rzeźby, misterne koronki, obrazy na szkle. Wyjątkowy Mężczyzna na pół godziny utknął w sali z portretami Witkacego oraz dziełami z jego otoczenia, i fachowym okiem psychiatry analizował, co twórcy brali, żeby takie dzieła stworzyć, oraz jakiego rodzaju zaburzenia ich nękały.

W tym czasie ja obejrzałam ciurkiem cztery razy film, a właściwie fragmenty filmu "Biały ślad" z 1932 r., pokazującego jazdę na nartach, a właściwie szalone zawody w jeździe na krechę z przeszkodami. Panowie w kapaluszach śmigający w tumanach śniegu po stromych zboczach, skaczący z kilkumatrowych skarp, upadając na pionowych ścianach i natychmiast wstający, otrzepujący się i jadący dalej. I to bynajmniej nie na taliowanych nartach carvingowych;) To robi wrażenie. I od razu chce się jechac na narty.






piątek, 04 listopada 2011
Ostatnio przeczytałam dwie ksiażki, które w pewien sposób się uzupełniły. "Na wschód do Tatarii" Roberta Kaplana i "Dobranoc, panie Lenin" Tiziano Terzaniego. Dlaczego się uzupełniły? Ano dlatego, że Kaplan podróżówał parę lat po Terzanim po wschodnich Bałkanach, Bliskim Wschodzie, Kaukazie, aż do Turkmenistanu, który swieżo stał się totalitarny, a Terzani w czasie rozpadu Związku Radzieckiego jechał z Syberii przez republiki środkowoazjatyckie, których tożsamość się dopiero kształtowała i zakończył podróż na Kaukazie. Po części więc książki dotyczą tego samego obszaru, a że zaczęłam od Kaplana, to cofałam się w czasie.

Kaplan odwiedzane tereny czuje świetnie. Ma wszechstronną wiedzę, umiejętność dostosowywania się do rzeczywistości i elastyczność. Aż chce się powiedzieć, że tylko Żyd, którym o jest, przedtsawiciel narodu, który przez stulecia był bez państwa, może tak bez uprzedzeń i z taką elastycznością oraz erudycją i wyczuciem podróżować i opisać ziemię,  na której jest taki kocioł.

"Na wschód do Tatarii" to książka o tym, jak historia opisanych ziem wpływa na ich teraźniejszość i przyszłość, jak religia i systemy polityczne wpływają na ludzi i zmieniają ich myślenie, jak wszystko, co nas otacza, wpływa na to, jacy jesteśmy. Autor opisuje, a przy tym próbuje zrozumieć pokomplikowanie tych terenów. Taka podróż, przez tak duży obszar, przy nieznajomości lokalnych języków, musi być oczywiście nieco powierzchowna, ale dzięki temu lżej się to czyta. Rozprawa z bogatą dokumentacja byłaby niestrawna. Niemniej jednak Wyjątkowy Mężczyzna, który zdążył sie do książki dorwać, spytał, czytając o Gruzji, czy to jest zgodne z warsztatem dziennikarskim, żeby o takim zdarzeniu, jak rządy Gamsachurdii, pisać powołując się tylko na jedno źródło...
Hm, w zasadzie Kaplan pisał raczej o odbiorze społecznym rządów Gamsachurdii i o konkretnej rozmowie, więc nie widzę wykroczenia;) Ale faktem jest, że parę razy miałam niedosyt, że jakaś kwestia została opisana po wierzchu, w oparciu o jedną rozmowę. Choć generalnie książka jest znakomita.

Za to Terzani mnie rozczarował. Ten wybitny znawca Azji Płd-Wsch. przez kraje rozpadajacego się ZSRR przemknął galopem, w każdym po parę dni zaledwie, do tego bez znajomości języka. Początek był zachęcajacy, na Syberii Terzani trochę posiedział, co od razu było widac po książce. A dalej to już mogiła. Jedzie do miasta, lokuje się w hotelu Intourist, załatwia tłumacza i prosi o zorganizowanie spotkania z lokalnymi vipami, przedstawicielami władz i opozycji. Dwa dni później kolejne miasto i tak cały czas, z nieznacznymi modyfikacjami. Oczywiscie, jako że reporterem był świetnym, Terzani coś tam, i to nawet sporo, z tej podróży wyniósł. Przede wszystkim to, czym był Związek Radziecki, co dla lewicowego intelektualisty z Zachodu jest dużym odkryciem. Ale poza tym książka to ślizganie się po wierzchu. Przyznam, że zdziwiła mnie jego nieznajomość rosyjskiego. Terenów postsowieckich bez rosyjskiego się nie zrozumie i tłumacz tego nie rozwiąże. Rosyjski ze specyficzną aluzyjnością i swoistym opisywaniem komunizmu wydajemi się nieprzetłumaczalny, nawet na polski, a co dopiero na angielski. Zdecydowanie wolę czytać azjatyckie książki Terzaniego.

