Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
sobota, 26 maja 2018

Umarł A., o którym jakiś czas temu pisałam na blogu. W Wiśle właśnie toną tysiące piskląt na skutek zrzutu wody we Włocławku.  Koty próbują obgryzać resztki bukietu od anonimowego darczyncy. Spotkałam się z dawno niewidzianymi znajomymi i w trakcie spotkania poczułam że myślami odpływam - coraz mniej mnie z nimi łączy. pisanie bloga na bloxie coraz bardziej przypomina robotę głupiego - ja pisze, blox wysadza w kosmos. Chyba czas zakończyć blogowanie. Depresja dziś mnie osacza. Zaczynam mieć wątpliwości, czy zrobiłam dobrze rzucając pracę. Bo ja tę pracę bardzo lubię.

Wczoraj wieczorem skontaktował się ze mną jeden z ekspertów z branży, o której pisuję. Miał newsa z gatunku hit. Natychmiast się ożywiłam. W normalnych warunkach natychmiast napisałabym tekst i wysłała do gazety online. Kusiło mnie, żeby to zrobić, ale uznałam, że byłabym skończoną frajerką, bo online płaci śmieszne  pieniądze za teksty. I dałam się wyprzedzić konkurencji . Ekspert przygotował mi dziś fajna analizę i zaproponowałam redakcji papierowej, że jutro, czyli w  niedziele, coś napisze. Oczywiście jeśli dadzą mi odpowiednio eksponowane miejsce w gazecie.  Dotarło do mnie, że dziennikarstwo to zawód, który ma się we krwi. Nigdy i nigdzie praca nie dawała mi tyle satysfakcji, co teraz. Utrzymać to się jakoś utrzymam jako freelancerka, propozycje pisania już mam, ale będzie mi brakowało emocji związanych z szukaniem ważnych newsów, wyłapywaniem przekrętów i wpływaniem na rynek. Ale odwrotu nie ma, mimo że moje odejście nie opłaca się ani redakcji, ani mnie. W grę wchodzą kwestie ambicjonalne. Ani szef nie ustąpi, ani ja.

Ten motyw w moim życiu się powtarza. Coś lubię albo kogoś kocham i rezygnuję, gdy widzę przeszkody po drugiej stronie. Teraz szef ewidentnie zatruwał mi życie od kilku miesięcy. Co poniekąd sam przyznał w ostatniej rozmowie. I przyznał, że nie miał racji, czepiając się mnie oraz powiedział, że piszę dobre teksty. Ale problemem było to, że mówiłam głośno, że mam umowę śmieciową. No skoro taką mam, to mówiłam. A przecież powinnam po rękach go całować, że w ogóle mam jakąś umowę,  a nie jestem tylko na wierszówce. Gdy rozstawałam się kilka lat temu zx M., to też niby inicjatywa była moja. Ale co z tego, skoro M. robił wszystko, żebym z taką inicjatywa wyszła i ucieszył się z niej podobnie jak mój obecny szef z mojej inicjatywy odejścia z pracy. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie za szybko w życiu rezygnuję.

Na zakończenie dostałam propozycję poprowadzenia debaty w Krakowie. Zdziwiłam się, że redakcja wysyła pracownika na wylocie, bo prowadzenie debaty daje prowadzącemu wiedzę i kontakty, cenne w tym zawodzie. A w ich interesie jest wdrażanie w teraz kogoś innego w moje obowiązki. Zgodziłam się poprowadzić, bo teraz o kontakty muszę dbać, o zarobek zresztą też. A gdy się zgodziłam, spojrzałam na mapę i zdrętwiałam - debata będzie w miejscu, które kojarzy mi się z M. i jakkolwiek M. odpłynął szczęśliwie w mroki historii, a moje uczucia do niego odpłynęły w ślad za nim, to moją wielką słabością jest to, że miejsca wywołują z przeszłości emocje. Po mojej pierwszej miłości jeszcze 15 lat po rozstaniu nie byłam w stanie spokojnie bywać w "naszych" miejscach. Do dziś ich unikam, choć minęło ćwierć wieku, a z tamtym panem w międzyczasie się zeszłam i rozeszłam ponownie, zamykając młodzieńczą miłość. Więc teraz będzie wyzwanie. Ale nie zamierzam unikać wyzwań. A przedtem czeka mnie jeszcze wesele pod Wrocławiem. Znowu podobna sytuacja do tej z M. - jadę sama, znam tylko pannę młodą (wtedy jeszcze znałam pana młodego i świadka), nawet w tych samych butach zmierzam się bawić, tylko sukienkę ma inna, bo w te sprzed 7 lat już nie wchodzę;) Dociera do mnie, że to już 7 lat. i że głupio sobie te lata schrzaniłam, angażują się wtedy tak beznadziejnie. Z pewna nostalgia wspominam tamten czas, bo to był ostatni akord młodość. Wtedy jeszcze widziałam w życiu dużo dobrych stron i miałam nadzieję na ułożenie sobie życia osobistego. Teraz widzę ciemne strony. Cierpiące zwierzęta, niszczony świat, wojna wisząca na włosku, choroby i śmierć, dyskryminacja słabszych. A własnego życia osobistego nie widzę w ogóle. Praca to jednak dobra ucieczka od myślenia o tym wszystkim.

