Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
poniedziałek, 17 września 2018

Okazuje się, że łatwiej przychodzi mi pisanie dziadoskich rzeczy za dobre pieniądze niż dobrych za dziadoskie. O pisaniu dobrych rzeczy za dobre pieniądze nawet nie marzę. Wolność prasy to fikcja. W dziennikarstwie gospodarczym problem leży nie tylko w różnorakich naciskach politycznych, ale głownie w kasie. Bo jak napisać krytycznie o pewnym programie rządu, jeśli w gazecie X dział, którego to dotyczy, sponsoruje firma X, która jest spółka SP? Jak skrytykować to w portalu Y, któremu pewien państwowy fundusz firmuje jedną sekcję? Przecież te podmioty płacą m.in. dlatego, żeby zablokować publikację niewygodnych treści. W jednym miejscu zdjęli mi nawet niewygodny wpis na moim blogu u nich, dodajmy, blogu, na którego prowadzenie sami naciskali.

Groteskowe jest to, że program sam w sobie nie jest zły i tego nie ukrywam. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. ale z tymi szczegółami trudno się przebić. Napisał dzis do mnie jeden ze świetnych znawców tematu bezradny, że napotyka na ścianę. Bo nie można normalnie dyskutować, tylko są dwie opcje: za albo przeciw. W desperacji napisałam do naczelnego jednego portalu wolnego od tego typu układów. Po godzinie miałam odpowiedź, że chcą tekst. Zobaczymy, co powiedzą na gotowy materiał, ale to, że chcą, to już jest coś i dzięki temu spojrzałam na życie i moja branżę z większym optymizmem.

Na razie jest o tyle dobrze, że zarabiam. I to wcale nie gorzej niż wtedy, gdy pracowałam w redakcji. Tylko trudno mi się zmusić do pracy. Za to pilnuję wolnych weekendów. I jak przystało na osobę bezrobotne, zaangażowałam panią do pomocy w domu;) Gdy pracuję w domu, bałagan jakoś robi się szybciej. I przeszkadza bardziej.

A w piątek jadę na kilka dni w  Bieszczady na rykowisko. Będę wstawać na wschody słońca i pilnować, żeby myśliwi nie przerabiali zakochanych jeleni na trofea. Zapowiada się ciekawie:)

sobota, 07 lipca 2018

Gdy 8 lat temu rzuciłam pracę, czułam ulgę. Teraz po rzuceniu pracy jest mi źle. Zmieniłam się przez te lata. Już nie kuszą mnie podróże. Mam wrażenie, że zadeptujemy świat. Wszędzie są tłumy, a każdemu się wydaje, że wsiadając do samolotu i jadąc na drugi koniec świata, robi coś wyjątkowego. Tymczasem do tego potrzeba jedynie pieniędzy. Są miejsca, które bardzo chcę zobaczyć, ale kusi mnie przyroda, a nie bycie w drodze, które przez wiele lat tak bardzo lubiłam i bez którego nie wyobrażałam sobie życia. Sama się dziwię, że jestem taka inna. chyba to normalne zmiany, które przychodzą z wiekiem.

Zaczyna marzyć mi się stabilizacja i dochodzę do wniosku, że upadłam na głowę, rzucają prestiżową bądź co bądź pracę. I taka, która ma sens. Jeden z ekspertów mi napisał na pożegnanie, że szkoda, że odchodzę, bo fajnie się razem zmieniało Polskę. I bynajmniej nie miał na myśli "dobrej zmiany";) Praca z poczuciem sensu jest szalenie ważna. Ale z drugiej strony - potrzebna jest równowaga. Nie można wypalać się w robocie i znosić mobbingu. trzeba mieć życie poza pracą, a ono zaczęło mi się kurczyć.

Nie mogę zmobilizować się do pracy. To chyba depresja, taki przeciągający się stan bezwładu i doła. Zlecenia już sobie nagrałam. O. powiedziała, że mam mocne nerwy, skoro za szukanie zabrałam się dopiero po rozstaniu z poprzednią pracą, ale wcześniej nie chciałam się rozpraszać. Teraz będę miała jakieś zlecenia komercyjne, durne strasznie, ale dobrze płatne i dzięki nim będę mogła zajmować się dziennikarstwem sensownym i niskopłatnym. Plus dochodzą portale fachowe, takie redakcje, ale nie do końca niezależne, bo ktoś za wydawanie płaci. Naczelny jednego z nich, który ucieszył się bardzo moją ofertą współpracy i w ciągu 5 minut podesłał mi umowę, zaproponował wprost, żebym rozejrzała się za sponsorami, bo to daje duże możliwości robienia czegoś więcej niż wyrabianie wierszówki. Mam kontakty w branży, o której pisuję, i on dobrze o tym wie. I oczywiście w telefony wystarczyły, by znaleźć kogoś, kto by porozmawiał o finansowaniu. Tyle że w takich okolicznościach najlepiej byłoby założyć swoja stronę. Wiem, o czym chciałabym pisać, mam wiedze, bazę materiałów i przemyśleń, ale nie mam tytułu i nazwy strony. I nic nie przychodzi mi do głowy. A teraz jest dobry moment na start. Ale kiedy człowiek jest w dołku, trudno pracować koncepcyjnie. Pod tym względem kierat był dobry. Co dzień parę godzin wśród ludzi i praca na czas, więc trzeba było się sprężać. A przy tym była to praca pożyteczna i twórcza.

