Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
wtorek, 01 września 2015

W "Pulpecji" Małgorzaty Musierowicz jest taka scena, gdy tytułowa bohaterka oblewa maturę z matematyki mimo tego, że komisja bardzo chciała, żeby zdała. Przypomniało mi się to dzisiaj, kiedy poległam na egzaminie na prawo jazdy mimo tego, że egzaminator robił wszystko, żebym ten egzamin zdała. Niestety jego wysiłki okazały się daremne, gdyż dwukrotnie położyłam parkowanie równoległe i wyznałam szczerze, że tego nie umiem. Zdaje się, że nawet to uszłoby mi na sucho, gdybym chwilę później nie włączyła się do ruchu prosto pod koła ciężarówki. W tych okolicznościach egzaminator nie miał innego wyjścia niż nie zaliczyć mi egzaminu, a ja odetchnęłam z ulgą, gdyż cała noc walczyłam z koszmarem sennym, że mam uprawnienia do prowadzenia pojazdów i muszę na ulicach dawać sobie radę bez instruktora. W zasadzie było mi przykro tylko ze względu na tego miłego człowieka pełnego dobrych chęci oraz na zmarnowane 144 zł.

Już idąc rano na egzamin wiedziałam, że zrobiłam błąd, ulegając instruktorce, za której namową zdawałam już teraz, mimo że czułam się nieprzygotowana. Zresztą ona najpierw mnie namówiła, a wczoraj przez całe zajęcia darła się na mnie albo wyzłośliwiała na przemian. Ona nie zwraca uwagi na normalnie, tylko rzuca hasła, że zniszczę jej cenny samochód, a to tak, jakbym od kogoś pożyczyła najlepszą torebkę i oddała ją z oberwanymi uszami, drąży z maniackim uporem, dlaczego wjechałam na krawężnik czy źle zaparkowałam, zupełnie jakbym robiła to złośliwie, a nie z powodu braku umiejętności, ma pretensje, że nie robię notatek, a okrasza to wszystko komentarzami w stylu "księżniczka znowu nie zauważyła/nie zrobiła". Na szczęście po 2 miesiącach milczenia odezwał się poprzedni instruktor, a on jest opanowany i po dłuższym odpoczynku ode mnie potrafi z siebie wykrzesać cierpliwość.

W tych okolicznościach niestety muszę siedzieć w Warszawie ku utrapieniu kotów, które nie mogą korzystać z balkonu. Na szczęście udało się jakoś opanować strajk kuwetowy, tylko Żbiczkę jeszcze muszę wysadzać na nocnik, bo sama nie raczy chodzić za potrzebą. Moje koty są bardzo bystre. Nauczyły się, ze na balkon się nie wychodzi i nie czatują, żeby czmychnąć, gdy wieszam pranie na balkonie. Rekompensują to sobie spacerami po klatce schodowej.

Z kolei ja rekompensuję sobie przymusowy pobyt w Warszawie krótkimi wycieczkami pod miasto. Ostatnio odkryłam urodę Otwocka i pomyślałam, że mogłabym tam zamieszkać. Pomyślę sobie o tym jeszcze.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Odkryłam, że pokątne siknie uprawia nie tylko Żbiczka, ale też Dyzio. Żbiczka preferuje siusianie z antresoli, Dyzio woli zasikiwać materac na dole. Oczywiście wszystko co się daje przykrywam folią i ceratami, ale nie wszystko się daje, no i folię można przecież odsunąć, żeby sobie siuśnąć z większym sukcesem. Od rana poluję na Żbiczkę z pojemnikiem na mocz, żeby złapać do badania i zawieźć do weta, ale koty głupie nie są i tak załatwiają swoje sprawy, żeby człowiek z pojemnikiem nie zdążył. Zresztą fakt, że jest to zachowanie zbiorowe wskazuje raczej, że przyczyną nie są problemy ze zdrowiem, tylko stres związany z trudną sytuacją.

Balkon wyjęty z użytkowania nadal i nie wiadomo jak długo. Okazało się, że wspólnota nie zgodziła się na zainstalowanie daszków nad balkonami na ostatnim piętrze, a administracja jakoś zapomniała o tym poinformować osoby nieobecne na zebraniu. Zresztą żadnego głosowania nie było, nie wiem nawet, jak to się odbyło. Nieobecność na zebraniu się na mnie zemściła.

