Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
wtorek, 24 lutego 2015

Zwinięty w kłębek kot śpiący na moich kolanach, ognisko na nadwiślańskiej plaży, wieczór z kryminałem Simoneta, przenoszący do półświatka Paryża sprzed 60 lat, polonez tańczony na kuligu. Co sprawia, że te, a nie inne chwile zostają w pamięci? Łapię codzienność, bo przyszłość jest niepewna. Podczas tańca na kuligu w pewnym momencie się zdystansowałam, bo poczułam, jakbym to już gdzieś widziała. Rozbawieni ludzie, nad którymi wisi wojna. Czy tego już nie było? I to nie raz?

Z niepokojem obserwuję sytuację międzynarodową, a równocześnie ponownie powoli zanurzam się w świat choroby. Czuję się źle, coraz gorzej, czasem siłą woli wytrzymuję wśród ludzi, ukrywając ból tym razem jak najbardziej fizyczny. Liczę na to, że za tydzień poprawi mi się na tyle, że będę mogła wyjechać na narty, bo złe czucie na szczęście nie jest stanem permanentnym. Niemniej jednak plan na po powrocie jest jasny. Mam nadzieję, że wyjdę z tego wszystkiego bez szwanku, a nie będę jako inwalidka wspominała tych ulotnych chwil, które teraz zapadają mi w pamięć.

Ból fizyczny ma tę zaletę, że wytłumia różne psychiczne niedogodności. Nie to, że ich nie ma, ale nie docierają zbyt głęboko do mojej świadomości. Życie z bólem jest takie trochę po wierzchu. Trudno się skupić na pracy, na myśleniu, na czytaniu, a nawet na odczuwaniu. Paradoksalnie - ból fizyczny, oczywiście tylko taki subtelny - znieczula.

piątek, 20 lutego 2015

Od kilku dni nękają mnie niechciane wspomnienia rocznicowe. Czasem ktoś mi przypomina albo sama próbuję sobie przypomnieć, jak funkcjonowałam po rozstaniu z M. Mam dziurę w pamięci. Pamiętam tylko czarną rozpacz i poczucie, że świat się skończył. Z dzisiejszej perspektywy to absurdalne, teraz myślę racjonalnie i funkcjonuję z grubsza normalnie, ale ciągle mam napady smutku i tęsknoty a tym, co myślałam, że mam i za tym, co mogło być i za tym, czego nigdy nie będzie oraz za człowiekiem, którego tak naprawdę nigdy nie było.

Za 2 tygodnie jadę na narty. Ostatni raz byłam 3 lata temu. Nic z tamtych porozstaniowych nart nie pamiętam oprócz telefonu od M., który sprawdzał, czy przypadkiem nie byłam w pociągu, który rozbił się w Szczekocinach. Jak się upewnił, że nie byłam, to się rozłączył. A ja nie umiałam już tego dnia jeździć na nartach. Mam nadzieję, że jakoś odświeżę sobie dawne umiejętności, w każdym razie na wyjeździe przysługują 4 godziny z instruktorem, więc jakby co, to się doszkolę.

Dzień po opłaceniu wyjazdu odebrałam wyniki badań. Właściwie to mnóstwo wskaźników wypada z tego, co jest określane jako norma, ale marker nowotworowy dziesięciokrotnie przekracza dopuszczalną górną granicę. Internet mówi, że to przeważnie oznacza raka jajnika, ale jakoś jestem spokojna. Gdyby to był rak, to chyba doświadczony lekarz by to rozpoznał na USG. No i 3 lata  temu też miałam marker wysoki, wprawdzie tylko 5 razy wyższy od normy, co podobno o złośliwości zmiany nie świadczy, ale i tak szybko trafiłam na stół. Inna rzecz, że te wyniki przywołują automatycznie tamte odczucia sprzed 3 lat, to wszystko, co się wtedy kłębiło: rozstanie, choroba, niepewne perspektywy zdrowotne i życiowe równie marne.

Po zobaczeniu wyników jakoś nie mam wątpliwości, że czeka mnie powtórka z rozrywki, tylko ta rozrywka według lekarza może być bardziej rozrywkowa niż poprzednio. W każdym razie przez operacją zamierzam przynajmniej się wyjeździć na nartach, wydając w ten sposób pieniądze gromadzone na remont. Zresztą przed operacją niezależnie od nart chciałabym gdzieś wyjechać, bo życie uczy, że po operacji podróże odpadają przez kilka miesięcy. Tym samy remont odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość, co w obecnych okolicznościach jest niegłupie, w końcu po co się męczyć z remontem, skoro mogę nadchodzących rozrywek nie przeżyć?