Ale skoro sama się pozbyłam tej pracy, to muszę uczyć się czerpać z tego, co mam. To zresztą kolejne doświadczenie życiowe, które mnie uczy, że niezależność nie jest aż taka ważna. Kiedyś dążyłam do niezależności. W zasadzie ją w dużej mierze mam i zaczęłam tęsknić za zależnością. Tylko że mam wrażenie, że tęsknię za zależnością na moich warunkach, a taka jest nieosiągalna, bo istotą zależności jest to, że ktoś inny wpływa na moje życie. I taks ię to zapętla.

sobota, 30 czerwca 2018

"I po ptokach" - powiedział lotnik, opylając las. Zakończyłam prace. Ale na koniec tak się zasiedziałam, znaczy zarobiłam, że wyszłam z redakcji na tyle późno, że nie miał mi kto podpisać obiegówki. Nie mogłam zdać komputera ani karty wejściowej, bo nie było komu. Obiegówkę chyba sobie odpuszczę, i tak nic nie pobrałam z redakcji, a nie jest to dokument obowiązkowy dla ludzi na śmieciówkach. Kartę w poniedziałek zostawię na recepcji.

A zasiedziałam się w pracy, bo postanowiłam odejść z przytupem. Na koniec zgłosiłam ambitny i duży temat, na który dostałam miejsce na rozkładówce ze sporym wejściem na jedynkę. Trudny makroekonomiczny temat, a takich jako nieekonomistka zawsze się bałam. Dotarłam do bardzo ciekawego raportu unijnego. Sam raport, sporządzony po angielsku i naszpikowany fachową terminologią oraz mnóstwem tabel,  przerósł mnie nieco i wiedziałam,że bez ekspertów nie dam sobie rady. A eksperci długo nie odpisywali i myślałam, że odpuszczę temat. Aż tu w czwartek wieczorem dostałam e-mail od jednego z wybitniejszych ekonomistów ze świetną analizą raportu zamiast krótkiej wypowiedzi. a W piątek rano dwóch kolejnych podesłało piękne opinie. Więc się odważyłam. Grafik też się wyjątkowo zaangażował  w ilustrację i wypracowaliśmy fajną grafikę. Mam nadzieję, że poniedziałkowy tekst kończący moją redakcyjną karierę nie okaże się knotem. Bo merytorycznie to jednak było wyzwanie.

Rozstanie było sympatyczne. Nawet z szefem. Zresztą z jego strony wersja jest taka, że to ja po prostu odeszłam. Kolega mi napisał, że mam jaja, bo słyszał wersję z drugiej strony. Nieprawda. To nie była tylko moja decyzja. Ja mam poczucie porażki, bo na obecnym etapie życia zdecydowanie wolałam być w redakcji, tyle że warunki ostatnio były nie do przyjęcia. A teraz zastanawiam się, co dalej. I jak narzucę sobie pisanie z domu. Kiedyś umiałam, ale nie wiem, czy nie zatraciłam tej umiejętności.

Nie robiłam w pracy ani po pracy żadnej imprezy, ale z paroma osobami rozstałam się bardzo ciepło. Zawsze starałam się być fair wobec ludzi, gdy ktoś zrobił cokolwiek do mojego tekstu, dopisywałam go jako współautora (to ma konsekwencje finansowe), przy tematach zbiorowych nie stosowałam uników, z nikim się nie pokłóciłam (oprócz kierownictwa), więc atmosfera na koniec była ciepła. Zupełnie inaczej odchodziłam z tej samej redakcji 8 lat temu. Wtedy, w ówczesnym dziale, czułam się źle, były tam plotki i konflikty oraz różne nieprzyjemne personalne gierki i z ulgą zamykałam za sobą drzwi. Teraz z paroma osobami umawiam się na końcowe piwo i tak sobie myślę, że osób, z którymi bym się chętnie napiła, jest całkiem sporo.