Na zainstalowanie daszka na własny koszt nie godzi się zarząd. A zrobienie tego bez zgody wspólnoty byłoby samowolą budowlaną. Do tego samowolą wysokiego finansowego ryzyka, gdyż mogłabym być obciążona kosztami przy jakichkolwiek problemach z elewacją, która jest właśnie remontowana. Ostatnie piętro, balkon na całą długość mieszkania, okna od podłogi do sufitu i brak zadaszenia. Rewelacja. Najgorsze, że gdy nie będzie daszka, to będą problemy z zamontowaniem siatki zabezpieczającej koty. Jak powiedziała E., wysokiej klasy ekspert ds. budowlanych, jakoś da się założyć siatkę, ale będzie to kosztem powierzchni użytkowej balkonu. I generalnie wtedy z balkonu będę mieć marny pożytek.

Sąsiadka, która nie chciała daszka u siebie, bo woli markizę, mówi, że po co mi siatka, skoro gdzie indziej koty chodzą po balkonie bez siatki. Ona tak bardzo lubi kotki, co powtarza mi za każdy razem, gdy ją spotykam. Uwielbia, ale nie może ich mieć, bo synowa jest uczulona. A takie myślenie... Zresztą czy takie myślenie powinno dziwić? Ostatnio na profilu fejsbukowy jedna moja znajoma napisała o kocie jej sąsiada, który spadł z balkonu. I na to pojawiły się komentarze, że koty spadają na 4 łapy, ktoś nawet napisał, że jego kotka to by nawet wypadek przeżyła, gdyby coś nie wystawało z balkonu sąsiada. No przecież to tylko kot.... Niektórzy nigdy się nie nauczą odpowiedzialności za żywe stworzenia.

Od jakiegoś czasu kiełkuje we mnie myśl o sprzedaży mieszkania, ale sprzedaż niewyremontowanego lokum w czasie, gdy rynek należy do kupującego, może być sprawą trudną i czasochłonną. Albo życie z ograniczoną powierzchnią balkonową. A na razie nie słucham pani premier, która zaleca oszczędność prądu w ciągu dnia. Pralka pierze zasikane rzeczy, wiatrak rzęzi donośnie i próbujemy sobie jakoś radzić z zasikaną rzeczywistością.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wiatrak zdechł. Noc spędziłam w duchocie wdychając aromat kocich siuśków. Rano zwlokłam się reanimować wiatrak. Udało się odpalić jakoś to cudo techniki, ale pracuje tylko na 3. biegu i do tego strasznie głośno. Dzielnie konkuruje z młotem pneumatycznym, który działa na balkonie.

A z młotem był tak. Chodziłam sobie rano w domowej kiecce, która więc odkrywa niż zakrywa, a tu nagle na balkonie pojawiło się dwóch panów. Nie sądziłam, że już dziś się zjawią, więc zaskoczenie było spore. Panowie na mój widok się rozpromienili. Ucieszyli się, że taki balkon się im trafia i zaproponowali, że zdejmą daszek nadbalkonowy, co powinnam zrobić sama. Teraz skuwają gres na balkonie, zaglądając do mnie co chwila, a mimo zamkniętych okien pył pokrywa zasikany dobytek walający się w stertach na podłodze - z przyczyn oczywistych nie mogę teraz tego uprać.

Mogłabym wyjść z domu popracować w cichym mieszkaniu K., której koty mam aktualnie pod opieką. Ale nie mogę tego zrobić moim kotom, które i tak są porządnie zestresowane. Obawiam się, że beze mnie czułyby się jeszcze gorzej. Więc sobie siedzimy. Koty miauczą koncertowo zaniepokojone szukają miejsc dla siebie, a ja próbuję pracować i udawać, że nie widzę, nie czuję i nie słyszę tego, co jest dookoła mnie. Szaleństwo.

Wczoraj był bardzo miły dzień. Dla mnie, nie dla kotów. Spływałam Wisłą. Koty siedziały w mieszkaniu. Dusznym. Na balkon nie wychodzą, bo ze względu na remont elewacji zdjęta jest siatka. W zamian stoją rusztowania, też z siatką. Bardzo gęstą, a jakże. wyobraźcie sobie, jakie warunki panują w tych okolicznościach w moim mieszkaniu.