Pozostaje temat kotów. Nikt się po młodzieńców nie zgłasza, a przy obecnym zdrowiu nie powinnam mieć piątki, bo operacji hołoty nie ogarnę. No i tak czy siak dom trzeba im znaleźć, choć pokochałam te potwory budzące mnie o świcie i niełatwo będzie się z nimi rozstać. Jutro zintensyfikuję poszukiwania. O ile znajdę czas, bo w planie jest plażowanie nad Wisłą. A w międzyczasie na te wszystkie rozrywki trzeba jeszcze zarabiać.

niedziela, 01 lutego 2015

Śniło mi się, że państwo Sz. z mojej wsi rodzinnej chcieli wziąć Dyzia i Zyzia, a ja im perswadowałam, żeby tego nie robili, bo te kocie diablęta rozniosą im cały dom. Bohaterowie mojego snu zresztą szybko sprowadzili mnie na jawę dzikimi harcami. Teoretycznie kot śpi 17 godzin na dobę. Moje dorosłe koty z grubsza zbliżają się do tego stanu, natomiast kociaki są w ruchu non stop. Kiedy tylko zasypiają, natychmiast idę ich śladem, bez względu na to, która jest godzina;)

No i nikt ich nie chce. Mam wrażenie, że potencjalni opiekunowie podświadomie czują, co to za ziółka. Kocurki roznoszą na strzępy to, co zostało z mojego mieszkania. Właściwie oprócz murów do remontu to już niewiele zostało. Ostatnio fruwały kaktusy, czyli ostatnie zielone oprócz rachitycznej paprotki, które udało się uchronić przed starszymi kotami. Ziemia z kaktusów była wszędzie, znalazłam ją nawet w białym serze. Spinacze do papieru to najlepsza zabawka, a im większy, tym lepiej się kopie. A najlepiej się kopie kawałki nieboszczyka kurczaka. Maluchy zanim zjedzą, muszą pogonić mięsko po całym mieszkaniu. Za to kiedy ja próbuję coś zjeść, kociaki włażą mi do talerza i wiszą mi na ubraniu. Zabraniam hołocie włazić na blat, bo nie wiadomo, czy w nowym domu będą mogły, ale to jest walka z wiatrakami. Kociarstwo dobrze wie, że jest lubiane, akceptowane i krzywda im się nie stanie. A nawet gdybym próbowała coś im zrobić, to przecież dorosłe koty nie pozwolą;) Któregoś razu Zyzio nie dawał mi powiesić prania, bo albo rozwalał się na laptopie, z którego dobiegało rzewne fado, albo zrzucał to, co właśnie zdołałam powiesić. Wykorzystałam to, że jako jedyny z kociego towarzystwa nie opanował wchodzenia na antresolę i wsadziłam go tam, żeby mieć chwilę spokoju. I co? Reszta kotów polazła za nim, Pumek demonstracyjnie położył się przy skrzywdzonym maluchu i patrzył na mnie z takim wyrzutem, że czym prędzej zdjęłam kotecka z góry. Dyzio dla odmiany często popiskuje tak, jakby mu się coś stało I nie wiadomo, czy właśnie zaplątał się w jakiś sznurek, czy też cierpi, gdyż nie daje rady wskoczyć na regał.

Trzeba jednak przyznać rozrabiakom, że umieją człowieka rozmiękczyć. Przychodzą na kolana, przytulają się, patrzą w oczy, obejmują ręce łapkami i mruczą jak traktory, gdy się do nich przytulić. Od razu wybaczam im całą demolkę. Zresztą widać, że gdy się już wyszaleją, to będą świetnymi dorosłymi kotami, bo są ufne, przyjazne, pozbawione agresji, opiekuńcze wobec siebie wzajemnie i bardzo przytulaśne.

Zaczynam powoli cieszyć się drobiazgami. Kilka fajnych spotkań ze znajomymi, rozmowy z sensem, parę mądrych lektur, pitraszenie wegetariańskich pyszności. Dziś pierwszy raz od dawna wyszłam na spacer z aparatem. Poszłam nad wiosenną Wisłę. A 71 lat temu 1 lutego zima była surowa i w Wiśle pływały kry. Między te kry skoczyli z mostu Kierbedzia otoczeni przez Niemców uczestnicy zamachu na Kutscherę i zginęli zastrzeleni w lodowatej wodzie.

Teraz tutaj mogę spokojnie chodzić nad Wisłą, a w ciepłym domu czytać o Aleppo czy Doniecku. Postanowiłam sobie w tym roku zająć się poważniej zarabianiem pieniędzy, żeby zrobić remont, ale gdzieś tam głęboko w sobie nie potrafię tego uznać za priorytet. Za miedzą ludzie tracą wszystko, z życiem włącznie, W., z którą piszę książkę, wychowuje niepełnosprawną córkę, która przeszła przez trudne do wyobrażenia cierpienia, na ulicach ciągle trafiam na bezdomne głodne i chore koty, przypadkiem dowiedziałam się o procedurze oddawania psów hyclom w S. i się włączyłam w pomoc. Nie potrafię brać na serio narzekań na zarobki ludzi, których stać na dom, samochód czy wyjazdy za granicę oraz biadolenia nieszczęśników, którzy zadłużyli się we frankach, kupując wielkie mieszkania w czasie, kiedy ceny nieruchomości był najwyższe.

A propos książki, którą piszę. Najbliższy tydzień upłynie pod znakiem intensywnej pracy z W. Praca jest trudniejsza, niż myślałam. Temat świetny, ale za mam wrażenie, że wychodzi z tego trzeciorzędna propagandowa broszura katolicka i w czarnych snach widzę recenzje w "Gościu Niedzielnym" i "Niedzieli" oraz promocje książki na spotkaniach w parafiach. Los jest złośliwy, ale mam nadzieję, że ostateczna wersja książki wyjdzie ciekawa i to nie tylko dla osób lubujących się w rzewnych historiach i cudownych zdarzeniach.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Młodociane kotostwo skończyło dziś 4 miesiące, a chętnych do służby kocurkom brak. Niepojęte. Takie wyjątkowe koty! Dzięki moim dorosłym futrzakom maluchy są zaopiekowane, ufne, odpowiednio rozwinięte fizycznie i intelektualnie oraz bardzo samodzielne, co przejawia się w tym, że o 7 rano bez problemu odnajdują kartonik z karmą i włamują się do niego do skutku, wyjmują saszetki i próbują - z coraz lepszym rezultatem  - wysysać ich zawartość.

