Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
piątek, 17 października 2014

Jak to w zyciu bywa, wyladowalam nie tam, gdzie mialam wylodowac i na dodatek znalazlam sie przypadkiem w centrum tajfunu osobistego moich znajomych. Obserwowalam zachoanie faceta takie, jak kiedys mial M. I final jest taki sam. Jechalam z nim samochodem i mimo woli myslalam o tej analogii. Latwo jest oceniac innych, a gdy samemu sie w przez to przechodzi, to czlowiek ma nadzieje. Bo mysli, ze przeciez byla taka wyjatkowa bliskosc i intymnosc, i  jak nie my, to kto, a my to jak monoli. I tacy zgrani,  i on facet z osobowscia, ktory moze sie podobac. A tak naprawde to nic nie znaczy. Mezczyzni sa inni. Nie maja takich sentymentow. I w pewnym wieku bez soporow wiaza siez  pania, ktora im se podoba, zeby miec kawalek domu i staly seks, a rownoczesnie szukaja milosci na zycie. Wlasnie zaobserwowalam kolejny taki przypadek.

I jednak nie uwolnilam sie od wspomnien, choc ominal mnie dworzec krakowski. Ale ta sytuacja cos bolesnego ozywila. Cos, co bym chciala wymazac z zycia. Ze tez bylam takim wypelniaczem zycia do czasu znalezienia lepszej.

W tamte urodziny 3 lata temu bylam bezgranicznie szczesliwa. Choc zyczenia M. byly sztampowe, a prezent, choc drogi, banalny. I do tego wreczony dopiero wieczorem, przy kolacji podanej oczywiscie przeze mnie. Niby dosrzegalam, ale staralam sie nie dostrzegac, ze zabraklo wtedy  u niego bezinteresownej checi sprawienia mi radosci.

A dzis rozplywam sie w serdecznych zyczeniach od bliskich. Kilku kolegow zaskoczylo mnie cieplymi, osobistymi zyczenia - cos, na co kiedys nie umial siie zdobyc facet, ktory twierdzil, ze kocha. Coraz bardziej gorzko widze przeszlosc. Ale cos sie powoli rozjasnia przede mna, choc juz nigdy nie odzyskam dawnejgo ufnego podejscia do zycia. Inna rzecz, ze bedac kobieta po 40 trudno byc mlodzienczo naiwnym;)

Zycie robi nespodzianki. Spakowalam sterte ksiaze, tablet, zapasowe buty i dzinsy ze swiadomoscia, ze bede nocowac w Zakopanem i chodzic w gory na lekko. Tymczasem jestem na Glodowce  najrizsadniej bedzie jutro z Brzezin nielubiana przez mnie droga dluga i nudna poczlapac na ciezko do Murowanca. Oczywiscie nie mam spiwora ani kondycji, do tego nie wiem, czy w Muroowancu sa miejsca, ale skoro jestem tu gdzie jestem, to alternatywe mam srednia. No nic, to nie Everest, w najgorszym wypadku spotkam niedzwiedzia, a nawet kijkow trekkingowych ze soba nie mam do odganiania misiaczkow.

środa, 15 października 2014

Dziś miła niespodzianka. Znajomi, którzy wiedzieli, że zamierzam zdezerterować z własnych okrągłych urodzin w góry, zaskoczyli mnie wizytą z tortem i szampanem:) Pierwsze obchodzenie czterdziestki już za mną. Zasadnicze urodziny obejdę... szerokim łukiem;)

Ale było to bardzo miłe. Choć porządek w moim domu, hmmm, pozostawiał wiele do życzenia. Aczkolwiek po tym, gdy ostatnio opiekowałam się kotami D. w czasie jej dłuższego wyjazdu, gdy na co dzień zajmował się nimi jej facet, zmodyfikowałam nieco definicję bałaganu;) Jemu nie przeszkadzały nawet resztki ptaka, który opuścił wnętrze kocie i zaległ na podłodze. Ale W. często bywa  w Azji, więc podobnie jak ja podejście do porządku ma z pewnymi naleciałościami Wschodu.

Wieczór więc był bardzo udany, do tego V. opuścił moje podwoje z ... biletem do Erewania;) V. jest Ormianinem, a akurat jest promocja w Locie. E. mająca głowę do interesów przekonała go, że w styczniu jako sprzedawca i tak wiele nie zarobi, ja przekonałam V., że to, że nie ma przy sobie kasy nie jest żadną przeszkodą i tak V. drugi raz w ciągu ostatnich 20 lat odwiedzi swój kraj ojczysty.

