Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
wtorek, 31 marca 2015

I jeszcze y się chętnie pożyło:) Kiedy pojawia się ryzyko, życie dziwnie zyskuje na smaku. To się chyba nazywa instynkt samozachowawczy;)

Dziś byłam przedmiotem konsylium lekarskiego. Zebrało się nade mną paru lekarzy: ordynator i jego zastępca, szef bloku operacyjnego i dyrektor szpitala ds medycznych, który równocześnie jest moim lekarzem prowadzącym. Posadzili mnie na skórzanej kanapce, stanęli nade mną i uświadomili co do mojej sytuacji. Dowiedziałam się, że operacja jest konieczna. OK. ordynator nie był tak delikatny jak mój lekarz.

- Jest pani piękna i młoda - powiedział na osłodę. - Wydaje się, ze to tylko zwykły ból, ale operacja niesie poważne ryzyko.

- Jakie? - zapytałam w ciężkiej naiwności?

- Zgonu - odpowiedź była szczera. - A jak nie zgonu to uszkodzenia jelit. Niewykluczone, że kilka miesięcy po tej operacji czeka panią kolejna.

Cholera. Okazuje się, że ryzyko zejścia w czasie operacji jest większe niż ryzyko, ze jest to rak. Lekarze sobie pożartowali, że wezmą urlop na czas mojej operacji, bo ta operacja to jest dla nich wyzwanie. Owszem, rozładowało to atmosferę, staram się podchodzić do tego na luzie, w końcu to nie pierwszy raz, kiedy dowiedziałam się, że mogę umrzeć i zasadniczo już przyjęłam własną śmiertelność do wiadomości. Ale i tak po powrocie do domu strzeliłam sobie drinka i pracą zupełnie, ale to zupełnie nie jestem w  stanie się zająć.

Mam szczęście, że jestem pod dobrą opieką. Naprawdę dobrze trafiłam. Lekarze są rzeczowi, rzetelni, przejmują się pacjentem i informują uczciwie o wszystkim, a dla mnie to a zasadnicze znaczenie. Kretyński jest natomiast cały system, bo czuję się tak, jakbym robiła zakupy spod lady. Nie trafiam do szpitala normalnym trybem, bo zeszło by na to kilka miesięcy, a operacja musi być już. Ginekolog, u którego leczę się prywatnie zapisał mnie na operację u siebie w szpitalu w trybie pilny, a konieczną kontrolę serca przed operacją przejdę w Aninie, gdzie przyjmie mnie kardiolog opiekujący się mną od 20 lat. I bynajmniej nie jest tak, że lekarze ci wsadzają mnie do szpitala dlatego, że im płacę. Nie. Kardiolog w ogóle nie bierze ode mnie pieniędzy, gdy chodzę do niego prywatnie, a nie idę teraz prywatnie tylko dlatego, że najbliższy termin a na lipiec, a ginekolog prywatnie liczy tylko za usg, a nie za wizytę. Chory jest system, który nie pozwala człowiekowi choremu znaleźć się w szpitalu w rozsądnym terminie.

Operację będę mieć akurat w okrągłą rocznicę ślubu państwa K., którym świadkowałam 10 lat temu. Tak sobie myślę że to znak, żeby im zapisać w spadku kociarnię;)

Porządkowanie życia swoją drogą, ale ma nadzieję, że wyjdę cała z tego wszystkiego. Tak mi się teraz chce żyć.