 

 

Kociaki wydam tylko w dwupaku i tylko do dobrego domu, może stąd te trudności. Maluchy przyzwyczajone są do obcowania z książkami, pianinem i obrazami, więc wskazany byłby dla nich dom o odpowiednim poziomie;) Do tego radzą sobie z obsługą komputera i świetnie pomogą w pracy wszystkim, którzy korzystają z tego sprzętu. To koty idealne dla osób pracujących z domu, pakują się pracującemu ludziowi na kolana i głośnym mruczeniem umilają konieczność zarabiania na chleb (oraz kocią karmę).

Dzisiaj nie dość, że jest miesięcznica kocurków, to jeszcze jest rocznica mojego pierwszego wyjazdu poza Europę. Osiem lat temu nad Europą szalały wichury, a ja leciałam do Bombaju. Nie wiedziałam, jak to zmieni moje życie. Od tej podróży wszystko widziałam inaczej. Zrozumiałam, że człowiek wcale tak wiele nie potrzebuje do życia i że nie ma sensu żyć myśleniem o zarabianiu, emeryturze, kredytach, zabezpieczeniu przyszłości itp. Nie oznacza to, że nie trzeba zarabiać i oszczędzać, ale nie warto się tym nadmiernie przejmować. W ogóle tamta podróż to była rewolucja dla mnie. Zobaczyłam taką nędzę, o jakiej nie miałam wyobrażenia i zetknęłam się z mentalnością, której przy największym wysiłku nie będę w stanie choć trochę zrozumieć. Dotknęłam do granicy własnych możliwości poznawczych, które kończą się tam, gdzie przestaje sięgać wyobraźnia.

W tym wszystkim dopiero w dalszej kolejności nasunęło mi się wspomnienie tego co było 3 lata temu, bo niestety ten dzień też dobrze pamiętam. Widzę, że już myśli o M. nie dominują, ale nie zmienia to przykrej świadomości, że do spotkania M.podchodziłam do życia optymistycznie z ufnością, że wszystko ma swoje miejsce i jakoś się ułoży, a ze związku wyszłam z poczuciem, że pewna furtka na zawsze jest zamknięta. I tego najbardziej żal.

Wczoraj w porządkowym szale trafiłam na swoje stare pamiętniki i różne zapiski. Kilka lat po przeżyciu pierwszej miłości patrzyłam tak, jak teraz po M. Rocznice, daty, wrażenia, skojarzenia. Byłam już w kolejnym związku, a tamto stare ciągle we mnie siedziało i dzieliłam włos na czworo. O ironio nie wiedziałam, że życie postawi kropkę nad "i" i z tamtym panem był dalszy ciąg, mimo że wtedy, gdy smęciłam w pamiętniku, nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek cokolwiek jeszcze może być. Ale dzięki temu dalszemu ciągowi udało się ładnie zamknąć przeszłość. Z M. dalszego ciągu nie będzie. Historia wprawdzie lubi się powtarzać, ale tu okoliczności rozstania były inne. I nauczona starymi błędami próbowałam ratować związek i nie unosiłam się honorem, bo wiedziałam, ile można stracić, gdy się człowiek głupio upiera czy nie wyjaśni wszystkiego na koniec. Tym razem ratowanie było błędem, ale lepiej żyć ze świadomością, że się zrobiło, tyle ile można niż dowiedzieć się po latach, że wszystko mogło wyglądać inaczej.

A jutro miną dwa lata z Luftmyszą. Śmiało mogę obchodzić więc drugą rocznicę staropanieństwa, bo od tego czasu w galopującym tempie schodzę na koty i wielkimi krokami zbliżam się do osiągnięcia poziomu klasycznego zdziwaczenia właściwego stereotypowym zakoconym singielkom w wieku pobalzakowskim;)

środa, 07 stycznia 2015

Skończyła się laba okołoświąteczna, redaktorzy wołają o teksty, więc wyrywam się z kokona własnych myśli, które odrywały nie od świata i sprawiały, że czułam się dobrze we własnym, alternatywnym świecie. Czytałam sobie kryminały, pozbywałam się zbędnego dobytku z mieszkania, miziałam koty, chodziłam na jazdy i nie myślałam o niczym, co nie dotyka. Wraz z robotą wracają myśli i nieprzyjemna świadomość choroby oraz ból związany z M.

To jest głupi ból, bo jedyne, co mogłoby tu pomóc, to cofnięcie czasu. Dokładnie trzy lata temu siedzieliśmy u mnie i przyjmowaliśmy gości, M. zadomowiony, ja z przyjemnym poczuciem, że budujemy coś pięknego. Dziś M. ma synka w takim fajnym wieku, gdy dziecko śmieje się do rodziców, rozpoznaje, wyciąga łapki, a rodzice rozpływają się ze szczęścia. Momentami zazdroszczę kobietom porzuconym z dziećmi, bo mają dzieci, we mnie siedzi to, że M. porzucił mnie po to, żeby mieć rodzinę i dziecko z inną.