Teraz nadrabiam zaległości w spaniu, a od jutra tez zaległości towarzyskie. Czuję fizycznie, że zmęczenie ze mnie paruje. Ale nie wiem, co dalej. Mam pozamawiane teksty, ale to jest na przeczekanie. Do podróżowania straciłam serce, choć kilka lat nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek przestanie mnie nosić. I pojawiła się pustka.

czwartek, 28 czerwca 2018

Czuję się, jakbym stała nad przepaścią i robiła krok do przodu. Jutro ostatni dzień  w pracy. Pracy, którą kocham, w której świetnie się czuję, w redakcją, w której czuję się u siebie. I z której sama zrezygnowałam. Choć ta dobrowolność to była z grubsza taka jak w kawale o Stalinie, kocie i musztardzie. Ten kawal z grubsza leci tak: Stalin postanowił udowodnić Churchillowi i Trumanowi wyższość komunizmu nad kapitalizmem. Zaproponował im konkurs w którym trzeba było nakłonić kota, aby zjadł musztardę. Churchill wziął kawałek szynki i położył ją obok spodka z musztardą. Stalin wykrzyknął:
-To korupcja!
Truman wziął szynkę i posmarował ją musztardą. Stalin na to:
-To oszustwo!
  Stalin zaś posmarował kotu podogonie musztardą. Kot miauknął żałośnie i wylizał wszystko dokładnie. Stalin rzekł:
-Towarzysze, zwróćcie uwagę na to, że kot zjadł musztardę dobrowolnie i z pieśnią na ustac
h.

A w pracy to jest tak, że gdy szef chce umilić pracownikowi życie, to ma taką masę narzędzi, że umili. I co można  w takiej sytuacji zrobić? Kiedy  wytrzymywałam dłużej, aż  mi psychika szwankowała. Teraz nie dopuściłam do takiego stanu, ale i tak nie jestem zadowolona. Zwłaszcza że ostatni miesiąc  redakcji był świetny. Szef się odczepił, bo w końcu wyrzucić już mnie nie wyrzucić. Redaktorzy dawali mi najlepsze miejsca  w gazecie, więc mogłam się rozpisywać, tematy pchały się w ręce. Dopiero czyszcząc skrzynkę pocztową napotkałam na mejle, którymi mnie szef zasypywał w ostatnich miesiącach i przypomniałam sobie, dlaczego odchodzę.

Przypomina mi się związek z M. Też wyszłam z inicjatywą zakończenia, choć kochałam. I też żałowałam. I podobnie było przed zakończeniem. Cieszyłam się z każdej chwili związku, mimo że zbierały się nad nim czarne chmury. Ale sama przed sobą udawałam, że tych czarnych chmur nie widzę. Teraz też cieszyłam się jak głupia z tej pracy. Tyle razy zdarzało mi się, że szłam ulica i śmiałam się do siebie  z radości, że mam tak fajnie. Bo po południami zapominałam o porannych utarczkach, ale co rano stresowałam się tym, co z moment na swój temat przeczytam. I z coraz większą niechęcią zaglądałam rano do poczty.

Teraz zresztą nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tylko trzeba zakasać rękawy i zabrać się za pisanie, żeby zarobić na życie, długi oraz koty. Czas pokaże, czy propozycje, które otrzymałam, jakoś się wykrystalizują we współprace. Zresztą kasa to jedno. W ostateczności mogę iść do korpo, instytucje finansowe płacą dobrze.  Ale to potrzeba poczucia przynależności do miejsca, z którym się jakoś identyfikuję Może to potrzeba stabilizacji się we mnie odezwała po 40. Chce mieć coś stałego. I jednak wygodnie jest być autorem, za którym stoi duża i prestiżowa redakcja. I bycie wśród ludzi ma pewne plusy.  Ale stało się. Popłaczę kilka dni i pójdę do przodu.

sobota, 16 czerwca 2018

Będzie mi brakowało piątków w redakcji. Dziś to do mnie dotarło. Piątki są najfajniejsze. Nie ma napinki, że trzeba gazetę oddać na już, bo do drukarni idzie w niedzielę, więc każdy pracuje w swoim rytmie, a w po ołpensejsie fruwają żarty. Czuję się wtedy na swoim miejscu. Ale po weekendzie przychodzi poniedziałek i znowu jest praca akord. I za tym tempem pracy nie będę tęsknić.

Podpisałam papiery rozwodowe z redakcją. Szef się prawie złamał. W zasadzie gdybym zrobiła krok, to on by też zrobił i bym została. Ale już nie chce się wycofać. Zwłaszcza po ostatniej wierszówce, która osiągnęła poziom groteskowy. Nie wiem, czemu praca nie może być równocześnie pasjonująca i satysfakcjonująca, dobrze płatna i z poszanowaniem niezależności i samodzielności pracownika. Żeby chociaż dwa z tych punktów naraz spełniała.