Poza tym tak różowo nie jest, ale odganiam niechciane myśli, na razie skutecznie. Może nie powinnam odganiać, ale się z nimi zmierzyć, bo chyba tylko to jest metoda uporania się z przeszłością raz na zawsze, ale mam tyle roboty, że siłą woli skupiam myśli to narzędziach ogrodniczych, to na cmentarzach, a to znów na problemach ubezpieczeniowych małych firm. Nie do końca jest to to, co chcę w życiu robić, a wolność daje to też iluzoryczną biorąc pod uwagę to, ze dochodzi  godzina 23, a jeszcze nie skończyłam szychty, ale możliwość pracy w kocim towarzystwie jest jednak nie do przecenienia.A gdy psychika się unormuje, wrócę do ciekawszych tematów.

piątek, 10 października 2014

Wspomnienia wracają na miejsce wspomnień, a nie wyskakują w teraźniejszości, życie od razu zaczyna toczyć się normalnie. Zapewne do czasu. Rady, żeby nie myśleć o przeszłości, są kretyńskie. Człowiek, który nie doświadczył stanu, gdy przeszłość odczuwa z siłą teraźniejszości nigdy nie zrozumie, że to nie jest kwestia myślenia czy przypominania sobie. To po prostu uruchamia się niezależnie od woli.

Teraz, kiedy funkcjonuję normalnie, wspomnienia też bolą, ale zasadnicza różnica polega na tym, że mogę nad nimi zapanować i nie myśleć, jeśli się do tego zmuszę. Bo te wspomnienia dotyczą czegoś, co było kiedyś, a nie tego, co nagle powraca jak żywe.

Dziś mam taki dzień, że wspominam, bo akurat 3 lata temu był fajny i ważny dzień, chłodny, piękny, z przejrzystym powietrzem, przerozmawiany o ważnych sprawach. Ale to jest nic w porównaniu z założeniem rodziny i powołaniem na świat dziecka. Biorąc pod uwagę zakończenie, to wszystko to było niczym.

To, co najczęściej do mnie wraca, to lodowata obojętność M. zaraz po rozstaniu. Przeważnie rozstający się ludzie odczuwają jakieś emocje, choćby negatywne, jak żal do kogoś czy złość. M. był całkowicie obojętny, mimo że kilka dni wcześniej zaaranżował romantyczne walentynki i snuł ze mną wspólne plany. Po czasie ten szok czuję w sobie najsilniej. Dziś nie pojmuję, ze wtedy nie domyśliłam się, że chodzi o inną kobietę. Taka obojętność zawsze związana jest z tym, że uczucia skierowane są w inną stronę.

Dawałam się wykorzystać i M. i jego siostrze ze szwagrem. Poczynając od ich wesela, na którym świadkowałam, a zostałam poproszona o robienie zdjęć, a przed samy ślubem także o filmowanie. Głupio było odmówić, ale czułam się kretyńsko, gdy wszyscy siedzieli za stołem, a ja na szpilkach biegałam  co chwila do kamery, żeby ując różne momenty. Potem dałam się wrobić w jeżdżenie po supermarketach budowlanych w imię wicia gniazdka, a M. plany wspólnego spędzania czasu uzgadniał z siostrą i szwagrem, nie pytając mnie o zdanie. I znowu głupio było powiedzieć, że szkoda wieczoru na oglądanie kretyńskich filmików, wysłuchiwanie zwierzeń o szefach, kombinowanie, jak by tu się pozbyć odziedziczonej rodzinnej biblioteki oraz narzekanie na agentów z PO. Mało tego, pożyczyłam M. kasę na remont, którą on mi później oddawał miesiącami, bo mu przecież pieniądze na nową damę były potrzebne, a wiem z doświadczenia, że na początku znajomości on lubi być hojny. Jeździłam do Krakowa częściej niż M. do Warszawy, bo przecież wiliśmy to gniazdko niby dla nas. A gdy szwagier M. zamówił zakupy w Warszawie, chcąc oszczędzić na przesyłce 10 zł poprosił mnie, żebym jechała na drugi koniec miasta mu to odebrać, a M. nie zaprotestował, bo przecież "tyle szwagrowi zawdzięczamy, on nam pomaga mieszkanie urządzić" i tylko dlatego nie dałam rzeczonemu szwagrowi 10 zł, żeby skorzystał z poczty. Teraz, gdy na to patrzę, widzę tylko własną ślepotę. Facet z klasą powinien w takiej sytuacji stanowczo zaprotestować przeciwko wykorzystywaniu jego dziewczyny, a od ludzi na tym poziomie skąpstwa najlepiej się trzymać z daleka. A takich drobiazgów było mnóstwo.