Racjonalnie oczywiście wszystko wiem. Nie kochał, poznał tamtą albo odnowił z nią wcześniejszą znajomość, zapewne coś go we mnie rozczarowało, coś zrobiłam nie tam, a może po prostu okazałam się inna niż myślał. Trudno, żeby się w takiej sytuacji ze mną męczył. Ale nie potrafię mu wybaczyć tego, że oszukiwał. To, że ktoś patrzy w oczy, wyznaje miłość, planuje wspólną przyszłość, a pytany, czy chce się rozstać - bo przecież widziałam, ze coś się zmienia - kategorycznie zaprzecza i mówi, że to problemy w pracy go nurtują - a równocześnie z rozmysłem, krok po kroku, robi wszystko, żebym ja odeszła i to jeszcze z wyrzutami sumienia - to podważyło moją samoocenę, poczucie zaufania do siebie i do życia i sprawiło, że funkcjonuję po latach w rozjeździe między emocjami a rozumem. Rozumiem, że spotkał miłość życia, że tamta jest kobietą idealną dla niego, ale skoro tak, to nie powinny paść te wszystkiego słowa, które powiedział swego czasu do mnie. Skoro padły, to znaczy, że rzucał słowa na wiatr, a że padały wtedy, gdy był pewien, że nie chce być ze mną, to znaczy, że kłamał, więc tym bardziej dyskwalifikacja. Przecież nigdy nie chciałam być z człowiekiem zdolnym do kłamstwa.

Łatwiej się żyje, gdy potrafi się wybaczyć, ale wybaczenie osobie, która nie zdobyła się na "przepraszam" i która uważa, że nic się nie stało, jest strasznie trudne, przez co ciężko jest wyjść z roli ofiary. Paradoks polega na tym, że wybaczenie potrzebne jest ofierze, a nie sprawcy. Najlepiej mi się funkcjonuje w pewnym letargu, z dala od normalnego życia, wtedy jakoś boli najmniej i akceptuję sytuację, w której się znalazłam. Przyjęłam do wiadomości, że jestem z tych, dla których miłość ma w sobie pierwiastek wieczności i jest czyś tak serio, że nie da się zrobić "delete" jak w komputerze i wymazać z siebie poczucia pewności i świadomości. Zauważyłam, ze w literaturze, zwłaszcza tej niedzisiejszej, jest dużo typów takich jak ja, w życiu mniej, ale też są. Większość ludzi ma umiejętność przechodzenia ze związku w związek, angażowania się w kolejne osoby bez porównywania do wcześniejszych, szukania kogoś, kto spełni jakieś konkretne oczekiwania. To są dwa nieprzystające światy. Ci z pierwszego nie zrozumieją tych z drugiego i odwrotnie. Mój błąd, że przyjęłam, że M. podchodzi do miłości tak jak ja. Nie pytałam o jego wcześniejsze związki, a on niechętnie mówił o przeszłości, o dawnych dziewczynach wyrażał się per "jakaś dziewczyna", powiedział, że przynosił nieszczęście kobietom i że ja będę pierwsza, której nie przyniesie, a wtedy to już mi powinna wyć w głowie syrena alarmowa.

Właściwie to już zaakceptowałam, że jest jak jest. Nie zmienię siebie na siłę, tym bardziej nie zmienię tego, co już się wydarzyło. Nie hoduję negatywnych uczuć, nie życzę M. nieudanego małżeństwa, bo w mojej sytuacji i tak by to nic nie zmieniło. Ale czasem ból odzywa się z taką intensywnością, że aż zatyka i wydaje mi się niemożliwe, że stało się tak, jak się stało.

Skupiam się na kotach i kiedy taki futrzak tup tup tup do mnie podchodzi, kładzie się na mnie i patrzy z oddaniem w oczy, to są to momenty, kiedy jestem szczęśliwa. Uwielbiam obserwować ich wzajemne relacje i nieodmiennie zdumiewa mnie to, ile one wyczuwają. Przedwczoraj Gryzia poszła do swoich ludzi. W momencie, w którym na facebooku ustalałam przekazanie kici, podeszła ona do Pumka i zaczęła go cyckać, a on ją lizał. I tak przez 4 godziny. A potem do rana spały wtulone w siebie.B., która wyadoptowała kilkadziesiąt kotów, mówi, że one zawsze to wiedzą.