poniedziałek, 21 maja 2018

Z końcem czerwca odchodzę z pracy. Dziś po kolejnym e-mailu od wicenaczelnego ulało mi się. Jedyna kwestia, w której jestem w stanie osiągnąć  z nim konsensus, to rozwiązanie umowy. Szkoda, bo bardzo lubię tę pracę i w redakcji "R" pracuje mi się świetnie. Niestety, w pakiecie z redakcją "R" jest redakcja a"P", a szefem całości jest A., który systematycznie uszczęśliwia mnie porannymi e-mailami, z których wynika, że jestem nierobem i ignorantem. W ramach nieróbstwa do czwartku będę siedzieć dzień i noc, pisząc dodatek do gazety na jakieś bagatelka 60-80 tys. znaków plus infografiki. Oprócz, a nie zamiast codziennej pracy. Tak się nie da. Albo się pisze na kilometry, albo dobrze. Przy okazji pogadałam z moim poprzednikiem, który świetnie mnie zrozumiał i odszedł z tego samego powodu. A teraz zaproponował mi spółkę w swoim biznesowym projekcie oraz współpracę przy tym, czym zajmuje się w redakcji "R". Jakos dam sobie radę, szkoda mi tylko zostawiać to, co lubię i  w czym się realizuję. Ale trudno, nie mogę budzić się co rano ze skurczami w żołądku na myśl o tym, o co się do mnie przyczepią.

Życie to nie tylko przykrości. W piątek dostałam bukiet od nie wiadomo kogo z nie wiadomo jakiej okazji.  Przepiękny wielki bukiet z róż, peonii i jeszcze czegoś, czego nie znam. Tak piękny, że ludzie na ulicy zwracali na niego uwagę i mnie zagadywali. Próbowałam dojść, od kogo on jest, ale bezskutecznie. Więc cieszę się kwiatami, a jeśli się kiedyś ofiarodawca ujawni, to mu podziękuję.

Być może te kwiaty są związane wywiadem, który niedawno przeprowadziłam, a być może z kotem, którego pomogłam uratować, gdy zakleszczył się w uchylnym oknie obok redakcji. Kot stracił kawałek ogona i ma naderwany mięsień, ale mogło być gorzej. Akcja była wielka. Straż pożarna, eko patrol i policja. a i tak najbardziej pomogła moja znajoma, która zdalnie ustaliła namiary na właściciela mieszkania. Podejrzewałam, że po tej akcji nabawię się reputacji cięzkiego świra, a tu niespodzianka. Podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna z innego dział i mi pogratulowała:)

A skoro o kotach mowa - moje stado na pewno się ucieszy ze zmian w  moim życiu:) Przynajmniej dopóki będzie mnie stać na karmę dla nich:)

piątek, 11 maja 2018

Nie wiem, czemu za depresyjną porę uważa się zimę. Moim czasem jest wiosna. Nie pierwszy raz. Omówiłam temat  z A. i ona ma tak samo.

Od paru tygodni podstępnie się na mnie czaiła. Czułam, że coś się dzieje niedobrego, bo trudno mi było się skupić i siedziałam dużo w internecie. Potem straciłam energię. Nie miałam siły chodzić na basen. Zrobiłam badania, wyszły świetne, a ja się czułam, jakby mi ktoś odciął prąd. Pomyślałam, że może przesilenie wiosenne. Gdy zaczęłam mieć wieczorne stany podgorączkowe i spuchnięte kostki, skontrolowałam rozrusznik serca. Śmiga bez problemu. Ale wtedy tąpnęło psychicznie już w sposób bardzo czytelny. I przypomniałam sobie, że tak samo wiele lat zaczęła się moja przygoda  z depresją. Wtedy też czułam się źle fizycznie i szukałam przyczyny gdzie indziej, dopóki nie okazało się, że nie daję rady normalnie funkcjonować.