Nawet nie mogę powiedzieć, że miłość była ślepa, bo nie była. Widziałam to, tylko w imię miłości tolerowałam. Nie wiem, w którym momencie popełniłam błąd, wchodząc zbyt głęboko w związek. Ta granica jest subtelna i jeśli trafi się na kogoś, kto umie sprawnie wpływać na ludzi, łatwo dać się skołować. Ciągle odplątuję te niteczki i nawet teraz, gdy jest w miarę dobrze, łapię się na próbie zrozumienia. Choć jedno, co zrozumiałam, to że drugi człowiek, nawet gdy wydaje się podobny i pasujący do mnie jak druga skóra, jest zupełnie inny i może kierować się w życiu pobudkami, które są dla mnie nie do ogarnięcia.

poniedziałek, 22 września 2014

Jest coś, w czym jestem ekspertką. To rozwalanie sobie życia. Obiektywnie mam dużo, a subiektywnie czuję się bankrutem. Filozofuję i psychologizuję, skąd się bierze to, że przeszłość czuję tak silnie jak teraźniejszość.

Dwa lata temu byłam z M. we Lwowie, a o tej godzinie już chyba na granicy w Medyce. Cudowny stan zakochania - jeszcze nie miłości. Poznawanie wzajemnie siebie i swoich światów. Piękny witraż we lwowskiej kamienicy i moje łzy w kolejce na granicy, gdy zdałam sobie sprawę, że nie dotrę na czas na spotkanie jury konkursu, w którym byłam jurorką i które to spotkanie było terminem do mnie dostosowane. I M., który stanął na wysokości zadania i wpadł na pomysł, jak przyspieszyć pokonanie przeszkody. Pizzeria w Przemyślu i M. uszkadzający sobie nogę przy wchodzeniu do pociągu. To ostatnie to wydarzenie znamienne w skutki - mam wrażenie, że gdy M. po raz drugi uszkodził sobie przy mnie nogę, to doszedł do wniosku, że podświadomość mu podpowiada, że ze mną mu nie po drodze.

Błędne koło. 40 na karku uświadamia mi, że to ostatni moment, żeby ułożyć sobie życie, a z drugiej strony nijak nie mogę wyobrazić sobie życia z kimkolwiek innym oprócz M. Mimo wszystko. Mimo upływu lat, jego żony, dziecka, tego że odszedł wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałam i że przeprowadził rozstanie moimi rękami, i że kłamał.

Tonę w czarnej dziurze. Ciągle myślę, co zrobiłam nie tak, czy źle wybrałam, czy później coś schrzaniłam, a z drugiej strony wiem, że jeśli pokochał inna i poczuł, że to tak, to i tak nic nie mogłam na to poradzić. Najgorsze jest to, że nic mnie nie interesuje, nie potrafię normalnie funkcjonować. Kończą mi się pieniądze, mam nowe zlecenia, ale nie potrafię pisać. O tekstach dziennikarskich już nawet nie wspominam, bo to leży. W czasie wyjazdu odebrałam telefon od jednej ważnej pani z gratulacjami świetnego tekstu i że młode pokolenia dziennikarzy powinny się ode mnie uczyć. Jakoś dwuznacznie to odebrałam;) I nie wiem, jakim cudem przed wyjazdem napisałam dobry tekst. W każdym razie cudem napisałam.

To jest mistrzostwo w rozwalaniu sobie życia. Nikt normalny tyle czasu nie cierpi po krótkim związku, który na dodatek zakończył się w taki sposób. Na dodatek mając możliwości związania się z kimś innym, bo kolejnym cudem jest to, że pojawiają się wokół mnie jeszcze zainteresowani mężczyźni, mimo że nigdy w życiu nie wyglądałam tak źle jak teraz. Nawet gdy nie spotykam się z ludźmi, to zaczepiają mnie na ulicy panowie próbujący się umówić. Ale co z tego, skoro nikt nie jest M., a to z M. weszłam w bliskość nie do zastąpienia.

W Armenii miałam taki moment, gdy jechałam taksówką i pędził na nas tir, który wyprzedzał na trzeciego. Jechał prosto na nas i byłam pewna, że nie uda nam się uniknąć zderzenia czołowego. Pierwsza myśl była: "nareszcie" i gdy taksówkarz gwałtownie skręcił w bok i uniknęliśmy kraksy, poczułam rozczarowanie.

Nie wiem, czy mam jeszcze szansę na normalne życie. Coraz bardziej w to wątpię. W tej chwili pędzę po równi pochyłej w dół. Nie poznaję siebie. Jeszcze jakoś trzymają mnie koty, które tak pięknie pokazują, że mnie kochają. Mówi się, że zwierzęta nie mogą kochać, że to instynkt albo zaspokojenie potrzeb, ale widzę, że to nieprawda. Potrafią kochać bardziej niż ludzie. I bezinteresownie. Moim kotom było dobrze pod opieką mojej Mamy, a i tak tęskniły. Zwłaszcza Żbiczka, która teraz nie odstępuje mnie na krok. Patrzy w oczy, zagaduje, w nocy śpi ze mną pod kołdrą, w dzień przytulona do mojej nogi, a gdy wychodzę, przytrzymuje mnie ząbkami i łapkami. Cieszę się z nich bardzo, ale z drugiej strony ciągle myślę o tych biedach skrzywdzonych prze człowieka, otrutych, męczonych, porzucanych czy oddawanych z domu. Internet jest pełen informacji o zwierzętach potrzebujących pomocy, a wszystkim pomóc się nie da. Nie mogę więcej przygarnąć, chwilowo nawet finansowo nie mogę wspierać.