Koniec pracy w redakcji oznacza nowe dylematy. Mam propozycje pracy. Etatowej, dobrze płatnej roboty. W korporacjach. Propozycje napływają bardzo ładnie i  w ogóle nie muszę się o to starać. Rzecz w tym, że nie widzę siebie w korpo. A z drugiej strony - mam długi i mam koty, więc potrzebuję pieniędzy, a z freelancerstwa może być trudno się utrzymać. Niby tu też mam sporo propozycji, ale to jest tak,że zlecenia raz są, raz ich nie ma, a sporo zleceniodawców płaci z opóźnieniem. Jak np. redakcja portalu O, dla której będę robić wywiady. Z wywiadów się ciesze, bo to jest wychodzneie do ludzi. Redakcja O. to miejsce prestiżowe w mojej dziedzinie i bardzo wymagające. I co najważniejsze, nie skąpią autorom. Tylko się spóźniają. Moja obecna redakcja, z którą będę współpracować, choć nie w tym dziale co teraz, płaci w terminie. Ale dla odmiany słabo. Pewnie będę musiała brać zlecenia od firm, czego nie lubię, bo jednak dziennikarstwo jest tym, do czego mam serce. Na razie wygląd ana to, że zlecenia będą. Duża międzynarodowa firma konsultingowa chciałaby ze mną współpracować przy raportach. W ogóle jeśli chodzi o propozycje i reakcje na moje odejście z pracy, to  moja próżność została zaspokojona. Nie sądziłam, że do tego stopnia wyrobiłam sobie markę. Ale mam też poczucie, że może skończyć się na deklaracjach. No i zaspokojenie próżności to chwilowa radość. Dużo ważniejsze jest robienie na co dzień tego, co daje radość i satysfakcję oraz przy okazji jest pożyteczne. Praca jest dla mnie bardzo ważna. W dużej mierze mnie definiuje. I dlatego jestem tak rozdarta. O., z która pracuję, mówi, że zachowuje się tak jakbym z uśmiechem wchodziła pod tramwaj. O. kocha dziennikarstwo podobnie jak ja. Ale O. szef się nie czepia. Jeszcze. Bo ona też jest  z tych wyrazistych i niepokornych, a tacy się prędzej czy później narażają w tym miejscu.

Za to koty się ucieszą, że będę z nimi siedzieć w domu. W tym tygodniu przyjechała kanapa, która sprawiła, że Minka zapałała do mnie sympatią. Teraz jeśli miałabym ją wydać, to tylko tylko z kanapą. Więc pewnie zostanie u mnie. Przydałoby się większe mieszkanie. więc od razu raca myśl o instytucji finansowej, która ma dla mnie atrakcyjna propozycję. Ale wtedy wolności nie będzie. No i raczej nie wróciłabym już do mediów. I znowu dylematy.

niedziela, 03 czerwca 2018

Kolejny wolny dzień roboczy. Siedzę nad debatą, korą będę prowadzić we wtorek i nic mi się nie domyka. Miałam dostać krótkie informacje o tym, o czym będzie mówił każdy z prelegentów, a dostałam informacje, że jeden z panów będzie mówił o wpływie a na b, drugi o wpływie b na a. Trzeci zaś będzie się poruszał wokół tematów  i b i należy spodziewać się, że powie coś, co jest w załączniku, który dostałam, a który liczy... 102 strony. Zaczynam rozumieć, dlaczego do prowadzenia naukowych debat na uczelniach biorą dziennikarzy newsowych zamiast młodych naukowców.  Dziennikarz newsowy z założenia musi umieć natychmiast reagować na nagłe sytuacje i formułować pytania merytoryczne w ciągu paru sekund. A ta debata będzie rozpaczliwą dwuipółgodzinną improwizacją. Ideałem byłoby przygotowanie scenariusza z pytaniami dla każdej osoby z podaniem czasu na odpowiedź. Niektórzy prowadzący rozpisują debaty co do minuty. Aż tak perfekcyjna nie jestem, ale chciałabym opracować pytania pod kaem zagadnień, które eksperci poruszą w prezentacjach oraz ustalić kolejność pytań. Tymczasem dwa dni przed debata nie mam e-maili do panelistów ani informacji o tym, na czym chcą się oni skupić.

Wolałabym zająć się planowaniem przyszłości po odejściu z redakcji. W czwartek jestem umówiona  z prezesem G., z którym mam pisać książkę. Wolałabym teraz do tego się przygotowywać zamiast do debaty, która jednak mnie stresuje. Może nie aż tak, jak listopadowa debata z udziałem bardzo ważnych osób na temat, o którym wówczas miałam dużo marniejsze pojęcie niż to, czym teraz będą się zajmować. Tym niemniej jest to stres. A doświadczenie w debatach nauczyło mnie jednego: im dokładniej człowiek opracuje detale, tym lepiej to wychodzi. Niezależnie od tego, że i tak "w praniu"  trzeba improwizować, reagować szybko, nakręcać polemikę czy hamować dyskutantów. Właściwie to traktuję tę debatę jak przedwczorajsze wesele: wyjście ze strefy komfortu i wyzwanie, któremu trzeba sprostać.