A niedawno było tak świetnie, że miałam odstawić leki. Zmniejszyłam dawkę i czekałam na odpowiedni moment, żeby zrezygnować z nich w ogóle. Teraz obawiam się, ze na antydepresantach pozostanę do końca życia. A już wydawało się tak dobrze.

Odpoczywam po maratonie wyjazdowym. Polesie było zielone i relaksujące, Sopot pracowity i towarzyski. Niestety, miałam do napisania jeden tekst we współpracy z pewną firmą, która do ostatniej chwili zmieniała zdanie co do tego, czego chce i wysłuchiwałam, że ich nie obchodzi, że gazeta idzie do druku, oni płaca, więc ma zrobić to co chcą. Doczekali się tego, że następnym razem nie będą mieli okazji zapłacić za komercyjna współpracę z redakcją. Różne rzeczy redakcji mogę zarzucić, ale u nas szanuje się pracę. Panuje zasada, że pracę zaczynamy od tego, co zależy od innych osób, czyli zlecanie grafik, rysowania strony, zamawianie zdjęć, autoryzowanie wypowiedzi i wszystko to robi się bardzo solidnie. A teraz gdy po raz 15 pisałam do grafika, żeby coś zmienił, bo zleceniodawcy się odwidziało, czułam się jak w innej rzeczywistości. No i u nas nie do pomyślenia jest, żeby ktoś powiedział autorowi, że ma coś napisać, "bo ja każę, a jestem szefem", albo "bo ci za to płacę". Nie mamy korporacyjnych zarobków, ale na szczęście tez nie ma korporacyjnych zasad. Poinformowałam o problemach wicenaczelnego, który zdecydował, że z tą firma więcej współpracować nie będziemy. I dobrze. Ale niestety fajny merytorycznie dzień konferencji przepadł na głupoty.

Wczoraj miałam chwile oddechu nad morzem. W planie miałam albo Muzeum III wojny światowej, albo wystawę Dwurnika, albo spacer do Orłowa. Ale czułam się tak, że skończyło się leżeniem na plaży i patrzeniem na chmury na pograniczu Sopotu i Gdyni. Było pięknie, ale czułam, że gdzieś ze mnie uciekła energia i kompletnie nie umiałam się cieszyć tym, że jest pięknie i że obok mnie chodzą dwie wrony i czegoś poszukują. Tak jak teraz nie cieszy mnie to, że mrukliwa puchata dama się przy mnie kokosi, a reszta stada leży kołami do góry w różnych kątach mieszkania i pokazuje, że im dobrze.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Ćwicząc na basenie patrzyłam przez okno, za którym w pewnym momencie pojawiły się ciemne chmury, z których lunął deszcz i pomyślałam o praniu suszącym się na balkonie. A po chwili zrobiło mi się wstyd, że takimi drobiazgami się przejmuję, gdyż godzinę wcześniej dowiedziałam się, że A. jest umierający. A. to człowiek u którego mieszkałam w Trynidadzie na Kubie. Bardzo zaangażowany, rzetelny, starający się zapewnić jak najlepszą ofertę za możliwie najniższą cenę. Przy tym widziałam, jak z zafrasowaną miną siedział któregoś wieczoru z żoną nad rachunkami. A. wyróżniał się na tle swoich rodaków przedsiębiorczością i kapitalistycznym podejściem. Doceniłam to, że mimo niemłodego wieku - dobiega 60 - starał się nauczyć podstaw angielskiego.

Teraz A. jest świeżo po operacji, która wykazała, że ma raka z przerzutami. I żadnych szans.  I to stało się teraz, kiedy przed A. pojawiła się szansa zarobienia porządnych pieniędzy, co na Kubie jest problemem. Szansa życia, można powiedzieć. Do A. skierowałam B., która organizuje wyjazdy na Kubę, dogadali się i do domu A. miały trafiać grupy z wycieczek organizowanych przez B. Pierwsza grupa będzie tam za moment. I właśnie od B. wiem o chorobie A. I  tym bardziej mi żal, że choroba dopadła go wtedy, gdy zaczął mieć szanse na lepsze życie. (Wiem - tylko finansowo lepsze, ale w warunkach tamtego kraju ma to zupełnie inną wymowę niż u nas.)