Przed chwilą Pumek obudził się i zaczął smętnie miauczeć. Kocice oraz razu też wybudziły się ze snu i niepomne na nieporozumienia z Pukiem przyglądają mu się z niepokojem. Kocia solidarność - to w nich lubię:)

sobota, 20 września 2014

Wróciłam do domu. To był najmniej udany wyjazd ze wszystkich moich podróży. Owszem, momenty był fajne, spotkałam dobrych i gościnnych ludzi, przeżyłam przelotną fascynację, ale nie uciekłam od tego, co boli. Do tej pory podróże jakoś mi pomagały, teraz nie. Cały czas przypominał mi się Krym sprzed 3 lat i miałam paskudną świadomość, że M. ma żonę i dziecko z inną, a ja ciągle i nieustająco czuję, że to była moja miłość życia, że choćbym nie wiem jak krytycznie podchodziła do tego, jak się zachował, to i tak nie potrafię wyzbyć się pamięci wspólnych chwil i poczucia, że wpasował się doskonale w moje oczekiwania. No i przede wszystkim że była między nami więź, która z moje strony zaangażowała wszystkie możliwe aspekty życia. Wprawdzie wieź oznacza relację dwóch osób, a tutaj pewna jestem tylko tego, co sama czułam, ale jednak byłam w tym ze świadomością tej więzi. W Armenii M. śnił mi się ciągle, a gdy mi się nie śnił, to przyśniło mi się drzewo jako metafora tego związku. Drzewo miało głębokie i bardzo rozgałęzione korzenie. Gdy zostało ścięte, korzenie i tak pozostały i wyrywanie po kawałku nie załatwiło sprawy istnienia drzewa.

Czas nie biegnie dla mnie linearnie, ale koliście, a raczej spiralnie i gdy pogoda przypomina mi o tym, co minęło, to wchodzę w przeszłość. W sumie to jest zgodne z naturą, cykl za cyklem, rodzenie się i umieranie. I ciągle na nowo czuję ból odrzucenia, tyle że wiem już to, czego nie wiedziałam przy rozstaniu, że było to odrzucenie dla innej. Powinnam się wkurzyć i iść do przodu, ale ten zawracający czas nie pozwala. Uczucia złośliwie tkwią w miejscu.

Nie mogę powiedzieć, żeby wyjazd był całkowicie do niczego, bo mimo że popłakiwałam pod okularami przeciwsłonecznymi i najbardziej byłam zainteresowana własnym wnętrzem, to i tak coś we mnie osiadało i zostawało. Samotne wyjazdy są niezwykle intensywne, człowiek nawet gdy nie chce, to i tak otwiera się na innych, przełamuje jedne stereotypy i tworzy nowe, widzenie świata pogłębia się i poszerza. Bez podróży nie byłabym sobą, a mimo to czuję, że nieprędko wybiorę się gdzieś dalej. Najpierw muszę zwalczyć to, co mnie boli.

Na drzwiach do bloku powitał mnie nekrolog. Umarł mój najbliższy sąsiad. Jedyny, z którym utrzymywałam kontakty nieco większe niż zdawkowe. Dwa lata temu sąsiadowi zmarła żona i chodził poobijany psychicznie jak ja po rozstaniu z M., ale starał się dzielnie trzymać. Nieodmiennie, mimo utraconej jednej nogi, schodził z 4. piętra na zakupy i nigdy nie pozwalał sobie pomóc. Rozumiem, że mnie nie pozwalał - był szarmancki i nie wyobrażał sobie, że kobieta może nosić mu zakupy. Ale panowie, którzy u mnie bywali, też to proponowali i sąsiad również odmawiał. Sąsiad nie był młody, chorował i widać było, że nie jest mu dobrze na świecie, więc z jego punktu widzenia pewnie dobrze, że odszedł na drugą stronę. Ale mi żal. Gdy ostatnio się widzieliśmy, wzięłam na ręce Luftmyszę żeby mógł ją pogłaskać, bo lubił zwierzęta bardzo. Smutno teraz będzie bez sąsiada.