poniedziałek, 30 marca 2015

Powinnam być kłębkiem nerwów. A nie jestem. Może dlatego, że wydarzenia biegną w takim tempie, że nie mam czasu na nerwy, bo bardziej się skupiam na tym, żeby wszystko ogarnąć. Poza tym widzę, jak bardzo jestem odległa od punktu, w którym byłam 3 lata temu i to mnie cieszy, bo czuję wolność. Mimo wszystko. Może to poczucie jest kruche, pewnie za tydzień nerwy mi puszczą, na razie jednak podchodzę z pewnym humorem do obecnej sytuacji, która obiektywnie biorąc, jest nieciekawa. Bo nie dość, że może się okazać, że to rak, to jeszcze jest duże ryzyko powikłań. Nie mam grosza oszczędności, a wręcz przeciwnie, świeżo otworzyłam linie kredytową w banku. Moje dochody zależą od tego, co wypracuję, więc jeśli dziadostwo w moim wnętrzu okaże się poważną sprawą, to będzie niewesoło także w tym aspekcie. Do tego teraz nadrabiam braki w umeblowaniu mieszkania - takie łatanie, którego nie lubię. Najpierw miał być remont począwszy od wymiany instalacji elektrycznej, ale siłą rzeczy przesunie się on o parę miesięcy, więc urządzam się prowizorycznie na pobojowisku (raczej pokotowisku, bo to w dużej mierze futrzakom zawdzięczam potrzebę remontu).

A mnie paradoksalnie jest dobrze, choć jest to zupełnie inne "dobrze" niż kiedyś. To jest stan spokoju. Bez planów, bez szaleństw, z pewną rezygnacją. Ale wreszcie bez tego udręczenia, które mi towarzyszyło po rozstaniu z M.

Ostatnio rozmawiając z paroma rozwódkami odkryłam ze zdumieniem, że tego rodzaju doświadczenia, co moje, są całkiem powszechne. I że nawet ludzie po wielu latach związku potrafią odkryć, ze nie znają człowieka, z którym żyli. Ameryki nie odkryłam, ale w moim otoczeniu dominują dobre związki na całe życie i do mnie docierało, że jednak bywa bardzo różnie. Właściwie to nawet moje doświadczenie z M. w porównaniu z innymi to była bułka z masłem. Tyle że konsekwencje tego okazały się zbyt poważne.

Obiecuję sobie, że gdy z tego wyjdę albo raczej jeśli z tego wyjdę w stanie nadającym się do normalnego funkcjonowania, to spełnię parę zaległych marzeń i parę nowych. Ale z drugiej strony - kiedy to będzie? I czy w ogóle? Gdzieś tam pod skórą czai się niepokój. A z drugiej strony trzyma mnie nadzieja na życie bez bólu, w sensie fizycznego bólu, który daje mi mocno do wiwatu od kilku miesięcy.

Dziwne Święta będą w tym roku. Do Mamy pojadę tylko na niedzielę, bo nie mam jak kociarni przewieźć, no i na 2-3 dni nie bardzo jest sens całe towarzystwo ze sobą ciągnąć, a samych z kolei na te 2-3 dni ich nie zostawię. Jutro się dowiem, kiedy dokładnie będą mnie kroić i będę mogła zacząć cokolwiek planować.

piątek, 27 marca 2015

Dziś zaczyna się galop. Dowiedziałam się, ze zaraz po Świętach idę na operację, to nie może czekać. Do tego czasu muszę porobić niezbędne badania, kupić kilka rzeczy do mieszkania, które miały być na po remoncie, zrobić coś z nadmiarowymi kotami i zarobić jak najwięcej pieniędzy, żeby po operacji nie zarzynać się robotą. A w międzyczasie jakoś muszę wyjechać na Święta, choć aktualnie nie mam pojęcia, jak tego dokonać z pięcioma kotami, za to bez prawa jazdy. Które, nawiasem mówiąc, miałam robić w kwietniu. Ale nie zrobię.

Właściwie wiedziałam, że ta operacja będzie, w końcu wiem, jak się czuję od paru miesięcy. I nawet jakoś się na nią cieszę na swój sposób, bo liczę, że po niej wreszcie nie będzie mnie bolało. Bo teraz ból daje mi do wiwatu. Ale podskórnie jest niepokój. Bo zmiana może być złośliwa, bo operacja grozi powikłaniami, bo znowu przez parę miesięcy będę brzydka i bez formy. Bo przed operacją jest lewatywa, a po operacji ból i wyciąganie drenu. No i żadnych wyjazdów, żadnych szaleństw, tylko grzeczne leżenie przez parę tygodni. Szkoda na to życia.