Beznadziejnie kruche jest nasze życie tutaj.

piątek, 13 kwietnia 2018

Zbliża się wymarzona sobota, kiedy to w planie było wyspanie i nicnierobienie. Ale po konferencyjnym napięciu zszedł ze mnie stres i wpadłam w pustkę. Nie umiem zebrać myśli, żeby przeczytać coś ambitnego, a przy łóżku czeka parę książek, na które ostrzę sobie zęby. Dużo kosztowało mnie prowadzenie debaty, a właściwie czas przed debatą, bo gdy dochodzi co do czego, to spinam się i zapominam o stresie, tylko pilnuję, żeby się nie zacukać.  Poszło lepiej niż się spodziewałam, głównie dzięki temu, że na koniec wpadło mi do głowy spontaniczne pytanie z elementami humoru do jednego z panelistów. Usłyszałam gratulacje za sprawne przeprowadzenie trudnej debaty i pomyślałam sobie, że następnym razem chyba będę spokojniejsza, a jeszcze kilka debat i wyluzuję całkowicie. Okazuje się, że nawet nieśmiały dzikus spędzający czas głównie w towarzystwie kotów może zrobić woltę i zająć się występami publicznymi w gronie profesorsko-prezesowsko-ministerialnym.

Oczywiście bez wtopy się nie obyło, ale na szczęście nie w trakcie debaty, tylko po. W odmętach torebki posiałam numerek do szatni i szukałam go nerwowo, gdyż czekał na mnie pan ex-minister, człowiek niebywale profesjonalny i światowy, przy którym staram się prezentować jako kompetentna pani redaktor. I jak przystało na chłodną profesjonalistkę, wytrząsałam na kontuar zawartość torebki, w której oprócz banalnych przedmiotów jak smartfon, notes, 15 długopisów, 17 paragonów, 3 paczki chusteczek, dyktafon i woda mineralna były też: okulary przeciwsłoneczne z oprawkami w kwiatki,  różowiutka kosmetyczna w rozmiarze XXXL, różowy wizytownik i różowy portfelik w kotki. Zawartość godna siedmioletniej dziewczynki (swoją drogą, nie wiem skąd tyle różowego mi się wzięło, bo nie lubię tego koloru, tyle że łatwo się różowe rzeczy znajduje w torebce). Pan ex-minister cierpliwie na mnie czekał, skanując wzrokiem rosnąca stertę rzeczy, aż wypatrzył w niej poszukiwany numerek;) Chyba nigdy nie będę robić wrażenia opanowanej profesjonalistki;)

Czasu wolnego było sporo, więc pochodziłam po Lublinie. Świeciło słońce, kwitły drzewa owocowe, pachniały fiołki wysypujące się na trawnikach. Niestety stary cmentarz żydowski był zamknięty na trzy kłódki. Obeszłam go dookoła i znalazłam nawet parę dziur w płocie, ale niestety żadna nie dawała się do przechodzenia w eleganckim żakiecie i wąskiej spódnicy, więc cmentarza nie odwiedziłam.

Przyjemnym aspektem imprezy była natomiast umowa na okrągłą sumkę, której się nie spodziewałam, gdyż szczegółów finansowych nie omawiałam, bo nie miałam z kim. Doszłam do wniosku, że skoro imprezę organizuje instytucja słynąca z kiepskiego płacenia pracownikom, to należy się spodziewać, że prowadzenie panelu jest za darmo, jak to często bywa. Zwłaszcza że moja macierzysta redakcja wprawdzie dała patronat, ale w ostatniej chwili, więc na żadnych materiałach nie zdołali go umieścić i patronatu w zasadzie nie było. A tu niespodzianka.

Druga niespodzianka była towarzyska. Znałam tam tylko jedna osobę, wspomnianego pana eks-ministra, mocno zajętego współorganizatora wydarzenia,  więc obawiałam się, że będę czuła się mocno wyalienowana. Tymczasem spontanicznie po wieczornym koncercie i kolacji poszłam z paroma panami na piwo i drinki. Gdy zamknęli lokal i towarzystwo zaczęło szukać kolejnego, chciałam się pożegnać i iść do hotelu. I panowie nie pozwolili mi iść samej. Odprowadzili mnie pod sam hotel, a był to spacer półgodzinny, nie po drodze. wiem, że takie zachowanie było kiedyś standardem, ale dawno się z nim nie spotkałam. Gdy  w lutym byłam na zaproszenie jednej firmy w Londynie, w trakcie wieczornego drinka byłam jedną z niewielu stojących osób, na które żaden z panów - gospodarzy siedzących na kanapach nie zwracał uwagi. O północy pożegnałam się zatem i wyszłam, prosząc organizatora  o pokazanie drogi. "Sprawdź sobie na google maps" - odpowiedział, więc nie przyznałam się, że akurat mi się strona zawiesiła i gubiąc się i dopytując ludzi po drodze wylazłam z trudem z plątaniny uliczek w pobliżu baru. Więc teraz zachowanie tak radykalnie odmienne bardzo przyjemnie mnie zaskoczyło.