Ale gdy połączyć Kaplana z Terzanim, to wyłania się ciekawy obraz granicy Azji z Europą i terenów postradzieckich, widziany oczami ludzi z Zachodu.
środa, 19 października 2011
Czternaście lat temu, gdy pierwszy raz wyjechałam w Czernohorę, kupiłam jedyny dostępny wówczas na rynku przewodnik po tych górach - "Powroty w Czarnohorę" autorstwa Marka Olszańskiego i Leszka Rymarowicza.

Przewodnik w ciągu kilkunastu lat kilkakrotnie był używany, ostatnio w czerwcu, kiedy to dostrzegł go u mnie doktor G. Rzeczony doktor (historii, nie medycyny) w przewodniku znalazł informacje potrzebne mu do publikacji i przewodnik ode mnie pożyczył.

Dziś ksiażka do mnie wróciła. Z dedykacją autora! Doktor miał wykład (skądinąd bardzo ciekawy) o historii obserwatorium na Popie Iwanie, a na wykład przyszedł autor blisko dwudziestoletniego przewodnika.

Lubię pożyczać książki, gdy wracają do mnie z taką niespodzianką;)

A to bohater wykładu, czyli ruiny obserwatorium na Popie Iwanie


poniedziałek, 10 października 2011
- Czy nie obawiasz się, że będziesz współodpowiedzialna, gdy zagłosujesz na PO, a potem się okaże, że oni nic nie zrobili w sytuacji, w której powinni coś zrobić - zapytał Wyjątkowy Mężczyzna podczas romantycznego spaceru na Kopiec Krakusa.

- A ty nie obawiasz się, że PiS zrobi coś w sytuacji,w  której nie powinien zrobić nic? - odpowiedziałam, po czym zgodnie podreptaliśmy oddać głosy na przeciwne partie.

Podreptaliśmy to źle powiedziane. Udaliśmy się na autobus, który miał nas zawieźć do Niepołomic, gdzie Wyjątkowy Mężczyzna miał swój obwód wyborczy. Nadjechał bus do Bochni, więc wsiedliśmy z zamiarem opuszczenia tego środka transportu w Wieliczce i złapaniu czegoś do Niepołomic. Pech chciał, że pochłonęła nas dyskusja i ocknęliśmy się przed Bochnią, gdzie w popłochu opuściliśmy busa i znaleźliśmy się w szczerym polu.

W tych okolicznościach złapaliśmy mikrobus jadący w przeciwnym kierunku i tym razem Wieliczki nie przegapiliśmy:) Tam odczekaliśmy swoje i w stosownym czasie pojechaliśmy do Niepołomic. Skierowaliśmy swoje kroki do zamku, gdzie jest kilka punktów wyborczych. Niestety, za wysokie progi na nasze nogi. Punkt wyborczy, w którym Wyjątkowy Mężczyzna jest na liście, został przeniesiony od poprzednich wyborów i trafił do zakładu dla ociemniałych. Więc kolejny bus.

I tak po 2,5 godz., zainwestowaniu kilkudziesięciu PLN i przebyciu odległości 26 km spełniliśmy obywatelski obowiązek. I poparliśmy partie konkurujące ze sobą. Biorąc pod uwagę wynik wyborów, to obywatelskie przedsięwzięcie miało głęboko uzasadniony cel;)


sobota, 01 października 2011
Według rozkładu jazdy zamieszczonego na stronie pkp.pl pociąg IR z Warszawy do Krakowa jedzie szybciej niż pociąg EIC, a kosztuje trzykrotnie taniej. Wybór więc wydawał się oczywisty.

Pociąg relacji Warszawa Wschodnia - Rzeszów. Na dworcu Warszawa Centralna pada zapowiedź "Pociąg przybędzie z opóźnieniem 60 minut". Opóźnienie może ulec zmianie. To przybycie to jest jakieś 5 km, skąd więc takie opóźnienie? Z pernou na Centralnym ruszyć się nie mogę, bo nie wiadomo, na czym ma polegać uległość opóźnienia i czy np. pociąg nie przybędzie wcześniej. A poza tym moja walizka jest ciężka, a schody ruchome nie działają. Obawy o wczęsniejsze przybycie okazują się bezpodstawne. Po 2 godzinach na peron wtacza się pociąg, witany oklaskami pasażerów. Nic to, że skład jest zabytkowy i pierwotnie obsługiwał poznańską kolej podmiejską. Nieważne, że nie otwiera się połowa drzwi i nie działa światło w żadnej toalecie. Grunt, że jedzie w stronę Małopolski. No, co chwila wprawdzie staje w polu, ale jednak zasadniczo przemieszcza się w poądanym kierunku.