A z drugiej strony dostrzegam zalety tego koniecznego wyciszenia. Czytam "W syberyjskich lasach" Sylvaina Tessona i tęsknię za taką pustelnią, jaką on miał nad Bajkałem. Ostatnio w autobusie tak się rozmarzyłam o drewnianym domu w lesie, ptakach za oknem, psami i kotami przed kominkiem i wódką w w lodówce, że zasnęłam i pojechałam kilka przystanków za daleko. Więc po przedoparecyjnym galopie będzie pooperacyjny spokój. Już zamówiłam sobie parę książek w internecie i w bibliotece, będzie spanie, odpoczywanie, czytanie , pisanie i myślenie. Oby tylko nic się nie pokomplikowało i żeby to nie był rak.

To jest niesamowite, ile znaczy stabilna psychika. Trzy lata temu operacji bałam się panicznie, były one zresztą ponurym dopełnieniem rozstania z M. Do dziś tak mam, że gdy przypomina mi się tamten czas, to łapię się na tym, że automatycznie i nieświadomie zaczynam płakać. Koszmar gdzieś tam w myślach wraca. Teraz przynajmniej mam tylko operację na stanie, to jest ogromny plus w porównaniu z poprzednią sytuacją. Po tamtej historii została blizna, która co jakiś czas się paprze, ale wreszcie mam dystans. Widzę dlaczego tak trudno było mi przyjąć rozstanie do wiadomości - bo nie dopuszczałam do świadomości, że trafiłam na dwulicowego człowieka, który kłamał, że kocha. A ja naiwna nie mogłam zrozumieć, jak to jest możliwe, że nie kocha, skoro tydzień wcześniej kochał i obwiniałam siebie o rozstanie, bo on mówił, że to moja wina, że nie dość dbałam o związek. Dziś jedno, czego żałuję, to jest to, ze w ogóle z tym panem byłam i że go tak pokochałam.

Życie pokazuje, że równowaga jest krucha. Teraz jestem spokojna, za moment mogę się rozsypać. Trzymają mnie zadania. I koty. Sierściuchy coś czują, bo obłażą mnie ostatnio ponadprzeciętnie i są nadzwyczaj zgodne. Kocia młodzież wprawdzie rozrabia, ale jakoś konsoliduje towarzystwo. Jejmość Luftmyszabawi się z dzieciakami intensywnie i jest nadzieja, ze trochę przy tym schudnie. A Pumek rozpuszcza Dyzia i Zyzia jak dziadowskie bicze. Ciągle je obejmuje, przytula, liże i pozwala sobie wchodzić na głowę. Szkoda będzie pozbyć się kocurków, ale na razie jest to problem hipotetyczny, bo i tak chętnych na nich nie ma.

 

czwartek, 12 marca 2015

Cały dzień jeździłam z instruktorem, a i tak mam wrażenie, że dopiero zbliżam się do poziomu, na którym jeździłam kilka lat temu. Z jednej strony to deprymujące, a z drugiej cieszę się, że znowu wróciłam do dawnej przyjemności. Rześkie powietrze, okruchy śniegu spod nart upadające na twarz, pęd powietrza, przełamywanie lęku, piękne widoki i lekki ból mięśni przypominający o tym, że je jeszcze mam. Uwielbiam to. Wprawdzie szusuję na takim poziomie, że zamiast Alp powinnam eksplorować Bełchatów, ale nie szkodzi. Coraz mniej boję się prędkości, a do jazdy wyczynowej nie mam aspiracji.

Wylegiwanie się w basenie termalnym pod chmurką, gdy padał śnieg, miało w sobie coś kiczowatego. Para wodna, płatki śniegu wirujące na tle ciemnego nieba - to przenosi w inną rzeczywistość. Pełen relaks.