Gryzia trafiła do ciepłej i kochającej rodziny, gdzie jest kotka starsza od niej o miesiąc i ludzie nie chcieli, by mała była sama. W domu jest dwoje dzieci, fajnych i wychowywanych do życia w społeczeństwie i poszanowania innych stworzeń, co dobie "kupagate" nie jest takie oczywiste. Dom świetny, czułam tam taką wzajemną miłość, życzliwość i dobrą energię, że nawet się nie rozpłakałam żegnając się z Gryzią. Myślę, że będzie tam szczęśliwa. Choć, oczywiście, nie wiadomo, co koty czują - a im dłużej z nimi żyję, tym bardziej skłaniam się do przypuszczenia, że czują więcej, niż człowiekowi się wydaje. No i szkoda, że trzeba rozdzielać zwierzaki, które przywiązały się do siebie. Ale to jest siła wyższa, grunt, żeby koty trafiły w miejsca, gdzie docenią ich cudowne właściwości. Teraz Dyzio i Zyzio muszą znaleźć swoich ludzi, a to będzie wyzwanie, bo chłopaki muszą iść razem.

wtorek, 30 grudnia 2014

Przejrzyste powietrze, lekki mróz i niewielka warstwa śniegu automatycznie kierują moje myśli do Woli Justowskiej sprzed 3 lat. To się chyba nigdy nie skończy. To działa jak automat. Całą zimę tam przespacerowałam, z M. albo sama, wizualizując sobie mieszkanie w tamtym miejscu z rodziną. Robiłam to dlatego, że dzielnica z drogami bez pobocza, pozbawiona placów zabaw i miejsc do uprawiania sportu wydawała mi się nieciekawym miejscem do życia, zwłaszcza gdy na świecie byłyby dzieci. I tak oswajałam to miejsce, aż oswoiłam. Poczułam, że jest moje właśnie wtedy, gdy pogoda była taka jak teraz, a brzegi skutej lekkim lodem Rudawy pokryte były śniegiem.

Wracają wspomnienia i wraca ból. Poznałam mnóstwo mężczyzn, a z żadnym nie miałam namiastki takiego porozumienia jak z M. A on znalazł kobietę życia, którą kocha, z którą jest szczęśliwy i realizuje to, co planował robić ze mną. Nie jestem w stanie uważać go za złego człowieka. Rozstał się bez klasy, fakt, ale tak postępuje większość facetów, gdy na horyzoncie zamajaczy nowy żagiel. To nie wynika ze złośliwości, to z egoizmu, tchórzostwa i tego, że myśli takiego pana zaabsorbowane są już nową panią. Dla niej zapewne jest tak fantastyczny, jak był dla mnie, zanim poznał ją.

Przeczytałam kryminał, kiedy facet w podobnej sytuacji mordował dziewczyny, które mu się znudziły. Z grzeczności, bo nie umiał powiedzieć im, że ich nie kocha. M. jak widać mnie nie zamordował, ale w opisach pana o uprzejmym głosie i chłodnych brązowych oczach, który obiecywał dziewczynom wspólne życie i proponował małżeństwo, planując mord, widzę M. w Walentynki, kiedy wprawdzie mordu (chyba) nie planował, ale kombinował, jak się mnie pozbyć, wyznając mi przy tym miłość i snując plany prokreacyjne.

Nie potrafię przestać myśleć o nim i jego rodzinie: żonie i dziecku. Jak są razem szczęśliwi i spełnieni. Czuję się jak odpad produkcyjny na drodze do produkcji jego szczęścia i rodziny. Chciał mieć żonę, dziecko, ślub kościelny, wesele w N., mieszkanie w prestiżowej dzielnicy, pozycję w pracy i podróże. Podejrzewam, że oprócz przedostatniego otrzymał od życia wszystko. Podróże też, bo to, że ja chciałam podróżować, to był tylko pretekst do rozstania, przecież jego też nosiło po świecie.

Ja byłam etapem. Szukał żony i mu się nawinęłam do czasu, aż znalazł doskonalszą ode mnie. I to chyba uwiera najbardziej, bo ja nie spotkałam nikogo bardziej interesującego niż on, a jeśli chcę mieć dzieci, o ile jeszcze to w ogóle jest możliwe, powinnam spieszyć się z szukaniem. Tyle że to nie ma sensu. Miłość znajduje się niekoniecznie wtedy, gdy się szuka. Moje dotychczasowe spotkałam wtedy, gdy się ich najmniej spodziewałam.

Nie wiem, czemu się skupiam na tym, czego nie mam, zamiast na tym, co mam. A mam chociażby wspaniałe koty, których bym na żadnego faceta nie zamieniła, teraz może w moim życiu być już tylko ktoś, kto pokocha mnie w pakiecie z sierściuchami. Od wczoraj snuję się po domu całkowicie rozklejona, co Żbiczka nieodmiennie wyczuwa i nie odstępuje mnie na krok. Ta niezależna kocica potrafi całymi dniami chodzić swoimi drogami z dala ode mnie, ale gdy tylko łapię doła, przesiaduje cały czas na moich kolanach.

Dziś rozwiodła się O. Jedna rozprawa wystarczyła do zakończenia dziewięcioletniego etapu w życiu. O. patrzy do przodu. Jest jej o tyle łatwiej to robić, że ma dziecko, któremu stara się ułatwić przejście przez rozpad rodziny i o tyle trudniej, że to jest dla niej dodatkowy ból. Ale widzę, że zbiera się zgrabnie, a przynajmniej robi dobrą minę do złej gry. O. na swoim blogu napisała, że zanim się z kimś połączy, warto poznać jego ulubione książki i jeśli nie są to zbieżne lektury z naszymi, trzeba dać sobie spokój. U mnie się to nie sprawdziło. Lubiłam biblioteczkę M., znalazłam tam trochę tego, co jest też u mnie, a prawie wszystko, co tam było, mnie interesowało. I wzajemnie. Ale co z tego. To okazało się niczym.