piątek, 19 września 2014

No i zbliza sie powrot. Koniec pobytu okazal sie lepszy niz poczatek, spotkalam dobrych, serdecznych i goscinnych ludzi, polazilam po blocie, posulam sie po nieznanych gorach i doszlam do wniosku, ze brak rozsadku daje najciekawsze wrazenia w podrozy. To jedna z przyczyn, dla ktorych jezdze sama: nikt z moich znajomyc nie jest zdolny do takich szalenstw i nieodpowiedzialnosci, odkas S.sie ozenil. No ale ja za S. nie chcialam wyjsc, jednak wspolne upodobania do spedzania czasu w gorach to za malo na zycie. M. w takie miejsca jak ja za to nigdy by nie polazl, bo jest na to za delikatny i za bardzo nie lubi byc brudny. Gdy wczoraj gonilam blotnista droga, zeby zdazyc lapac autostop prze zmrokiem, poyslalam sobie, ze w smie nic dziwnego, ze M. wolal kobieca kobiete skupiona na domu i dbaniu o siebie, umalowana, ze zrobionymi wlosami  i polakieroanymi pazukami d takiej, ktora ublocona po kolana szuka po gorach monastyru.Oczekiwania kobiet i mezczyzn sa rozne.

O wczorajszej wyprawie napisze po powrocie na wschodnim blogu. Strasznie mily dzien byl. Poszlam na zywiol, bez zadnych planow, a do hotelu wrocilam polzywa poznym wieczorem. Dzis za to przy wykwaterowaniu zgrzyt. Hotel postsowiecki, Kirovakan - nza mowi sama a sebie. Recepcjonistka byla przemila. Dzis dalam klucz i  poprosilam o weanie taksowki, a pani poszla obejrzec pokoj bez slowa i dopiero potem wezwala taxi. Jakos takniemilo, mimo ze w pokoju zostawilm porzadek oraz napiwek.Tak tu jesrt roznie i nieprzewidyalnie.

Teraz jestem  w Erewaniu u S. Tra wlasni e rodzinno-kolezenska wideokonferencja rzez skype z udzialem telefonu, nie chce przeszkadzac, wiec polozylam sie z tabletem i pisze.Zwiedzilam dzis Metanandaran, gdzie wystawione sa  manuskrypty i rozne ksiazki, pare polskich tez sie zebralo. Piekne rzeczy i niesamowite. A teraz pismiennictwo w Armenii kuleje, ludzi czytajacych nie idac, ksiegarni bardzo malo, w dommach ksiazek jest niewiele. Narod dumny z historii i pismiennictwa i zyjacy przeszloscia w ogole w przyszlosc nie patrzy, ale dawne wartosci stracil. Mam wrazenie, ze Ormianie sa w zlym okresie historii teraz i jasnej przeszlosci im ne wroze. Nie powinnam patrzec na nich tak krytycznie, bo jednostkowo jestem taka sama, zasklepiona w dawnych krzywdach, nie mogaca oderwac sie od przeszlosci,  a czas nie plynie dla mnie liniowo, tylko spiralnie. Moze powinnam wlasnie taka nauke wyniesc z tej podrozy, ze siedzac  przeszlosci mentalnie upodobnie sie do Ormian jako narodu i tak samo marne na tym wyjde. Choc z drugiej strony nie wiem, czy  ztakim podejsciem mozna cos zrobic. Niektorzy je maja i juz.

Podwieczorek u S. wyglada tak, ze schodza sie sasiadki z dziecmi, czasem ktos dolcza na skype i sobie gadaja po swojemu, a ja siedze, ja na tureckim kazaniu. Isc gdzies glupio, wiec siedze, na szczescie z tabletem. Niemniej jednak takie zycie mi sie podoba. Schodza sie tylko kobiety, faceci maja swoje zycie.I w sumie kobietom to sie podoba, moze i faceci w tym czasie   zle sie prowadza, ale co z tego, skoro nikomu to nie wadzi.

środa, 17 września 2014

Mily dzien. Choc klasztorny. Ale juz sie pogodzilam, ze zwiedzanie klasztorow jst glowna atrakcja, O ile nie ma akurat w nich slubow, to mi sie zreszta bardzo podoba. Mimo ze ku oburzeniu lokalesow z kilku hitow zrezygnowalam.

Rano taksowkarze przescigiwali sie w atrakcyjnych ofertach, a gdy nie dalam sie zachecic, to skierowali do marszrutki, a wieczorem sami zagadywali, jak sie wycieczka udala. Kierowca maszrutki, ktorego podpytalam o widoki po drodze, usadzil mnie z przodu i opowiadala o tym, co mijamy. W Alawerdi zas zajas sie mna taksowkarz-historyk, ktory niedrogo poobwozil mnie po okolicy i pokazal miejsca, o ktoryc w obu marnych przewodnikach, ktore mam ze soba, nie ma slowa.Przy okazji namawial mnie, zebym sama napisala przewodnik o Armenii, gdy sie dowiedzial, co widzialam. I zaprponowal wspolny biznes w postaci obwozenia polskich wycieczek po Armenii. Jakos bym sie tego nie podjela z moim rosyjskim, nie mowiac juz o tym, ze podrozujac w grupie regularnie miewam zadze mordu.