No więc zadowolona wróciłam ze spływu, gdzie było rześko i przyjemnie. Kotom w domu było wręcz przeciwnie, co wyraziły dosadnie. Całe mieszkanie było zasikane. Dokumentnie. Materac, pościel, parę książek, wiklinowe pudełka, ręczniki. Wrzuciłam do pralki co się dało, uprałam pierwszą część, ale na balkonie nic nie schnie. Zaczęłam szukać winowajcy/winowajców. Bez skutku.

W nocy spałam jak zająć pewna, że któryś mnie obleje. Stawiałam na kocurki. O 6 rano usłyszałam charakterystyczny dźwięk nad głową. Na antresoli Żbiczka właśnie podlewała dywan perski. Szukam przyczyny tego stanu, bo to nie jest normalne zachowanie. Koty nie są złośliwe. Może boi się Dyzia,który chłodzi się na kafelkach łazienkowych i dlatego nie przychodzi do kuwety? Wystawiłam jedną kuwetę do przedpokoju, ale to nic nie dało. Kot zasikał koc.

Żbiczkę muszę zabrać do weta i zbadać jej mocz, ale moja lecznica akurat w tym tygodniu jest zamknięta. Pech. Wymyśliłam, że w pierwszej kolejności zapewnię kotom przepływ powietrza i wyruszyłam do świątyni konsumpcji w poszukiwaniu wiatraka. Prz okazji zaopatrzyłam się w ceraty i folie;) Niestety, w taką pogodę wiatraki schodzą jak świeże bułeczki. W Arkadii ich nie było. Pojechałam do Złotych Tarasów i w Saturnie bez problemu znalazłam wiatraki - kierowali się w ich stronę niemal wszyscy klienci;) Okazało się, że kierownik przytomnie w nocy pojechał po wiatraki do hurtowni;) Wyboru nie było, więc kupiłam większy i droższy wiatrak niż planowałam i zadowolona przytargałam go do domu. Zasikanego zresztą po raz kolejny.

Przy montażu padłam. Okazało się, że trzeba było odkręcić coś, co teoretycznie nie powinno być przykręcone. Pomógł mi w tym dobry człowiek, resztę udało mi się złożyć. I co? Wiatrak nie działał! Całodzienny wysiłek na nic. A koty czują się marnie. W ramach protestu Żbiczka zasikała mi kolejną kołdrę. Na szczęście łóżko przykryte folią ocalało. Niemniej jednak pranie nie schnie, więc kolejne rzeczy czekają na balkonie na swoją kolej w pralce. W pokoju unosi się subtelny aromat kocich siuśków. Co znaczy determinacja. Rozkręcałam i skręcałam wentylator do skutku. Jakość sprzętu jest zdecydowanie nieadekwatna do ceny, ale przynajmniej jest przewiew. Luftmysza od razu się ożywiła, a Żbiczka wpatruje się w dziwne urządzenie w niepokojem. Kocury na wszelki wypadek wyszły z pokoju. Mam nadzieję, że w nocy żadnego pokątnego sikania nie będzie. W tym wszystkim nawet nie poprawił mi humoru jeden pan, który powiedział, że pięknie wyglądam, mam śliczną opaleniznę, błyszczące oczy, lśniące włosy, że o biuście nie wspomni;)

Domyślam się, że ten tekst zniechęca do kotów. Ale z kotami jest tak, że kto jest kociarzem, to ten ból rozumie, a kto nie jest, to nie zrozumie i tak. Dziś dzwoniła do mnie znajoma, fajna dziewczyna, z prośbą o pomoc. Siedzi na działce na Suwalszczyźnie i pod jej dom przychodzą 4 kociaki, galopująco tracące wzrok z powodu kociego kataru. Ona kotów nie weźmie. Może je zawieźć do weterynarza, ale leczyć nie będzie, bo musiałaby dotykać, a że jest matką karmiącą, to się boi toksokarozy. Kiedyś jakiś weterynarz powiedział jej, ze dzieci do kotów to tylko w rękawiczkach, bo z dziećmi ostrożności nigdy dosyć. Więc jest ostrożna.