Dzwoniła D. naenergetyzowana po psychoterapii. Jej to pomaga po rozstaniu z W. Psychoterapeuta jej mówi, że dopóki myśli o W. w jakikolwiek sposób, to jest ofiarą. Ma rację. Ja się cały czas w pewien sposób czuję ofiarą. Racjonalnie swojego życia nie uzależniam od M., nie zastanawiam się, co by on o czymś sądził czy jakby zareagował, żyję swoim życiem, które jest ciekawe. Ale ciągle głęboko jest we mnie żal, że to zostało zmarnowane, że on mnie nie kochał, że on spełniał moje jakieś tam głęboko zakorzenione potrzeby i że z tych setek mężczyzn, których poznałam od czasu rozstania, żaden tak nie nie zafascynował intelektualnie i z żadnym nie miałam poczucia bliskości, choć niejeden podobał mi się wizualnie czy nawet pociągał mnie bardziej niż M.

Jedno, co mnie dziś cieszy, to przeziębienie, które pozbawia mnie resztki poczucia obowiązku, że powinnam iść gdzieś na Sylwestra. Otóż witanie nowego roku zupełnie, ale to zupełnie mnie nie bawi. Nie rozumiem świętowania przemijania, to chyba typowe dla pesymistów. Zastanawiam się tylko, czy iść do biblioteki po jakiś kryminał, czy też smęcić nad "Ostatnim rozdaniem" Myśliwskiego,które niewątpliwie jest wybitną powieścią, ale jak na wybitną powieść przystało, przygnębiającą w treści.

wtorek, 23 grudnia 2014

Porządne gospodynie lepią teraz uszka i pucują mieszkania, ale ja nie jestem porządną gospodynią, więc mogę sobie poblogować. Mieszkanie sprzątnięte w 3/4 i na tym poprzestanę, gdyż doprowadzanie do porządku kawalerki, w której przebywa 6 kotów to i tak praca syzyfowa.

Do mojej konserwatywnej rodziny w tym roku podstępnie wkradł się gender, skutkiem czego przygotowaniem Świąt zajął się brat, z pomocą Mamy oraz swojej córki. Bratowa z resztą dzieci i ja z kociarnią pojawimy się jutro na gotowe. Mało tego - po mnie przyjedzie brat samochodem. Jakie to miłe być wożonym. Trzeba się było maksymalnie dokocić, żeby się takich czasów doczekać. Ale za rok przyjadę sama. Samochód już mam, prawo jazdy się robi. Wprawdzie instruktor mówi, że mam szaleństwo w oczach, gdy prowadzę auto, ale jestem zdeterminowana, żeby opanować w końcu tę sztukę.

Cieszy mnie obecna aura, bo nie wywołuje ona bolesnych świątecznych wspomnień sprzed trzech lat. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że M. jest mi obojętny. Ani nie budzi ciepłych uczuć, ani nie mam ochoty go zamordować. Czas wymazał z pamięci jego głos, powiedzonka, nasze rozmowy, a on w mojej pamięci wizualnie przetrwał z początku znajomości, kiedy mi się w ogóle nie podobał i widziałam głównie jego krzywy zgryz, bladą cerę i prawie dziecięce dłonie. Za to ciągle boli wspomnienie sytuacji i własnej naiwności, a Święta temu sprzyjają, gdyż to był czas mojego wielkiego frajerstwa.

Pamiętam zagniatanie ciasta na makowiec, kiedy każda myśl szła do M., bo przecież chłonęłam domowe przygotowania po to, żeby kiedyś to wszystko robić we wspólnym domu. A M. spędził Święta towarzysko i wtedy pojawiła się nowa pani. Na sylwestra jeszcze dla urozmaicenia zaprosił swoją byłą i mógł spokojnie przeprowadzać casting, z którego ja w swojej naiwności nie zdawałam sobie sprawy. To chyba mnie będzie jeszcze długo kłuło.

Teraz mam potrzebę spokoju. Muszę sobie uporządkować w głowie różne sprawy. Zadysponować, co z kotami na wypadek, gdyby operacja nie wyszła. Przemyśleć decyzję, z którą dużo się wiąże. Właściwie to najważniejsze sprawy w życiu, a tu niestety też od razu pojawiają się wspomnienia.

Święta będą szalone i to mnie trochę przeraża, bo chwilowo nie nadaję się do tego. No i rodzina też nie za bardzo okazuje zrozumienie dla mojej sytuacji. Chyba nie dopuszczają do siebie myśli, że jest nieciekawie i może być różnie. Ja na razie zakładam, że będzie dobrze, ale wiem, że nadejdzie moment stresu. Koty okazują za to pełne zrozumienie. Wreszcie grzeją mnie w nocy i ciągle kładą mi się na brzuchu, liczę na lecznicze działanie mruczenia. Żbiczka śpi właśnie przytulona do mnie i równocześnie zwinięta w kłębuszek. Aż mi żal się ruszyć, a zaraz idę do sąsiadki na przedświąteczne rękoczyny bomb(k)owe.

piątek, 12 grudnia 2014

Już w ciągu pierwszych sekund badania usg po minie lekarza poznałam, że potwierdziło się to, czego się spodziewałam, a w zasadzie byłam pewna. I czego nie chciałam wiedzieć, więc odwlekałam wizytę. Tylko dlatego nie idę na operację, że lekarz się boi operować, bo jest za duże ryzyko. Teraz standardowe badania, czy to aby nie raczek i liczenie, że hormony coś poprawią, choć właściwie wiadomo, że nie poprawią. To czas dla mnie na oswojenie się z sytuacją. I z tym, co właściwie wiem od 3 lat. Bo tym razem już złudzeń nie ma.