A teraz delektuję się towarzystwem mrucząco-paputkującym:) Dobrze mi z kotkami, ale widzę, że dobrze jest czasem wyskoczyć do innego świata:)

środa, 11 kwietnia 2018

Jak przetrwam do soboty, to wreszcie się wyspie. Odpocznę i nic, ale to absolutnie nic dodatkowego do roboty nie wezmę w tym miesiącu. Mam tyle dodatkowych obowiązków, że nie mam czasu na moją podstawową działalność, jaką jest dziennikarstwo informacyjne. Pisanie poradników, spisywanie wywiadów, spotkania z których nic nie wynika, konferencje, na które wypada iść. A na deser pojutrze debata, która prowadzę na temat, na którym się nie znam,  z naukowcami, z których jeden zna się na temacie jeszcze mniej niż ja. Bo jeden panelista się wycofał i z łapanki wzięli kogoś innego, nie kontaktując się  osobą odpowiedzialną za stronę merytoryczną konferencji - bo ta osoba o zmianie dowiedziała się przypadkiem wczoraj ode mnie. A konferencja tak w ogóle jest naukowa i jestem tam najgorzej wykształconą uczestniczką. Są momenty, gdy frustruje mnie brak doktoratu. Ale już tego braku w wykształceniu nie uzupełnię.

Jutro powinnam jeszcze normalnie pracować, oprócz tego jest ciekawa konferencja w Warszawie, z której powinnam zrobić relację, a dopiero wieczorem wsiadam w pociąg. Jak mnie koleżanka z pracy poświeciła, powinnam rano wystartować na konferencję z walizka, potem przyleźć do pracy, a z fabryki na pociąg. Mój leń oraz poczucie obowiązku  w stosunku do kotów nie pozwalają mi na to i kombinuję, jak tu ominąć zawodowe obowiązki. W końcu nie jadę na wycieczkę prywatną, tylko służbowo. O ile osoba na umowie śmieciowej może jeździć służbowo. Bo nie dość, ze za prowadzenie debaty nikt mi nie płaci, to jeszcze redakcja nie pokrywa koszów podróży. kolega na Słowację pojechał robić ważny reportaż i mu nie zwrócili za podróż. To co tam jakiś Lublin. Jeśli napisze z tego jakiś tekst, to mi kasę za bilet dorzucą do wierszówki. Takie są realia pracy w mediach.

W ogóle wyjście ze strefy komfortu, wygramolenie się spod kotów i wyjście do obcych ludzi, przełamanie nieśmiałości i publiczny występ w auli to jest coś, co mnie osłabia. Zmuszam się do takich działań, bo zbijam kapitał na przyszłość. Jeśli chcę pracować jak najdłużej i wrócić do freelancerstwa, to muszę mieć pozycję zawodową. A do tego potrzebne są umiejętności i kontakty. Więc udaję pewną siebie panią redaktor, przebieram się za kobietę elegancką, jak to nazywają moi koledzy z pracy, maluję paznokcie na czerwono, bo to mi dodaje pewności siebie, a teraz żeby tej pewności było więcej, ufarbowałam się na blond. Wprawdzie wyszedł pomarańczowy i nietwarzowy, ale usłyszałam, że wyglądam na kobietę zadbaną;)

Przeczytałam ostatnio "Prowadź swój pług przez kości umarłych" i bardzo polubiłam Janinę Duszejko. Dawno z żadną bohaterką tak się nie utożsamiałam i nie miałam tyle sympatii do mordercy, co w tej książce. Bardzo trafnie Tokarczuk opisuje, jak postrzegane są niezamożne starsze kobiety związane ze zwierzętami. I jakie ograniczone możliwości działania mają w związku z tym, że są traktowane tak jak są traktowane. Świadomość tego trzyma mnie w moim obecnym świecie. Teraz mogę mieć sześć kotów (Minki ciągle nikt nie chce), blokować polowania, żywić się wege i eko, a dzięki mocnej pozycji zawodowej nie uchodzę za skończonego świra. a przynajmniej inni nie dają mi tego poznać. A gdybym wróciła do freelancerstwa, zaszyła się w domu z kotami, łaziła w dresach i obgryzała paznokcie, to nie dość, że na zwierzęta nie miałabym pieniędzy, to miałabym ograniczone możliwości działania oraz opinię dziwaczki. Więc udaję, że jestem normalna.