Nawet nie wiem, czy wesele nie było pod pewnymi względami trudniejsze;) Panna młoda starała się, żebym się dobrze bawiła, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Jeśli samotna osoba dołączana jest do grupy ludzi, którzy - z jednym wyjątkiem - są sparowani, znają się od lat, mają wspólne przeżycia na koncie oraz łączy ich to, że są rodzicami małych  dzieci, to wyobcowania nie da się uniknąć. Skupiłam się na obserwacjach, bo to zawsze jest ciekawe. Coraz częściej zresztą tak patrzę na śluby. Jest to rytuał przejścia, ale widać różnice  w podejściu, gdy pobierają się osoby, z których dla jednej jest to pierwszy ślub, a dla drugiej nie. Po debiutancie przeważnie widać silniejsze emocje. Nie w sensie miłość do drugiej osoby, ale emocje związane ze zmianą stanu.

Nieodmiennie zdumiewa mnie to, że panny młode, nawet jeśli nie są już tak naprawdę specjalnie młode, sprawiają wrażenie, jakby ślub był spełnieniem marzeń pochodzących z dzieciństwa, z czasów, gdy czytało się bajki o księżniczkach. Te tiule, koronki, perełki, kryształki, przezroczystości, błyszczące zdobienia - większość moich znajomych, nawet takich, które na co dzień noszą się w minimalistycznym stylu, na ślubie tonie w nadmiarze wszystkiego. Mnie się podoba styl księżnej Sussex i potrzeby zaprezentowania się w strojnej sukni i tapirze na głowie nie rozumiem, ale nie mnie to się ma podobać, tylko bohaterce dnia. Ja sobie na to patrze wzrokiem starej panny, która w pannę młodą raczej się już nie przemieni;)

Wesele było w bardzo miłym, nieco pokrytym patyną czasu i z lekka zapuszczonym pałacyku położonym w ładnym parku. Bardzo przyjemne miejsce, bez zadęcia. Piękne kapelusze pań na parawanie, kryształowe żyrandole, stiuki na suficie i firanki z organzy w wielkich oknach -   to tworzyło bardzo fajny klimat. Niestety, trofea myśliwskie w holu psuły mi odbiór tego miejsca. Zresztą mięsiwa było baaardzo dużo. Spokojnie jakieś kilkaset zwierząt straciło życie po to, żeby ta zabawa była udana i wiele napoczętego mięsa wracało do kuchni i zwyczajnie się marnowało, więc tym bardziej życia zwierząt szkoda. Moje otoczenie nie jest oczywiście całkowicie wege, ale wegetarian trochę w nim jest, a nawet ci, co jedzą mięso, nie są przeważnie maniakalnie mięsożerni, ale albo unikają dużych ssaków, albo w ogóle nie jedzą zbyt dużo, albo troszczą się o zdrowie. I odwykłam od takich mięsnych uczt, które odbieram z dużą przykrością ze względu na życie zwierząt. Dawno nie miałam okazji obserwować tak bezsensownej konsumpcji mięsa. Upal, ludzie ze sporą nadwagą i dużym ryzykiem chorób cywilizacyjnych, wcinający kotlet, rosół, befsztyk, wielkie udko kacze, policzki wołowe i dorodne pieczyste - jedno za drugim.

Słyszę w oddali pomruki burzy. Oby dotarła do mnie. Poburzy lepiej by się pracowało niż tej duchocie,  w której nawet koty padły, a w której zgłębianie demografii makroekonomii kompletnie nie wychodzi.

piątek, 01 czerwca 2018

Z właściwym sobie frajerstwem przepracowałam cały wolny dzień. Pracujące Boże Ciało po pracującej niedzieli. Zaczynam się cieszyć, że rozstaję się z redakcją, trzeba zadbać o równowagę  w życiu. Z przyjemnością myślę o tym, że w lipcu wreszcie się wyśpię.