Też był wtedy grudzień, trzy lata temu, gdy to się zaczęło. Wtedy zaraz po diagnozie zadzwoniłam do M., który mnie pocieszał. Jeszcze wtedy myślałam, że mnie kocha i przejdzie przez to ze mną. Nie wiedziałam, że już pojawiła się K. i że diagnoza tylko działa na moją niekorzyść. On jako lekarz wiedział wcześniej niż ja, a przecież chciał mieć dzieci. I ma. A mi już zawsze planowanie dzieci będzie kojarzyło się tylko z nim.

W zasadzie to i tak jest lepiej niż dwa lata temu. Operacje plus porzucenie to było za dużo. Teraz tylko operacja i jednak jakaś, mikra bo mikra, nadzieja na to, że uda się operacji uniknąć, jest. W zasadzie nie bałam się tej operacji, dopóki nie zobaczyłam wyrazu twarzy potencjalnego operatora. A facet jest bardzo dobrym specjalistą i już dwa razy miał mnie pod nożem.

Nie wiem, jak szukać sensu w tym bezsensie. Przegrałam życie i od tej świadomości nie da się uciec. Mogę sobie żyć kotami, choć koty nie miały być zamiast reszty, ale oprócz. Ratowanie zwierząt to walka z wiatrakami. Każdy dzień przynosi informacje o kolejnych potrzebujących stworach i o i kolejnych horrorach, które ludzie fundują zwierzętom. Na kociaki nie ma chętnych, a one są coraz bardziej do mnie przywiązane. Zresztą ja do nich też. Do tego operacja plus koty to fatalny zestaw. Nie wyobrażam sobie wtedy sprzątania kuwety. A jeśli już, to lepiej po trzech kotach niż po sześciu. Coraz rzadziej myślę, że jakoś to będzie.

czwartek, 11 grudnia 2014

Odkryłam ostatnio banalną rzecz. Tym, c najbardziej mnie boli po rozstaniu z M., jest samotność. Ale nie taka samotność polegająca na tym, że nikogo bliskiego przy mnie nie ma, ale taka, że straciłam poczucie bliskości totalnej. Bez znaczenia jest to, że było to w mojej głowie i że zapewne jakąś formę samotności prędzej czy później by odkryła będąc w związku. I że tej bliskości nie było w rzeczywistości, bo gdyby była, to byłaby dwustronna. To było poczucie czegoś, co się prawie nie trafia. Spotkanie kogoś, kto wydawał się pasować do mnie jak druga skóra. Coś, co wydawało się nierealne i takie też się okazało.

To nie ma nic wspólnego z motylami w brzuchu, bo w związku z M. te motyle to akurat specjalnie aktywne nie były. To było gdzieś głęboko we mnie. Iluzja, która drogo mnie kosztuje. Czasem myślę, że może gdybym zdecydowała o rozstaniu w dogodniejszym dla mnie psychicznie momencie, gdybym nie dała robić się w balona jak pierwsza naiwna, gdybym po rozstaniu była stanowcza, a nie robiła sobie wyrzuty, że byłam taka niedoskonała... Ale ejst jak jest. Siedzi we mnie to bardzo silnie. To, że kochałam totalnie, że skupiłam się na tym, żeby być fair wobec niego do tego stopnia, że nie zatroszczyłam się o swój interes. A miałam sygnały, widziałam je i nie powinnam ich lekceważyć. Gdybym tak nie nastroiła swojej psychiki, nie czułabym bólu samotności związanego z utratą spełnienia. A raczej ułudy spełnienia.

Samotność to nie jest stan niebycia w związku. Byłam kiedyś w związku, który był zabijaniem samotności, bo cały czas było uczucie jakiegoś niedosytu. Przy M. uczucia niedosytu nie miałam. Czułam, że jestem na właściwym miejscu i brak tego czucia dokucza mi od rozstania. A zimą budzą się upiory. Przypominają mi się poszukiwania kanapy do mieszkania M. - "naszego" gniazdka, oswajanie Woli Justowskiej, w której trudno było mi wyobrazić siebie z dzieckiem, które przecież planowaliśmy, i to jak najszybciej. Wolę Justowską oswoiłam do tego stopnia, że czasem jej zaśnieżony obraz mam przed oczami, gdy się budzę. Tylko że tam teraz spaceruje żona M. z ich wspólnym dzieckiem...

Poznałam M. od takiej strony, że wiem, że nie bylibyśmy razem szczęśliwi, zbyt wiele kłamstwa było w jego życiu. Za to myślę, że on wybrał kobietę, z którą jest i będzie szczęśliwy. Ale i tak siedzi we nie w środku to, co wtedy czułam i to blokuje mi otwarcie się na nowe znajomości. Zresztą skoro M. po takiej bliskości zawiódł i to tak cynicznie, to kto nie zawiedzie?