sobota, 31 marca 2018

Czekam na podwodę, która wywiezie mnie na Święta do rodziny, a czekając postanowiłam zacząć przygotowywać się do debaty, która mam prowadzić za półtora tygodnia. Na temat, o którym nie mam zielonego pojęcia. Tak bardzo nie mam, że nawet nie wiem, o co pytać panelistów. Uświadomiłam sobie to właśnie przed chwilą i dostałam takich ścisków w żołądku, że nie będę w stanie opychać się mazurkami. Jest więc jakiś plus.

Od wieku nastoletniego nie lubię świętowania. Żadnego. boże Narodzenie, Sylwester, urodziny, Wielkanoc - mogłoby to dla mnie nie istnieć. Wytrącenie z codziennego rytmu. Kupa jedzenia pochodzenia zwierzęcego, zatem przed świętami rzeź. Tradycje, które są mi całkowicie obojętne. W przypadku świąt dochodzi jeszcze dotkliwa obojętność religijna. Z każdym rokiem obojętność bardziej obojętna. Ewoluuję z agnostycyzmu w stronę ateizmu. Święta mi uświadamiają, jak bardzo jestem odległa od tego, co w co wierzyłam w młodości. To o tyle dobre, że mogę zachować dystans do działań kościoła katolickiego w naszym kraju. Bo to nie mój kościół.

Swoją drogą gdy tylko myślę o tej instytucji, to przypomina mi się ta debata, którą mam prowadzić. bo ona jest na 100-lecie KUL. Swoja drogą, paradoks, że prowadzenie padło na antyklerykała. Mam nadzieję, że ksiądz, z którym będę rozmawiać, okaże się sensowny, a rozmowa nie pójdzie w niewłaściwą stronę.

Nie lubię zostawiać kotów samych w domu. Niby Święta to tylko dwa dni, ale co to za frajda świętować bez sierściuchów, które kombinują, czym by się tu posilić i zostawiają ślady łapek na wypiekach? Nie lubię zasypiać, gdy nikt mi nie mruczy do ucha. Nawet we własnym łóżku czuję się niekomfortowo, zanim nie przyjdzie do nie ktoreś futerko. a one potrafią cichcem przyjść, gdy śpię.Mistrzynią w tym jest Luftmysza, którą ranem potrafię znaleźć na poduszce obok moje głowy, gdzie lokuje się bezszelestnie. A Żbiczka cichuteńko kładzie się na mnie na kołdrze. Zupełnie inny jest Dyzio, pozbawiony umiejętności bezdotykowego poruszania się. Dyzio jest jak słoń w składzie porcelany. Gdy łazi po łóżku, przydeptuje mi włosy i ugniata szyję. Trzeba go wytlić i wygłaskać, gdyż inaczej poczuje się sfrustrowany brakiem ludzkiego zainteresowania i napadnie na którąś z kocic. Czarne koty za to kładą się mi na nogach swoim łącznym 12-kilogramowym ciężarem, a między nie pakuje się Minka, domagając się od wujów mycia łebka. A teraz stado czuje, że zaraz wyjadę, bo się podejrzanie kręci koło mnie. I żal je zostawiać.

niedziela, 25 marca 2018

Kiedy nie wiem, w co ręce wsadzić, najchętniej nie wsadzam w nic. Tymczasem odkąd zostałam pracownikiem najemnym, nie mogę sobie na to pozwolić. Dziennikarstwo newsowe w dzisiejszych trudnych dla prasy czasów polega na tym, że trzeba  nie tylko łapać bieżące newsy, ale i umieć przedstawić je w odpowiednim kontekście i wyjaśnić czytelnikowi, o co chodzi, a do tego zrobić to  w takiej formie, żeby zrozumiał. Oprócz pisania takich tekstów mam na głowie wywiady, które umawia się z wyprzedzeniem i czasem w ostatniej chwili kolidują z czymś pilnym i ważnym, prowadzenie konferencji - jak wyżej oraz pisanie tekstów bardziej uniwersalnych do różnych dodatków do gazety (na czym najlepiej się zarabia). Ostatni miesiąc upłynął pod znakiem wielu wydarzeń w mojej branży i czuję się jak pełen czajnik z wrzącą wodą, która wysadza pokrywkę. Na nic nie mam czasu, ciągle jestem zaziębiona, koty siedzące same w domu stosują względem siebie mobbing, nieprzeczytane książki piętrzą się w coraz większych stosach, a o życiu towarzyskim powoli zapominam.