Dostaję jakieś propozycje pracy, co dobrze robi mojemu ego (egu?). Ale na razie do korpo sie nie wybieram. Ostatnio robiłam wywiad  z prezesem jednej spółki SP. Przyznałam się na koniec, że odchodzę  z redakcji, prezes się ucieszył i od razu zaproponował mi pracę. A biedna Izabela P. przez kilka miesięcy romansowała z posłem P. i na obietnicach fuchy w spółce SP się skończyło;) Lepiej pracować solidnie, to propozycje przyjdą same, choć zapewne to, co mnie by czekało w tej firmie, nie byłoby tak atrakcyjne jak to, na co liczyła Izabela P.;)

Na dzielni jakiś złamas wyrzucił do piwnicy cztery kociaki domowej kotki. Są karmione, ale mają koci katar, no i rzecz się dzieje blisko ruchliwej ulicy. Trzeba jakoś ogarnąć temat. Ale co z nimi zrobić? Nie mam pomysłu. Znalezienie przed wakacjami domow dla dzikawych kotów o banalnej urodzie graniczy z cudem, a u mnie w żaden sposób nie znajdzie się już miejsce.

Jutro rano śmigam do Wrocławia na wesele. Mam nadzieję, że jakoś przetrwam mimo nieznania nikogo oprócz panny młodej. Niestety w takich sytuacjach człowiekowi grozi autentyczna nuda, bo książki i gazety przecież nie można wyjąć, nawet jesli czlowiek siedzi sam jak kołek. Mam nadzieję, że zabawa będzie dobra i ominie mnie takie właśnie siedzenie smętne. Praca w redakcji nauczyła mnie dobrze odnajdywać się w grupie nieznanych ludzi, gdy jestem w  sytuacji służbowej. Zawsze mozna podejść do namierzonego człowieka, przedstawić się i zawodowo dopytać o interesujący temat. Prywatnie to niestety nie działa. Prywatnie w okolicznościach weselnych działa bycie piękną i młodą, ale to już dawno mam za sobą.

 

poniedziałek, 28 maja 2018

Wysiadam. Brakuje mi powietrza. Nie z nerwów. Osuwam się w depresję. Są dni lepsze i gorsze. Dziś jest gorszy i tonę w bezwładzie. Zmusiłam się - a właściwie okoliczności mnie zmusiły - do napisania trzech tekstów i mimo, że miałam moce przerobowe i mam sporo do napisania na najbliższe dni, nie byłam w stanie zrobić nic więcej. Na basen też nie poszłam ani do kina też nie. Leżę i czuję, jak ucieka ze mnie motywacja.

W weekend zmiękłam i napisałam tekst. A nawet dwa. Ale kiedy auror ważnej ustawy wyraził gotowość porozmawiania ze mną na jej temat w piękne niedzielne przedpołudnie to uznałam, że jednak nie będę żyłki dziennikarskiej w sobie tłamsić. I chyba dobrze, bo rozmowa była niezwykle owocna, a prace nad tą ustawa są wzorcowe. to jest akurat sensowny projekt, dobrze poprawiany, a autorzy naprawdę uważnie wsłuchują się w głosy płynące od zainteresowanych stron. Ów wczorajszy autor zapytany przeze mnie o jeden nieprecyzyjny zapis powiedział, że skoro widzę, że coś jest nie tak, to on się temu przyjrzy. Bardzo mnie zaskoczyło takie podejście. Nie jestem zwolenniczka obecnej władzy, ale w tym przypadku widzę kawał dobrej roboty. i to jest budujące w obecnym życiu społeczno-politycznym.

a tekst chyba wyszedł niezły. Dziś rano zadzwoniła jedna ekspertka zapytać się, co ja sądzę o projekcie tej ustawy.  A kolejny ekspert napisał mi, że moje teksty wybijają się poziomem profesjonalizmu. I znowu zrobiło mi się szkoda, że odchodzę. Ale z drugiej strony moja redakcja  w ogóle nie odnotowała faktu, że będąc na wylocie pracowałam w wolny dzień. Mało tego - chcę wziąć wolny piątek, bo jadę na wesele, i wolne dostałam, o ile coś napiszę na zapas. Do nich chyba nie dociera, że zabieram zabawki i idę sobie z tej piaskownicy. Mam do odbioru blisko 2 tygodnie wolnego i nie skorzystam z tego tylko dlatego, że chcę jak najwięcej zarobić przed odejściem. A z drugiej strony boję się, że jak się tak urobię po łokcie, to po odcięciu od stałych obowiązków będę mieć doła jak Rów Mariański, bo to niestety tak działa, zwłaszcza gdy zmagam się z osłabieniem psychicznym.