Patrzę na tłumy narciarzy na stokach i widzę absurdalność tego sportu. Kupa pieniędzy na to idzie, ogromne inwestycje, sprzęt, wyposażenie, ciuchy, podczas gdy większa część świata pogrążona jest w nędzy. Taka pogoda dla bogaczy. Wyciągi wywożą ludzi do góry i potem te tłumy przy pomocy desek przenoszą się na dół. A równocześnie jest takie przyjemne. Chyba żaden sport tak nie regeneruje psychicznie, dotlenia, poprawia humor, dodaje energii, a przy tym wycisza. Kolana mam obolałe, parę innych części ciała też, każdego popołudnia walczę o życie na ostatnim zjeździe, zsuwając się po rozmiękłym i rozjeżdżonym śniegu, a i tak jest mi prostu dobrze.

poniedziałek, 09 marca 2015

Z parteru dobiegają  dźwięki "Ona tańczy dla mnie", a ja jak na złość zapomniałam zabrać zatyczki do uszu. A kupiłam. No ale samo kupienie nie wystarcza, trzeba jeszcze spakować.

We Flachau temperatury panują wiosenne, ale śniegu jest pod dostatkiem. Stanowię żywy dowód na to, że jazdę na nartach można zapomnieć. Kilka lat przerwy i zamiast śmigania mam rozpaczliwą jazdę w poprzek stoków i zsuwanie się pługiem po bardziej stromych miejscach. Wczoraj z zazdrością podziwiałam Anie, w którymi tu jestem, a które śmigają jak strzały po trudnych trasach, a dziś poszłam na kurs nauki jazdy, który mamy tu w cenie w wymiarze minimalnym. Parę uwag instruktora plus ćwiczenia wystarczyły i zaczęłam z grubsza jeździć w dół, ale ciągle daleko jest do tego, co było 5 lat temu. Najważniejsze,  że na nowo odrywam przyjemność z szusowania i wentyluj się do tego stopnia, że wszystkie problemy ze mnie ulatują, a umysł staje się jasny.

Na stokach jest jak w mrowisku. Dzikie tłumy. Zaliczyłam dziś dwa zderzenia nie ze swojej winy. Na punkcie tłumów mam fobię. Boję się, nie znoszę i unikam. Jutro jedziemy do innego ośrodka, może tam będą jakieś bardziej kameralne stoki.

Do tego trafiłam do najbardziej imprezowego apartamentu, moi współlokatorzy balują non stop. Wyłamuję się. Po nartach preferuję odpoczynek w pozycji horyzontalnej i 7-8 godzin snu. Nie oznacza to, że towarzystwo jest tu złe. To ja jestem inna. Nie potrafię całodobowo funkcjonować w tłumie, potrzebuję przestrzeni i czasu dla siebie. Takie dziwactwo. A może skutek samotnego mieszkania z kotami.

A propos kotów - napisał do mnie ktoś chętny zaadoptować Zyzia i Dyzia, ale nie wiem, czy się nie zniechęcił ankietą adopcyjną, bo zamilkł. W ciemno kocurków nie wydam. Uratowane i rozpieszczone maluchy mają trafić do domu, gdzie będą kochane, dobrze karmione, tulone i rozpuszczane;)

piątek, 06 marca 2015

Plecak spakowany, konto puste, mieszkanie z grubsza ogarnięte, kuwety wyszorowane, teksty oddane, ZUS opłacone, polisy nabyte, umowy podpisane. Jutro pobudka o 5 i ruszam na narty do Austrii, gdzie jest metr śniegu i piękne słońce. Tak mnie te narty nakręcają, że od kilku dni zamiast chodzić unoszę się nad ziemią. Trzy lata nie szusowałam, a wtedy to jeżdżenie kilka dni po rozstaniu z M. było takie średnie. Teraz przed oczami mam zaśnieżone przestrzenie. Marzą mi się położone na uboczu puste trasy. Tak jak kilka lat temu w Plose, gdzie zjeżdżałam zupełnie samotnie, a potem w schronisku, w którym nie było kolejek, zamówiłam grzańca, położyłam się na leżaku na słońcu i zasnęłam błogo. Albo w Tonale, gdzie z K. zjeżdżałyśmy z Przełęczy Przemytników - włoska nazwa Passo dei Contrabandieri działa na wyobraźnię. 