Daleko mi do autorytetu weterynarza, więc nie wytłumaczę, że złapanie pasożytów od kota nie jest prostą sprawą. Koty mają przekichane. Ciągle pokutują mity o szkodliwości połączenia kota z dzieckiem, a kot i ciąża to już w ogóle, to bezwzględna przyczyna pozbycia się kota. W tym wszystkim brakuje rzetelnej wiedzy. Nie wiem, jak człowiek po nauce biologii w liceum może wierzyć w łatwość złapania pasożytów przez powietrze czy dotknięcie zwierzęcia. Nie mam dzieci, więc nie rozumiem, że człowiek może z lęku o potomstwo wyłączać racjonalne myślenie, choćby na wszelki wypadek. Czasem mam wrażenie, że miłość do własnych dzieci pozbawia niektórych ludzi wrażliwości na inne stworzenia, na innych ludzi zresztą też. Moja znajoma na szczęście szuka jakiejś pomocy dla kociaków. Nie lubi kotów, ale jest dobrym człowiekiem. Nie każdy musi być kociarzem, a najważniejsze to nie przechodzić obojętnie obok czyjegoś cierpienia. Tyle, że nijak nie mam pomysłu, jak zaocznie pomoc kotkom i jak znaleźć dom dla niewidomych kociaków.

poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Sierpień przez lata był moim ulubionym miesiącem, a od pewnego czasu nie znoszę go tak, jak kiedyś kochałam. Sierpniowe powietrze wywołuje we mnie tęsknotę za minionym czasem, różnymi szczęśliwymi chwilami z ostatniego ćwierćwiecza, co tylko przypomina o upływie czasu i o tym, że jest już  z górki, i mimo drobnych radości i zachwytów świadomość tego, że będzie tylko gorzej, że wielu rzeczy nie zrobię, że sił z czasem ubywa, że gdzie nie spojrzeć, tam cierpienie i ze miłość wcale nie jest tym, co nadaje sens, bo jest tylko iluzją - to wszystko sprawia, że czuję się stara i zgorzkniała.

Umarł T. Nie znałam go osobiście, ale sporo o nim słyszałam, bo to kociarz był. Przyjaciel mojej znajomej. Wyszedł na weekend ze szpitala i umarł w  domu, sam z kotami. Tzn. bliscy przybyli, gdy był już nieprzytomny. Koty były mu najbliższe i to one były przy nim w tym najważniejszym momencie. Biedne, teraz strasznie cierpią. Zwierzęta kochają szczerze. T. był dobrym, wrażliwym i samotnym człowiekiem. Czasem myślę, że tacy ludzie odchodzą najszybciej. Brak wrażliwości pomaga w życiu, a człowiek, który czerpie dla siebie, nie przejmuje się tym, na co nie wpływu i nie zamartwia za bardzo otoczeniem, ma więcej siły i energii i choroby go tak nie biorą.

Nie chciałabym osierocić kotów. Dla ich dobra byłoby lepiej, gdybym była z nimi do ich końca. Ale też nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie mieć kotów. A przecież człowiek nie wie, kiedy umrze. Rodzina się przydaje w takich sytuacjach. No, oczywiście nie tylko w takich. Ale rodzina, którą się zakłada. Bo rodzina, z której się człowiek wywodzi, to co innego. Na nią się nie a wpływu. Moja rodzina zwierzęta lubi głownie na talerzu. Już się przyzwyczaiłam, że w temacie zwierząt jestem odmieńcem.

czwartek, 23 lipca 2015

Nie piszę bloga, bo dopada mnie poczucie bezradności i zniechęcenia. Tym razem nie z powodu własnego życia. Rzeczywistość mnie przytłacza. Czytam, że większość Polaków jest przeciwna przyjęciu 2 tys. uchodźców i dociera do mnie, że tym samym z większością Polaków nie chcę mieć do czynienia. A przynajmniej z tymi, którzy na uchodźców wylewają kubły nienawiści. Myślę o ludziach, którzy odesłani w miejsce, z którego uciekli, mają wielkie szanse stracić życie i myślę o tym, jak łatwo jest nam wysyłać innych na śmierć. O ile spokojnie znoszę polityczne swary i żądne rządy, PO, PiS czy SLD nie są w stanie sprawić, żebym nie czuła się w Polsce na swoim miejscu, to ta historia z uchodźcami to sprawiła. Po raz pierwszy poczułam, że w tym oceanie egoizmu jest mi źle.