Swoją droga depresja to wyjątkowa wredota. Człowiek sobie myśli, że skoro czuje się szczęśliwy, stabilny, spełniona i wszystko w życiu gra, to nic mu nie grozi ze strony własnej psychiki. Po czym któregoś dnia robi mu się zimno w okolicach serca, zaczyna brakować powietrza i nie wiadomo, co sprawi, że nagle szarość wokół zaczyna zamieniać się w czerń. Na przykład niedawno spotkałam się ze znajomymi. Była tam jeden daleki kolega z nową miłością. I gdy zobaczyłam, jak ci ludzie do siebie wyjątkowo pasują, nawet fizycznie są do siebie podobni, to poczułam żal do losu, że mnie coś omija. Bo choć byłam w związkach i kochałam, to nie spotkałam człowieka, o którym mogłabym powiedzieć, że to ktoś, z kim chcę iść  przez życie. Przez jakiś czas myślałam, że takim człowiekiem jest M., ale życie to brutalnie zweryfikowało i jeśli myślę o M., to tylko ciesząc się, że to się skończyło. Choć zdecydowanie lepiej by było, gdyby się w ogóle nie zaczęło. Więc tak patrząc na ludzi, którzy się świetnie dobrali, poczułam, że coś ważnego mnie omija, że mam dość samotnej walki ze wszystkim i kompletnego braku romantyzmu na co dzień, i dzielenia się z kimś, i generalnie wszystkiego, co wiąże się z dobrym partnerskim związkiem. Gdy funkcjonuję normalnie, ograniczam się do myśli, że każdy ma inną drogę przez życie i ta moja wale nie jest zła, ma minusy, ale też i plusy. Gdy jestem w dołku, to jest jak zapalnik. Normalnie gdy czytam o znęcaniu się nad zwierzętami, boli mnie to, wkurzam się i czuję potrzebę działania. Gdy przychodzi depresja, każda taka informacja mnie przytłacza i pogrąża w poczuciu beznadziei. A czasem w ogóle wystarczy jakiś zapach, który z czymś się kojarzy i lecę w dół.

sobota, 26 maja 2018

Umarł A., o którym jakiś czas temu pisałam na blogu. W Wiśle właśnie toną tysiące piskląt na skutek zrzutu wody we Włocławku.  Koty próbują obgryzać resztki bukietu od anonimowego darczyncy. Spotkałam się z dawno niewidzianymi znajomymi i w trakcie spotkania poczułam że myślami odpływam - coraz mniej mnie z nimi łączy. pisanie bloga na bloxie coraz bardziej przypomina robotę głupiego - ja pisze, blox wysadza w kosmos. Chyba czas zakończyć blogowanie. Depresja dziś mnie osacza. Zaczynam mieć wątpliwości, czy zrobiłam dobrze rzucając pracę. Bo ja tę pracę bardzo lubię.

Wczoraj wieczorem skontaktował się ze mną jeden z ekspertów z branży, o której pisuję. Miał newsa z gatunku hit. Natychmiast się ożywiłam. W normalnych warunkach natychmiast napisałabym tekst i wysłała do gazety online. Kusiło mnie, żeby to zrobić, ale uznałam, że byłabym skończoną frajerką, bo online płaci śmieszne  pieniądze za teksty. I dałam się wyprzedzić konkurencji . Ekspert przygotował mi dziś fajna analizę i zaproponowałam redakcji papierowej, że jutro, czyli w  niedziele, coś napisze. Oczywiście jeśli dadzą mi odpowiednio eksponowane miejsce w gazecie.  Dotarło do mnie, że dziennikarstwo to zawód, który ma się we krwi. Nigdy i nigdzie praca nie dawała mi tyle satysfakcji, co teraz. Utrzymać to się jakoś utrzymam jako freelancerka, propozycje pisania już mam, ale będzie mi brakowało emocji związanych z szukaniem ważnych newsów, wyłapywaniem przekrętów i wpływaniem na rynek. Ale odwrotu nie ma, mimo że moje odejście nie opłaca się ani redakcji, ani mnie. W grę wchodzą kwestie ambicjonalne. Ani szef nie ustąpi, ani ja.

Ten motyw w moim życiu się powtarza. Coś lubię albo kogoś kocham i rezygnuję, gdy widzę przeszkody po drugiej stronie. Teraz szef ewidentnie zatruwał mi życie od kilku miesięcy. Co poniekąd sam przyznał w ostatniej rozmowie. I przyznał, że nie miał racji, czepiając się mnie oraz powiedział, że piszę dobre teksty. Ale problemem było to, że mówiłam głośno, że mam umowę śmieciową. No skoro taką mam, to mówiłam. A przecież powinnam po rękach go całować, że w ogóle mam jakąś umowę,  a nie jestem tylko na wierszówce. Gdy rozstawałam się kilka lat temu zx M., to też niby inicjatywa była moja. Ale co z tego, skoro M. robił wszystko, żebym z taką inicjatywa wyszła i ucieszył się z niej podobnie jak mój obecny szef z mojej inicjatywy odejścia z pracy. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie za szybko w życiu rezygnuję.