Konduktor sprawdza bilety. - Dlaczego pociąg wyjechał z takim opóźnieniem ze Wschodniej? - padają dziwne zarzuty ze strony pasażerów. Konduktor wzrusza ramiona.Przecież pociąg musiał na tę Wschodnią skądś dojechać. No to jak miał być punktualny? - Dlaczego w toaletach nie działa światło? - A skąd ja mam towiedzieć, przecież nie naprawię - przytomnie odpowiada konduktor. - A czy wie pan chociaż, czy jest w  tym pociągu toaleta,w  której światło? - Pani sobie poszuka, toalet jest osiem;)

- Gdzie można dochodzić odszkodowania za opóźnienie - odważnie pyta młody człowiek, znający regulaccje unijne nakazujące przewoźnikom rekompensować pasażerom opóźnienia.

- Ale my jesteśmy prywatną spółką, nas te regulacje nie obowiązują - zamyka dyskusję konduktor. W tym momencie nawet najbardziej pyskatej pasażerce odjęło mowę.

Po dojechaniu do Krakowa okazało się, że zainwestowanie w bilet na ekspres też nie oznacza dojechania o czasie. Taksówkarz powiedział, że ekspres tez miał opóźnienie, ale mniejsze, bo gdy pociąg zbyt długo stał w polu, to posłowie, którzy nim akurat jechali, zadzownili do ministra Grabarczyka;) I po tym telefonie znalazł się ktoś, kto potrafił naprawić zepsutą lokomotywę;)


czwartek, 22 września 2011
Siedzę na dworcu w Przemyślu, przede mną nocna podróż do Warszawy, a w drodze jestem właściwie od 3 dni. Ile przesiadek było po drodze, trudno się doliczyć, ale i tak podróż była fascynująca, bo jest początkiem czegoś Nowego.

Najpierw marszrutka Kurortnoje - Teodozja, tam autobus (rzecz jasna zatłoczony) na drugi dworzec, potem kolejny autobus do Symferopola. Biletóe do Lwowa oczywiście od dawna już nie było, więc trzeba było wręczyć konduktorce korzyść majątkową celem niedopełnienia przez nią obowiązków służbowych, dzięki czemu dostaliśmy się do pociągu. W którym spędzuliśmy 25 godzin. w przerwami na peronowe zakupy u babuszek.

Lwów rozkopany, a marszrutka zatłoczona do bólu. Nie mieliśmy w mieście dużo czasu, ale to, co zobaczyłam, było warte wysiłku - zdjęcia z kamienicy przy ul. Hercena 6:











Ze Lwowa marszrutką do Mościsk, stamtąd kolejną do granicy. A na granicy tłum mrówek. Ukraińscy pogranicznicy przepuścili nas chętnie, zapewne pozostając pod wrażeniem uprzejmości oraz znajomości ukraińskiego przez mojego towarzysza podróży. Na polskiej granicy działy się dantejskie sceny. Falujący tłum, agresywny w pobliżu bramek, mógł zadeptać co słabsze jednostki. Moje negocjacje z pogranicznikami nie przyniosły rezultatu i wstyd przyznać, ale w perspektywie kilkugodzinnego koczowania na granicy bez perspektyw dotarcia na jutro rano do Warszawy (gdzie być muszę) usiadłam i się rozpłakałam. Mój towarzysz natomiast ponownie wykazał się kreatywnością i operatywnością, wziął moja kartę rozrusznika i wytłumaczył panom z bronią, że delikatna kobieta z chorym sercem nie może koczować przez kilka godzin w takich warunkach. I przejść się udało, choć zdążyć na pociąg w Przemyślu już nie.

Doszliśmy do wniosku, że miasto to tylko przypadkowo nazywa się Przemyśl. Właściwa nazwa to Przemyt albo Przemyć. Rozmowy miejscowych w autobusie od granicy oscylowały wokół przemytu, alkoholu i papierosów. Z tubylców spotkaliśmy tylko jedną uprzejmą osobę. Nawet pani, która tu od 20 lat mieszka, skarżyła się na nieprzyjazność ludzi. W kasie PKP babka n ie chciała udzielić informacji o połączeniach i kazała dzwonić na informację. Numeru do informacji też nie chciała podać, bo gdzieś tam wisi. W informacji PKS pan był zajęty piciem kawy i odesłał do kasy. Właściwie tu się bardziej czuje klimat Ukrainy z jej nieśmiertelnym pytaniem "Aaa?" albo "Szto?", niż we Lwowie.

A jutro rano w domu. Z nową energią. I radością z Nowego:)


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22