Owszem, pracę mam bardzo ciekawą, poznaję inspirujących ludzi i zarabiam na godne życie mojego stada, ale co poza tym? Samą pracą nie da się żyć. Mam wrażenie, że od kilku miesięcy albo jestem przywalona robotą, albo chora, albo w podróży. W ostatnim m miesiącu byłam służbowo w Londynie i prywatnie w Austrii na nartach, za 3 dni lecę na wywiad do Zurychu, a za 2,5 tygodnia na konferencję do Lublina. Zwalczam wirusy z nadzieją, że do środy uda mi się to zrobić, a przy tym z żalem patrzę na przychodzącą wiosnę, którą chętnie witałabym gdzieś na łonie natury.

Lubie obecną pracę, ale nie wiem, co dalej. Nie wytrzymuję ani tempa, ani napięcia. Coraz częściej mam starcia z jednym z licznych szefów - tym, który decyduje o polityce kadrowej i co jakiś czas przeprowadza czystki. Gdyby miał kogoś na moje miejsce, pewnie dawno by mnie zwolnił, a z drugiej strony sama nie mam też entuzjazmu do pracy w nieciekawej atmosferze.  Pozytywne jest to, że z zewnątrz jestem doceniana i to daje jakieś perspektywy na po odejściu. Jeden z prezesów wielkich firm zaproponował mi wspólne napisanie książki, która on sfinansuje. O tematyce ciekawej i takiej, która może zaskoczyć. Teraz nie mam czasu nawet napisać konspektu. Tyle, że z tego utrzymać się nie da, więc rozglądam się za innymi źródłami. Bo jednak milo jest mieć pieniądze. Nie tylko dla siebie. Pieniądze także dają możliwość skutecznego działania. Podobnie jak ułatwia to odpowiednia pozycja społeczna. Niestety.

Jedną z ogromnych zalet mojej pracy są spotkania z inspirującymi ludźmi. Zaskoczona jestem pozytywnie kilkoma osobami ze świata wielkich finansów. Wcześniej myślałam kliszami, wydawało mi się, że jeśli ktoś zajmuje się robieniem wielkich pieniędzy, to te pieniądze są dla niego w życiu najważniejsze. Tymczasem spotykam idealistów. Ludzi, którzy przeznaczają zarobione pieniądze na ciekawe inicjatywy i lubią robić rzeczy  sensowne i pożyteczne, a  przy tym są skłonni do dużej bezinteresowności. Często właśnie tacy ludzie, z wizją, o dużej energii i pozytywnym nastawieniu do świata, są tymi, którzy odnoszą największe sukcesy. Dla mnie to jest tez lekcja. Patrzę i się uczę. Tylko niestety nie wiem, w którą stronę iść.

środa, 31 stycznia 2018

Emocjonalne decyzje to moja specjalność. Z mężczyznami rozstawałam się pod wpływem chwili, gdy czułam, że dochodzę do ściany, mam dość, pragnę wolności i kompromis jest niemożliwy, a gdy ochłonęłam,  to już niekoniecznie tak uważałam. No ale stało się. Pracę parę razy rzuciłam też w podobny sposób. Teraz postanowiłam zadziałać odwrotnie. Najpierw przespać się z pomysłem rzucenia pracy, a potem działać. No i najpierw rozejrzeć się za innym źródłem dochodów.

I ten sposób pól godziny po wpadnięciu na pomysł rozstania się z pracą omówiłam pierwszą alternatywę. Dziś idę na lunch kontynuować rozmowy. No i mam zagwozdkę. Bo w pracy stanęło na moim. Można powiedzieć, że 2:0 dla mnie, ale co z tego? Dwa napięcia z przełożonymi w krótkim czasie, ostatnie wychodzące poza firmę, ze skutkiem dla mnie dobrym tylko dlatego, że mam mocną pozycję na rynku, to nie jest sytuacja komfortowa. No i pytanie, co teraz? Bardzo lubię moją pracę, ale nie mam poczucia, że jest ona szanowana. I doświadczenie mnie uczy, że od drobnych szykan zaczynają się duże napięcia.