Ciągle docierają do mnie wiadomości o wyrzucanych czy torturowanych zwierzętach i tu mam odczucia podobne. Nie rozumiem okrucieństwa, nie chcę z hołotą mieć nic wspólnego i przeraża mnie skala zjawiska. Pomagacze pomagają, a ofiar ciągle mnóstwo. W jakim świecie żyjemy?

A ja się czuję źle, jestem osłabiona, apatyczna i zaspana i nie mam pojęcia, gdzie szukać przyczyny. Myślałam, że to od leków, które mi dokuczyły szeregiem skutków ubocznych, ale leki odstawiłam, większość skutków ubocznych minęła, zostały tylko nadmiarowe kilogramy i osłabienie w pakiecie z sennością. Jedynym pozytywem tego kiepskiego czucia jest to, że nie robią na mnie wrażenia fejsbukowe relacje znajomych z różnych wojaży. Nie mogę zazdrościć, skoro nie mam siły jechać. Ale z drugiej strony bardzo bym chciała te siły mieć, bo świat jest kuszący. I tyle jest miejsc do odwiedzenia. No ale nie ma też pieniędzy. W interesie mam zastój. Totalny. Co jakiś czas tak się zdarza, tylko tym razem nie wypracowałam oszczędności. Z własnej winy, bo mogłam, a nawet powinnam. Takie przestoje co jakiś czas się trafiają i racjonalnie jakoś je ogarniam, z nadzieją, że tym razem będzie tak jak kiedyś, czyli się odbiję w pewnym momencie. Ale i tak powoduje to spadek samooceny. I to duży. Tyle że tego rodzaju problemy to właściwie wyzwania. Szukam - fakt, że apatycznie, bo marna jestem, ludzie urlopują - jakichś nowych możliwości. Bank wydzwania z propozycją zwiększenie linii kredytowej i czuję, że jakoś to będzie, bo pieniądze to tylko pieniądze.

Inna rzecz, że to nadmiar kotów przyczynia się do niemania pieniędzy. Wydaję na nie rocznie równowartość dwóch atrakcyjnych dalekich podróży. Gdybym przerobiła  koty na kotlety, mogłabym wreszcie zrobić remont, który jest absolutną koniecznością. Ale kocham te futra, nawet oba czarne łobuzy. Lubię zasypiać obłożona sierściuchami i lubię ten moment rano, gdy otwieram oczy, a tu tup tup tup z każdej strony niewyremontowanego mieszkania, cała piątka biegnie się przywitać. Tylko jak pogodzić koty z wyjazdami? Nawet nie chodzi o zapewnienie opieki, bo to jakoś się udaje, ale o to, że ja za nimi zwyczajnie tęsknię. I źle mi się zasypia bez kotów w pobliżu.

Na razie tak czy siak wyjazdy się odsuwają. Najpierw muszę odzyskać formę, potem zarobić, a dopiero później pomyśleć, czy najpierw remont, czy Islandia, Etiopia bądź Malezja:)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Lubię wakacje i lubię powroty. Podróż była udana, choć wbrew zamierzeniom nie opuściłam strefy komfortu. Maroko jest krajem bardzo turystycznym i przez tydzień trudno się wypuścić gdzieś, gdzie trzeba przełamywać jakieś bariery. O samym Maroku napiszę więcej na wschodnim blogu, gdy się trochę ogarnę.

Po powrocie przywitały mnie stęsknione, choć nieco sfochowane koty, pyszne jedzonko roboty Mamusi oraz stęsknieni redaktorzy, żądni moich tekstów. Jaki to jest inny powrót od tych w czasie, gdy byłam pracownikiem najemnym. Teraz wchodzę w obowiązki w swoim rytmie, piszę z winkiem dłoni i kotem na kolanach, w dawnych czasach był stres, napięcie, sfrustrowani współpracownicy i rozmaici szefowie.