Niestety po drodze znou spotykalm zwierzeta, ktore najchetniej bym zabrala z soba. W Wanadzoerze dokarmilam dwa szczeniaczki  z troskliwa mamusia. Sliczne, wesole, przylepne, pobawily sie ze mna radosnie, a biedaki zyja przy ulicy w chaszczach  pod blokiem, na szczescie, jak ustalilam, dokarmiane przez  miejscowych. A przy klasztorze Sanahin byl mlody kotek. Nie mialam czym go nakarmic, bo szystko oddalam wczesniej psom, a sklepu  poblizu nie bylo, a lokalesi twierdza, ze kotow sie nie dokarmia, bo lowia myszy i ze moge go sobie wziac. Gdybym tylko mogla go jakos wiezc do Polski, tobym sie nie zastanawiala, ale obawiam sie, ze zwirzatko by zostalo na lotnisku w Erewaniu. Wymizilam wiec rozmrucanego siersciucha i wyczyscilam mu potowrnie zaswierzbione uszy. Biedak mruczl przy czysczeniu, widac, ze czul ulge, szkoda ze na niedlugo to wystarczy.

Ormianie nie traktuja zwierzat zle, wiec psy i koty sa w miare ufne i pozbawione agresji. Niestety nikt o nie nie dba, zupelnie, jkby ich tu nie bylo. Chodza wiec chore, zaglodzone i parchate, zime pewnie przzywaja nieliczne, ktore na wiosne sie mnoza i tak trwa cykl. Smutne.

Nie moge patrzec na literowki, ale poprawianie na tablecie, na ktorym sie pisze przy marnej zarowce, to jednak za duzy wysilek dla mnie. Ale tez dzieki temu, ze musze sie streszczac, nie opisuje bolu istnienia i rozterek wewnetrznych, ale skrotowo to, co tutaj robie.

wtorek, 16 września 2014

Armenia to idealne miejsce do odwyku od internetu.Nie ma go prawie nigdzie.Teraz siedze w Wanadzorze w postsowickim hotelu, na dorze ulewa, w pokoju tradycyjnie jedna marna zarowka, wiec czytac sie nie da, lapie wiec wifi, ktore uporczywie ucieka. Ale przynajmniej sie pojawia. W kurorcie Dylidzan kafejki internetowej ani przybytku z wifi w ogole nie bylo, podobnie nad jeziorem Sewan, gdzieza 18$ wynajelam bude z ciepla woda (jak si okazalo, tylko rano, przez caly pozostaly czas wody nie bylo w ogole) i w towarzystwie sympatycznej ciekawskij myszki.

Przyroda w Armenii jest piekna, ale brak szlakow i map utrudnia jej poznawanie. Za to miasta to koszmarki. Swoje zrobil komunizm i trzesienia zeimi, reszty dopelnily bieda i wszechobecne sterty smieci.

Internet ciagle przerywa i trace co mozolnie napisalam na tablecie, wiec pewnie na dzis to wszystko. Wiecej o Armenii napisze na drugim blogu po powrocie. Chyba zbyt duzo sobie obiecywalam po Armenii, bo generalnie jestem rozczarowana. Inna rzecz, ze ostatnio odwiedzalam kraje, ktorym pod kazdym wzgledem trudno dorownac.

Szkoda, ze nie da sie pisac, bo mnostwo spostrzezen mi umknie, a material do myslenia zebralam przebogaty. A w ciemnosciach pokoju recznie raczej pisac sie nie da. Skutek jest taki, ze chodze spac o 20-21, a wstaje z kurami. Kiepskie swiatlo dziala depresyjnie, a i tak przezywam tu chroniczny  kryzys, gdyz wszystko przypomina mi Krym sprzed 3 lat.

A ludzie jak to ludzie, sa rozni. Niekoniecznie tak goscinni, jak fama niesie. I bardzo przesiaknieci komuna. Plus takie ttypowe postsowieckie chamstwo, kelnerki bez prosze i dziekuje, ekspedientki z charakterytycznym yyyeee. Generalnie na poludniu ludzie byli bardziej uprzejmi i goscinni niz na polnocy. Choc tu tez bywa sympatycznie, na plus sa taksowkarze, nieodmiennie pomocni i zyczliwi. Ale postsowieckosc czuje sie tu jednak bardzo i teksnote za ZSRR tez.

piątek, 12 września 2014

Chmury sie pojawily. Wreszcie tak nie grzeje. Dzis jestem nieludzko niewyspana, bo w nocy ktos/cos lupalo mi nad glowa, a o 7 rano gospodarz streszczal innym turystom historie Armenii oraz swoj poglad na wojne ukrainsko-rosyjska. Do tego snilo mi sie mieszkanie M. Koszmar senny polaczony z halasami na jawie.