Bałam się, że ból brzucha nie pozwoli mi wyjechać i gdy w poniedziałek po 10 dniach odpuścił, to poczułam, że rosną mi skrzydła. Ból był lekoodporny, mówił wyraźnie, że operacja mnie nie ominie, ale jestem mu wdzięczna, że przed wyjazdem był łaskaw mnie opuścić. Zamierzam wyszaleć się w Alpach, a po powrocie odbiorę wyniki ostatnich badań i pójdę w końcu do lekarza ustalić gryplan.

Szczęście to jest stan, gdy mija długotrwały ból. Dawno nie było mi tak dobrze na świecie. Zapewne jest to stan przejściowy, bo ciągle mam wahania, ale czuję się jak dawna ja.

Trochę obawiam się zostawiać kotostwo na 8 dni, ale opiekę mają zapewnioną świetną. Dyzio zapałał uwielbieniem do Leny, z którą się znam z tego bloga. Miłość od pierwszego wejrzenia, aż byłam zazdrosna, że mi tak uczuć nie okazuje. Tulił się, całował, miział. Szaleństwo. Dyzio zrobił się wielkim kotem i wszędzie włazi. Ma talent alpinistyczny, ostatnio eksploruje szafki kuchenne. Za to Zyzio to majster i na niższym pułapie niż brat psuje wszystko, co da się zepsuć. Teraz uporczywie wyciąga deski z mebli kuchennych, które skleiłam na okoliczność wyjazdu. Już widzę, że sobie poradzi, choć bronię szafek nogami i rękami. Pumek za to zamienia właśnie uporczywie świeżo uprzątniętą łazienkę w żwirownię. Za to Żbiczce i Dyziowi nie spodobało się, że zapodałam i jedzenie i picie na gazetach - w ten sposób chciałam zabezpieczyć podłogę na czas wyjazdu, bo sierściuchy wywalają karmę z misek. Niestety, zwinęły gazetę, zalewając wszystko wodą i mlekiem. Poddałam się.

wtorek, 24 lutego 2015

Zwinięty w kłębek kot śpiący na moich kolanach, ognisko na nadwiślańskiej plaży, wieczór z kryminałem Simoneta, przenoszący do półświatka Paryża sprzed 60 lat, polonez tańczony na kuligu. Co sprawia, że te, a nie inne chwile zostają w pamięci? Łapię codzienność, bo przyszłość jest niepewna. Podczas tańca na kuligu w pewnym momencie się zdystansowałam, bo poczułam, jakbym to już gdzieś widziała. Rozbawieni ludzie, nad którymi wisi wojna. Czy tego już nie było? I to nie raz?

Z niepokojem obserwuję sytuację międzynarodową, a równocześnie ponownie powoli zanurzam się w świat choroby. Czuję się źle, coraz gorzej, czasem siłą woli wytrzymuję wśród ludzi, ukrywając ból tym razem jak najbardziej fizyczny. Liczę na to, że za tydzień poprawi mi się na tyle, że będę mogła wyjechać na narty, bo złe czucie na szczęście nie jest stanem permanentnym. Niemniej jednak plan na po powrocie jest jasny. Mam nadzieję, że wyjdę z tego wszystkiego bez szwanku, a nie będę jako inwalidka wspominała tych ulotnych chwil, które teraz zapadają mi w pamięć.