Za to mam zgryz z Dyziem. Okazało się, że on mnie kocha. Wcześniej trzymał się na dystans i nawet byłam zazdrosna, że do gości był wyrywny, a do mnie wcale. A tu zaskoczenie. Pod moją nieobecność chodził zgaszony i smutny, a gdy wróciłam, nie odstępuje mnie na krok. Gada, tuli się, podstawia łepek do głaskania, leży przy mnie, mruczy jak traktor. I przepadło. Przecież nie oddam nikomu kota, który mnie kocha.

Poza tym w Maroku zgrilowałam się jak sardynka atlantycka. Zasnęłam na plaży, przez sen zwinęłam się w kłębek i jestem (p)opalona w widowiskowy deseń. Na szczęście zrobiłam to dopiero ostatniego dnia i dzięki temu wyjazd nie był zmarnowany.

czwartek, 04 czerwca 2015

Iść czy nie iść spać? W sumie to zaraz pobudka... O 4 rano muszę być na lotnisku. Dawno nie jechałam nigdzie tak nieprzygotowana, jak teraz. Z grubsza wiem, co chcę odwiedzić i jak spędzić czas, ale nie wynotowałam żadnych polecanych hoteli, nie posprawdzałam transportu ani cen, nie odświeżyłam liczebników francuskich.

Z wiekiem pakowanie jest coraz trudniejsze. Rośnie liczba rzeczy, które wydają mi się niezbędne. A równocześnie myślę coraz mniej praktycznie. Pewnie jak zwykle okaże się na miejscu że zabrałam sporo rzeczy niepotrzebnych, a potrzebne będę musiała kupić. W ramach zmian pooperacyjnych co innego robię przed podróżą. Nigdy bym się nie spodziewała, że kiedykolwiek przed wyjazdem plecakowym będę sobie robić pazury. A jednak. Rączki zrobiłam u manikiurzystki, nóżki właśnie się suszą. A kocice nie mają zrobionego kocicure. Do tej pory było odwrotnie. Przed podróżami robiłam te zabiegi kocicom, a nie sobie;)

Cieszę się na wyjazd tak jak to dawno temu bywało, ale bez dawnej beztroski. Właściwie to mi żal różnych innych pozapodrożniczych opcji, ale skoro tak się ułożyło, jak ułożyło, to trzeba się cieszyć tym, co jest. Chyba mi się znowu życie wywróciło do góry nogami. Operacje są dobre po to, żeby zrobić porządek w życiu. Wymienili mi się znajomi. Bez żadnych gwałtownych ruchów. Okazało się, że mogę liczyć na inne osoby, niż myślałam. No, nie do końca, są bliscy ludzie stale ważni w moim życiu. I nie jest tak, że mam do kogokolwiek żal, że się nie zainteresował mną, gdy byłam chora. To jest po prostu naturalna konsekwencja relacji, którą trzeba przyjąć i wyciągnąć wnioski. Szkoda, że tak spokojnie nie umiałam podejść do znajomości z M.,  przecież koniec też był konsekwencją czegoś wcześniejszego.

Mam nadzieję, że w podróży nie obudzą się upiory. Chcę cieszyć się oceanem, plażą, pustynią, sukiem i kolorami. Nie biorę ze sobą netbooka ani roboty. Tylko jak wytrzymać tydzień bez kotów?;)

wtorek, 02 czerwca 2015

Nie wiem, co wycięli mi w czasie operacji albo dołożyli, ale wraz ze zdrowiem wróciła dawna ja. Z ciekawością świata, apetytem na nowe i radością życia. Wreszcie śmiało mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.

Wróciła też moja dawna energia, zdrowieję galopująco, czuję się świetnie, nosi mnie i z tego noszenia spontanicznie kupiłam bilet do Maroka. Na najbliższy piątek:) Piszę więc na akord, intensywnie przygotowuję się do podróży i każdą komórką ciała czuję ciekawość nowego. Wybrałam Maroko nie tylko dlatego, że bilety były tanie, ale też chcę się wyrwać ze strefy komfortu i poznać coś nowego, skoczyć na główkę. A w Afryce jeszcze nie byłam. No dobra, chcę też odpocząć i planuję bez żadnej napinki i żadnego "must see" skupić się na delektowaniu si widokami, plażami, oceanem przyprawami, pustynią i co tam jeszcze los przyniesie.