Tym, co interesuje Ormian, jest Armenia. Historia, geografia i przesladowania. Kazdy, nawet najprostszy czlowiek, wspomina o Armenii od morza do morza, nie biorac pod uwage tego, ze to jednak bylo inne panstwo. Drugie co ciekawi Ormian to zarobki w Polsce i mozliwosc wyjazdu do pracy, ale to akurat jest zrozumiale.

Co jakis czas ktos chce mi sie pochwalic wiedza o Polsce. "Zolnierze radzieccy wyzwolili was od faszyzmu" nieodmiennie wwoluje we mnie zapal do sprostowywania. Raz skonczylo sie na tym, ze pani uznala, ze jestem niedouczona i spytala, ile klas skonczylam;) Innym razem dowiedzialam sie, ze wybitnym Polakiem byl Konstantin Rokossowskij.

Rosjanie sa tu bardzo lubiani, ale temu sie nie dziwie, bo gdyby nie oni, to Armenie by pozarli muzulmanscy sasiedzi. To chyba jedyne miejsce na swiecie, gdzie rosyjskie wojska sa mile widziane.

Jutro chce sie dostac nad Sewan, moze sobie troche odpoczne. Ale prawde mowiac to chyba juz wojaze nie sa moja bajka. Na smutki najlepsze jest przytulenie sie do cieplego kociego futerka. A tutaj na zwierzeta nie daje sie patrzec. Sa strasznie glodne, jedza doslownie wszystko, co dostana. Starych zwierzat nie ma, bo starosci nie maja szansy dozyc. Suki z wyciagnitmi sutkami, pewnie karmiace, wygladaja strasznie. Dokarmiam ile sie da, ale to kropla w morzu potrzeb.  Na granicy oddalam paszport do okienka i zajelam sie dozywianiem psow,  o dziwo sluzby graniczne sie nie czepnely - bardzo milo z ich strony. W Stepanakercie widzialam jednego zadowolonego grubego kota lezacego przy czlowieku. ale czlowiek ten mial ewidentnie jakas chorobe neurodegradacyjna, a ludzie cierpiacy otwieraja sie bardziej na braci mniejszych.

czwartek, 11 września 2014

Wyglada na to, ze bedzie to moj najgorszy wyjazd w zyciu. Ludzie zasypuja mnie pytaniami, dlaczego nie mam meza. Odpowiadam, ze nikt mnie nie chcial, ale to nijak nie konczy tematu. Bo mowia:

- ze 40 lat znaczy, ze jestem stara i powinnam juz miec dzieci, jesli nie wnuki,

- 40 lat to jeszcze nic straconego i znaja takiego, co ma 35 lat i moze sie ze mna ozenic,

- jestem krasawica i to niemozliwe, zeby nikt mnie nie chcial itp.

Piluje to moje nerwy do granic mozliwosci. Co do samej podrozy, to bywa roznie. Miasta sa tak potwornie brzydkie, ze to az fizycznie boli. Taka radziecka klasyka. Przyroda za to jest piekna. Bylam w Tatevie, ulokowalam sie u babuszki Swietlany, ktora sie mna opiekowala niczym rodzona babcia. Poszlam w gory na szlak wytyczony przez Polakow. Mapy oczywiscie nie bylo, ale oznakowanie rewelacyjne, rodacy sie postarali. Zgubilam sie tylko w jednym miejscu, co jak na moje mozliwosci w tym temacie jest ogromnym sukcesem. Szlak jest tak masochistyczny, ze tylko Polacy mogli go poprowadzic. W informacji turystycznej babka nic o nim nie umiala powiedziec i nie odradzila go w upal, z czego wnioskuje, ze nim nie przeszla. Mialo byc 5 godzin, zajelo mi 6,5 i momentami myslalam, ze padne i poczekam, az jakis chlop pojdzie po bydlo i mnie znajdzie. Najpierw pod gorke, potem przez las, potem z gorki taka scianka ok. 1 km roznicy wzniesien po piargach, potem przyjemna rzeczka, a na deser po gorke podobna roznice wzniesien, ale na patelni, bez skrawka cienia, a bylo w sloncu dobrze ponad 40 stopni. Gdy doszlam do wsi, facet mnie spytal, czy mam przy sobie bron, bo tam sa wilki... I on by tamtedy sam nie poszedl;) Gdybym wiedziala, jaki to jest szlak, tez bym nie poszla. Final wycieczki byl taki, ze nie zdazylam na ostania kolejke linowa i wzielam taksowke,  a taksowkarz wykorzytsal moja przymusowa sytuacje i kazal sobie zaplacic 3 razy wyzsza cene niz normalnie. Do tego pchal lape na moje kolano i dopiero gdy wyjelam komorke, zaczal pilnowac kierownicy.