Osłuchuję nagrane rozmowy z W., z którą piszę książkę. Ona uważa, że nie ma przypadków. Że wszystko w życiu jest po coś. Że winę za cierpienia ponoszą ludzie, a Bóg działa tak, żeby było najlepiej. Słucham tego i nie mogę się nadziwić, że osoba tak ciężko doświadczona przez życie może mieć takie podejście. Moje problemy to przy jej problemach drobiazgi, a mimo wszystko nie rozumiem, po co to wszystko było.

Na przekór sobie zapisałam się na lekcje nauki jazdy i zgłosiłam do poważnej redakcji propozycje kilku tekstów na trudne tematy, z którymi teraz muszę się zmierzyć. Na przekór sobie zmuszam się do życia i czuję, że je zmarnowałam. Niby na nic nie jest jeszcze późno, ale gdy się w niczym nie widzi sensu, to trudno jest żyć.

niedziela, 07 grudnia 2014

Jeśli jeszcze mi ktoś powie, że wychodzenie do ludzi jest lekiem na samotność porozstaniową i głupie poczucie, że M.to był ten jeden jedyny i że żaden inny, to będę mordować.

Po 2 tygodniach harówki non stop trafiły mi się wolne chwile. A nawet wolny weekend. Pogrążyłam się więc w życiu towarzyskim, wychodząc z domu i poznając nowych ludzi. I jak zwykle przemyślenia mam smutne, choć nie powiem, czas spędziłam miło i kontakty nawiązałam (hyhy) zawodowo obiecujące. Ale jestem na innym etapie życia. Wolę zagłębić się w kryminał i obłożyć kotami, niż popijając drinki snuć smętne rozmowy o życiu, które w wydaniu ludzi z mojej grupy wiekowej przeważnie kończą się niewesołymi konkluzjami. W zasadzie radość życia mają tylko ci, który mają małe dzieci. Zadowolenie z życia - ci, co mają dzieci większe albo są w szczęśliwych związkach. Reszta jest mniej lub bardziej sfrustrowana i na równe sposoby ucieka przed przemijalnością życia, której świadomość w tym wieku ludzi dopada. Oczywiście śmieję się, żartuję, gadam i zagłuszam przykre uczucie życiowej porażki, które od rozstania z M. jest moim nieodłącznym towarzyszem.

Do tego dochodzą liczne ciocie-dobra rada. Zrób sobie dziecko, jak znajdziesz dobry materiał genetyczny (czytaj: jak ktoś ze chce się z tobą przespać), zmień fryzjera, wyreguluj brwi, poznawaj facetów, flirtuj, randkuj itp. Dlaczego zakładają, że mam na to w tej chwili ochotę? Że w ogóle potrzebuję rad?  I że znalezienie materiału genetycznego jest trudne dla kobiety czterdziestoletniej? Nawiasem mówiąc, wczoraj gdy wracałam z imprezy o północy 200 metrów od własnego domu poznałam Murzyna, który usiłował się ze mną umówić;) Facet był inteligentny, więc zapewne szansę na dobre geny przepuściłam;)

Od dziś mam samochód. Ale nie mam prawa jazdy. Do czasu, aż zrobię prawko, auta będzie używał R., który mam nadzieję, czasem będzie moim kierowcą. Wreszcie mam motywację, żeby nauczyć się jeździć. Coraz bardziej rozpaczliwie poszukuję motywacji do działania.

Czarna dziura oznacza, że nie mogę się zmusić do pisania tego, co daje mi największą satysfakcję, ale równocześnie jest najbardziej wymagające. Jak dalej pójdzie, skończę w PR i i do porażki życiowej dojdzie zawodowa. A wtedy to już w ogóle będzie katastrofa. Na razie zdobyłam się na odrzucenie piarowego zlecenia, nie pytając nawet o warunki finansowe, ale oprócz mówienia "nie" trzeba robić jeszcze coś pozytywnego.

Tak się jakoś złożyło, że zapamiętałam rozmowę z M. na skype z 7 grudnia trzy lata temu. Ślady znajomości ze skype zostały usunięte, ale w głowie i tak wszystko siedzi. Za dużo pamiętam. Za dużo wspomnień się budzi w taką pogodę jak dziś.

O. została porzucona przez męża. Pół roku temu z błyskiem w  oku opowiadała, jakim są świetnym małżeństwem, jak od początku wiedzieli, ze to jest to i że tyle lat już są razem. Pan poszedł do innej. O. ze stresu schudła kilkanaście kilo, jak to mówi - głównie marzeń i złudzeń, co trafnie oddaje stan, gdy się wali coś, co miało być na zawsze. Ale O. jest dzielna. Rzuciła się w sport, nakupowała kolorowych ciuchów, stara się żyć aktywnie. Do takich kobiet faceci często wracają, więc finał może będzie pozytywny. Najgorzej po rozstaniu przeistoczyć się w smętną donnę, jak to ja zrobiłam. Ale na nic innego nie było mnie wtedy stać. Inna rzecz, że O. ma dziecko, które ją trzyma w pionie. Bo widzę, że w środku cierpi bardzo, ona jest  z takich typów jak ja, dla których "na zawsze" znaczy "na zawsze", a miłość wiąże się z trwaniem i oddaniem.

Dobrze, że jutro nowy tydzień. Lubię poniedziałki. Obowiązki skuteczniej odrywają od bólu duszy niż rozrywka.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65