Z tej radości o mało nie spaliłam mieszkania  i nie uwędziłam kotów. Wyszłam wczoraj na basen, zostawiwszy włączony gaz, na którym zalegała pokrywka od patelni. Na szczęście rzeczona pokrywka jest jedyną ofiarą mojej beztroski.

Kotów nadal jest 5. I pewnie tyle zostanie, bo gdy widzę, jak Pumek kocha się z młodzieżą, to nie mam sumienia ich rozdzielać. Trzeba będzie pomyśleć o większym lokum. Choć nie wiem, jak przejść od myślenia do czynów. Dziś dowiedziałam się planach zamknięcia dodatku do gazety, do którego od kilkunastu lat pisuję. Takie niespodzianki nie są ostatnio rzadkie. Ale na razie jest i za dobrze, żeby się nimi martwić.

wtorek, 21 kwietnia 2015

No i jestem w domu. Dopóki byłam w szpitalu, trzymałam się świetnie. A teraz rozsypka. Przeczytałam dokumentację poszpitalną, poszperałam w necie i pękłam. Nie da się ukryć, jestem nieuleczalnie poważnie chora i raczej mogę zapomnieć o życiu bez bólu. Operacja się udała, ale to, co nazywa się udaniem tego rodzaju operacji, nie jest równoznaczne z wyleczeniem (no dobra, o tym wiedziałam wcześniej), ani w ogóle nie oznacza, że można ocenić stan mojego wnętrza. Logicznie rozumując, prędzej czy później będzie ciąg dalszy z komplikacjami, o których wolę nawet nie myśleć. I co gorsza, komplikacje mogą nastąpić niespodziewanie, co w kontekście moich podróży wygląda nieładnie. Wujek google mówi, że teraz ryzyko zgonu wynosiło ok. 8 proc., a ryzyko powikłań było jeszcze większe. Na szczęście zapomniałam wujka googla spytać o to przed operacją, bo jakkolwiek wiedziałam o dużym ryzyku, to szacowałam je na jakiś 1 proc. "Dużość" to jest pojęcie względne.

W ogóle wygląda na to, że lekarze zrobili kawał dobrej roboty i bardzo im jestem za to wdzięczna, do tego udało im się utrzymać mnie w poczuciu bezpieczeństwa, co wymagało dużych umiejętności. Niemniej jednak czuję się wybrakowana, mimo że fizycznie nic mi nie dolega oprócz lekkiego osłabienia i bólu brzucha.

Tak jak w szpitalu przez cały czas byłam pogodna i optymistyczna, tak teraz się rozsypałam. Wróciłam do domu, wyszłam do apteki i spacerując w pięknych okolicznościach przyrody nagle sobie przypomniałam Panieńskie Skały w Krakowie i wszystko to, co miało być, a potem pierwszą diagnozę, gdy M. mnie pocieszał, a od czasu której zaczął się powoli wycofywać ze związku - choć może zbieżność czasowa jest przypadkowa. I znowu zabolało potwornie, bo tam miał być mój dom, rodzina, dzieci, mężczyzna na życie i jedną nogą byłam w innym życiu, a jest to, czego nie miało być: Warszawa, mieszkanie ciągle nie wyremontowane i życie z chorobą na zawsze. A tamto wszystko, na co ja się cieszyłam, ma inna kobieta. A przy tym wszystkim żal nie wiąże się już wcale z utratą M., co do tego pana nie mam od dawna cienia złudzeń i żałuję nie tego, że się rozstaliśmy, ale że w ogóle z nim byłam. Smutek dotyczy tego, że wszystko jest na opak i że tak naprawdę zmieniło się to w mgnieniu oka te nieszczęsne 3 lata temu.

Teraz kończę tekst na jutro, Żbiczka śpi zwinięta na moich kolanach, a Zyzio przytulony do mojego boku. Wysiadająca elektryka słabym, zdecydowanie za słaby światłem przypomina o konieczności remontu, a co za tym idzie - o ty, że wszystko jest nie tak. Jestem w domu, a jest smutno.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67