Trafil mi sie tez przystojny i interesujacy amant, ktory chce sie zenic;) Nie powiem, obwiozl mnie po okolicy, pokazal mnostwo ciekawych miejsc, nakarmil i napoil. Gdybym mogla zweryfikowac informacje o jego stanie cywilnym, zapewne bym ulegla pokusie. A tak przynajmniej poczulam, ze jeszcze mnie faceci kreca. Tyle ze to w zaden sposob nie sprawia, ze dusza boli mnie mniej. Ciagle mam przed oczami M., na co wplywa i wszchobecny rosyjski, i klimat miejsca przypominjacy Krym, i pytania lokalesow. Co ciekawe, wyparlam z glowy rosyjski. Totalnie. Niewiarygodne, ze 3 lata temu poslugiwalam sie nim swobodnie. Teraz odblokowalam sie dopiero wtedy, gdy zaczelam flirtowac z Hakobem.

Swoja droga poznalam go w okolicznosciach nieciekawych. Czekalam w Goris na marszrutke do Stepanakertu. Poszlam do knajpki, a lokalesi z sasiedniego stolika nachalnie do mnie machali, a potem zamowili mi szaszlyk i wodke. Kelnerka oburzyla sie, ze nie chce z panami miec do czynienia, wiec opuscilam lokal, klapnelam na murku i wsadzilam nos w ksiazke. Tam wszedzie sa glodne psy i gdy zobaczylam pizernego mlodego pudla odganianego brutalnie od stolika to sie po prostu rozplakalam z bezsilnosci. Czulam wspolnote z tymi biednymi stworzeniami, samotna, poczulam, jak fajnie bylo na Krymie, gdy M. mnie chronil przed tymi sowieckimi zachowanimi ludzi jakos. Zalozylam okulary i kapelusz, zeby nie bylo widac lez i tak sobie czekalam. A panowie niestrudzenie zapraszali, ale coraz grzeczniej. Podchodzili do mnie i prosili, zebym z nimi usiadla, ze nie msze rozmawiac, moge zajac sie swoja lektura. Doszlam do wniosku, ze po godzinie odmawiania, nie uznaja mne za poszukiwaczke przygod i usiadlam z nimi. Panow bylo juz tylko dwoch. Jeden to typowy ochlejus, a drugi okazal sie lokalnym drobnym biznesmenem. Zapytalam, czy handluje bronia, czy narkotykami,. zrobilo sie wesolo i zamiast do Stepanakertu pojechalam do Tatevu, po droze zwiedzaja okolice. A dzis okazalo sie, ze marszrutka do Stpepanakertu odjezdzala z innego miejsca i dlugo moglam na dworcu na nia czekac. Wszyscy, ktorych pytalam, wprowadzali mnie w blad. Hakob rzecz jasna tez, no ale on chcial sie ze mna ozenic, wiec jakos moge mu to wybaczyc;)

Dzis rano opuscilam goscinne podwoje babuszki Swietlany i zaopatrzona w wodke domowej produkcji udalam sie do Dorskiego Karabachu. Dlugo nie moglam zlapac stopa, ale w koncu mi sie pofarcilo - zatrzymal sie fajny facet, jak sie okazalo, jazyd, wiec mi poopowiadal o swojej nacji i religii. Bedzie wracal w sobote do Erewania i moze sie z nim zabiore. Facet ma 45 lat i jest dziadkiem. W zyciu nie widzialam tak mlodzienczego i przystojnego dziadka;)

Stepanakert jest tak brzydki, ze az boli. Turystow jest tu sporo, bo wszyscy chca zobaczyc panstwo, ktorego nie ma. Wzielam taksowke i pojechalam na wschod, zobaczyc miasto widmo Agdan. Do miasta nie wpuszczaja, ale z zewnatrz mozna popatrzec, jak wygladala Warszawa w 1945. pojechalismy do Tigranakertu, sama twierdza nie zrobila na mnie takiego wrazenia, jak pustynia dookola. Nikt nie mieszka, morze kamieni, gdzeniegdzie porzucone czolgi. Dziwne, ze o taka ziemie toczyla sie krwawa wojna. Ale wojny maja to do siebie, ze z zewnatrz wygladaja absurdalnie, a o swoja ziemie i swoj narod ludzie walcza z przekonaniem.

Zaraz pojde na poszukiwania jakiejs kanjpy, bo wprawdzie wlasciciel hostelu - doktor i posiadacz 10 medali z wojny - zaprosil mnie na wieczor do domu, ale zniecheca mnie perspektywa wcinania kolejnego dnia tylko kartoszek, bo w miesozernym kraju tylko to bez miesa oferuja.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62