No i ta alternatywa. Na tyle poważna, że nie powiem "sorry, od wczoraj się rozmyśliłam", "chciałam tylko wysondować rynek". W zasadzie wiem, że łatwiej mi będzie znaleźć pracę niż mojemu pracodawcy kogoś na moje miejsce i pracodawca doskonale to wie, ale z tempem działań chyba przesadziłam. Od dawna próbuję ograniczyć pozapracowe zarabianie, żeby mieć więcej czasu na inne aktywności i wychodzi na to, że właśnie zrobiłam coś dokładnie odwrotnego;) Ale przynajmniej idę na dobry lunch;)

sobota, 23 grudnia 2017

Stan po karaibskim urlopie: katar, gigantyczny debet na koncie, 5 kotów na stanie plus 1 zapasowy oraz rozpadnięta szafa. Na deser dziś pokłóciłam się mejlowo z wiceszefem jednej z dwóch połączonych redakcji, w których pracuję i poszło na noże. Po jego absurdalnych zarzutach i ewidentnym czepialstwie napisałam, że jeśli uważa, że źle pracuję, to proponuję omówić sprawę osobiście po świętach z udziałem mojego bezpośredniego szefa oraz szefa całości i w razie potrzeby rozwiązać umowę. Oczywiście wolałabym nie odchodzić z pracy, którą lubię, zwłaszcza w sytuacji, gdy mam debet, ale na korporacyjne reguły gry zgodzić się nie zamierzam. Mogę pracować tylko w  miejscu, gdzie mam swobodę działania, pewną elastyczność czasową i spory margines niezależności. Tyle, że pewnie do rozstania z pracą nie dojdzie, bo Z. nie wykazał entuzjazmu do zaproponowanego przeze mnie rozwiązania. Niemniej jednak w rocznicę podjęcia decyzji o pracy w tej redakcji przeszłam pierwsze poważne tarcie, akurat wtedy, gdy po urlopie zdążyłam się ucieszyć z tego, że pracuję w miejscu, do którym nawet z Karaibów wracam bez przykrości.

Wyjazd na Kubę to była podróż w czasie. Wstecz,do własnego dzieciństwa w latach 80. Socjalizm, kolejki do pustych sklepów, odpowiedniki naszych pewexów, male fiaty (oprócz amerykańskich bryk z lat 50.) , czarny rynek. Mieszkałam w pokojach wynajmowanych przez Kubańczykowi w jednym miejscu pokój miałam wypisz wymaluj jak w mieszkaniu w bloku z czasów mojego dzieciństwa. Nawet podobnie prąd wysiadł. Tyle, że Kuba jest droga. Nawet bardzo droga i to w taki sposób, że trudno zaoszczędzić. Bo ludzie mają kiepsko i państwo im zabiera lwią część pieniędzy pozostawionych przez turystów, a sieć usług dla obcokrajowców zorganizowana jest w taki sposób, że wiele cen jest sztywnych. Przez pierwsze dni bardzo mnie te ceny frustrowały, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie będę psuć sobie urlopu martwieniem się o kasę, tylko opróżniałam konto, nie sprawdzając, ile mi na nim jeszcze zostało i jedyny niepokój przeżywałam przy bankomacie, gdy sprawdzałam, czy jeszcze mam co wypłacać.

Więc zamiast martwić się cenami, delektowałam się kolorami i rozkoszowałam ciepełkiem. Pływałam, plażowałam, jeździłam konno i piłam mojito. Salsy nie tańczyłam, choć mnóstwo panów proponowało swoje usługi nauczycielskie. Odchudzona i opalona odleciałam do Polski, ale niestety po drodze wpadłam na pomysł zwiedzenia Amsterdamu. I nie wiedzieć czemu założyłam, że będę go zwiedzać wypoczęta po nocnym locie, a przywita mnie piękna słoneczna pogoda. Nic się na człowieku tak wrednie nie mści, jak optymizm. Po nieprzespanym locie wyszłam na deszczowe, szarobure miasto, i mimo że po wielobarwnej Kubie wydało mi się ono paskudne, twardo próbowałam coś zobaczyć. Skutkiem tego mokłam, zmarzłam i się przeziębiłam. Zalegając wieczorami pod kocem i wcinając różne pyszności otrzymane w świątecznych paczkach nadrobiłam utracone kilogramy, a przy bladości przeziębieniowej i podkrążonych oczach w ogóle nie widać karaibskiej opalenizny. Tyle, że mam wewnątrz jeszcze energię, która mam nadzieję, znajdzie ujście, gdy minie infekcja. I strasznie mi się chce robić różne rzeczy i w ogóle cieszyć się życiem, mimo kłócących się kotów i rozpadniętej szafy - dziele stolarza sprzed zaledwie ośmiu miesięcy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 66