Na zakończenie dostałam propozycję poprowadzenia debaty w Krakowie. Zdziwiłam się, że redakcja wysyła pracownika na wylocie, bo prowadzenie debaty daje prowadzącemu wiedzę i kontakty, cenne w tym zawodzie. A w ich interesie jest wdrażanie w teraz kogoś innego w moje obowiązki. Zgodziłam się poprowadzić, bo teraz o kontakty muszę dbać, o zarobek zresztą też. A gdy się zgodziłam, spojrzałam na mapę i zdrętwiałam - debata będzie w miejscu, które kojarzy mi się z M. i jakkolwiek M. odpłynął szczęśliwie w mroki historii, a moje uczucia do niego odpłynęły w ślad za nim, to moją wielką słabością jest to, że miejsca wywołują z przeszłości emocje. Po mojej pierwszej miłości jeszcze 15 lat po rozstaniu nie byłam w stanie spokojnie bywać w "naszych" miejscach. Do dziś ich unikam, choć minęło ćwierć wieku, a z tamtym panem w międzyczasie się zeszłam i rozeszłam ponownie, zamykając młodzieńczą miłość. Więc teraz będzie wyzwanie. Ale nie zamierzam unikać wyzwań. A przedtem czeka mnie jeszcze wesele pod Wrocławiem. Znowu podobna sytuacja do tej z M. - jadę sama, znam tylko pannę młodą (wtedy jeszcze znałam pana młodego i świadka), nawet w tych samych butach zmierzam się bawić, tylko sukienkę ma inna, bo w te sprzed 7 lat już nie wchodzę;) Dociera do mnie, że to już 7 lat. i że głupio sobie te lata schrzaniłam, angażują się wtedy tak beznadziejnie. Z pewna nostalgia wspominam tamten czas, bo to był ostatni akord młodość. Wtedy jeszcze widziałam w życiu dużo dobrych stron i miałam nadzieję na ułożenie sobie życia osobistego. Teraz widzę ciemne strony. Cierpiące zwierzęta, niszczony świat, wojna wisząca na włosku, choroby i śmierć, dyskryminacja słabszych. A własnego życia osobistego nie widzę w ogóle. Praca to jednak dobra ucieczka od myślenia o tym wszystkim.

poniedziałek, 21 maja 2018

Z końcem czerwca odchodzę z pracy. Dziś po kolejnym e-mailu od wicenaczelnego ulało mi się. Jedyna kwestia, w której jestem w stanie osiągnąć  z nim konsensus, to rozwiązanie umowy. Szkoda, bo bardzo lubię tę pracę i w redakcji "R" pracuje mi się świetnie. Niestety, w pakiecie z redakcją "R" jest redakcja a"P", a szefem całości jest A., który systematycznie uszczęśliwia mnie porannymi e-mailami, z których wynika, że jestem nierobem i ignorantem. W ramach nieróbstwa do czwartku będę siedzieć dzień i noc, pisząc dodatek do gazety na jakieś bagatelka 60-80 tys. znaków plus infografiki. Oprócz, a nie zamiast codziennej pracy. Tak się nie da. Albo się pisze na kilometry, albo dobrze. Przy okazji pogadałam z moim poprzednikiem, który świetnie mnie zrozumiał i odszedł z tego samego powodu. A teraz zaproponował mi spółkę w swoim biznesowym projekcie oraz współpracę przy tym, czym zajmuje się w redakcji "R". Jakos dam sobie radę, szkoda mi tylko zostawiać to, co lubię i  w czym się realizuję. Ale trudno, nie mogę budzić się co rano ze skurczami w żołądku na myśl o tym, o co się do mnie przyczepią.

Życie to nie tylko przykrości. W piątek dostałam bukiet od nie wiadomo kogo z nie wiadomo jakiej okazji.  Przepiękny wielki bukiet z róż, peonii i jeszcze czegoś, czego nie znam. Tak piękny, że ludzie na ulicy zwracali na niego uwagę i mnie zagadywali. Próbowałam dojść, od kogo on jest, ale bezskutecznie. Więc cieszę się kwiatami, a jeśli się kiedyś ofiarodawca ujawni, to mu podziękuję.

Być może te kwiaty są związane wywiadem, który niedawno przeprowadziłam, a być może z kotem, którego pomogłam uratować, gdy zakleszczył się w uchylnym oknie obok redakcji. Kot stracił kawałek ogona i ma naderwany mięsień, ale mogło być gorzej. Akcja była wielka. Straż pożarna, eko patrol i policja. a i tak najbardziej pomogła moja znajoma, która zdalnie ustaliła namiary na właściciela mieszkania. Podejrzewałam, że po tej akcji nabawię się reputacji cięzkiego świra, a tu niespodzianka. Podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna z innego dział i mi pogratulowała:)

A skoro o kotach mowa - moje stado na pewno się ucieszy ze zmian w  moim życiu:) Przynajmniej dopóki będzie mnie stać na karmę dla nich:)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66