Ból fizyczny ma tę zaletę, że wytłumia różne psychiczne niedogodności. Nie to, że ich nie ma, ale nie docierają zbyt głęboko do mojej świadomości. Życie z bólem jest takie trochę po wierzchu. Trudno się skupić na pracy, na myśleniu, na czytaniu, a nawet na odczuwaniu. Paradoksalnie - ból fizyczny, oczywiście tylko taki subtelny - znieczula.

piątek, 20 lutego 2015

Od kilku dni nękają mnie niechciane wspomnienia rocznicowe. Czasem ktoś mi przypomina albo sama próbuję sobie przypomnieć, jak funkcjonowałam po rozstaniu z M. Mam dziurę w pamięci. Pamiętam tylko czarną rozpacz i poczucie, że świat się skończył. Z dzisiejszej perspektywy to absurdalne, teraz myślę racjonalnie i funkcjonuję z grubsza normalnie, ale ciągle mam napady smutku i tęsknoty a tym, co myślałam, że mam i za tym, co mogło być i za tym, czego nigdy nie będzie oraz za człowiekiem, którego tak naprawdę nigdy nie było.

Za 2 tygodnie jadę na narty. Ostatni raz byłam 3 lata temu. Nic z tamtych porozstaniowych nart nie pamiętam oprócz telefonu od M., który sprawdzał, czy przypadkiem nie byłam w pociągu, który rozbił się w Szczekocinach. Jak się upewnił, że nie byłam, to się rozłączył. A ja nie umiałam już tego dnia jeździć na nartach. Mam nadzieję, że jakoś odświeżę sobie dawne umiejętności, w każdym razie na wyjeździe przysługują 4 godziny z instruktorem, więc jakby co, to się doszkolę.

Dzień po opłaceniu wyjazdu odebrałam wyniki badań. Właściwie to mnóstwo wskaźników wypada z tego, co jest określane jako norma, ale marker nowotworowy dziesięciokrotnie przekracza dopuszczalną górną granicę. Internet mówi, że to przeważnie oznacza raka jajnika, ale jakoś jestem spokojna. Gdyby to był rak, to chyba doświadczony lekarz by to rozpoznał na USG. No i 3 lata  temu też miałam marker wysoki, wprawdzie tylko 5 razy wyższy od normy, co podobno o złośliwości zmiany nie świadczy, ale i tak szybko trafiłam na stół. Inna rzecz, że te wyniki przywołują automatycznie tamte odczucia sprzed 3 lat, to wszystko, co się wtedy kłębiło: rozstanie, choroba, niepewne perspektywy zdrowotne i życiowe równie marne.

Po zobaczeniu wyników jakoś nie mam wątpliwości, że czeka mnie powtórka z rozrywki, tylko ta rozrywka według lekarza może być bardziej rozrywkowa niż poprzednio. W każdym razie przez operacją zamierzam przynajmniej się wyjeździć na nartach, wydając w ten sposób pieniądze gromadzone na remont. Zresztą przed operacją niezależnie od nart chciałabym gdzieś wyjechać, bo życie uczy, że po operacji podróże odpadają przez kilka miesięcy. Tym samy remont odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość, co w obecnych okolicznościach jest niegłupie, w końcu po co się męczyć z remontem, skoro mogę nadchodzących rozrywek nie przeżyć?

Pozostaje temat kotów. Nikt się po młodzieńców nie zgłasza, a przy obecnym zdrowiu nie powinnam mieć piątki, bo operacji hołoty nie ogarnę. No i tak czy siak dom trzeba im znaleźć, choć pokochałam te potwory budzące mnie o świcie i niełatwo będzie się z nimi rozstać. Jutro zintensyfikuję poszukiwania. O ile znajdę czas, bo w planie jest plażowanie nad Wisłą. A w międzyczasie na te wszystkie rozrywki trzeba jeszcze zarabiać.

niedziela, 01 lutego 2015

Śniło mi się, że państwo Sz. z mojej wsi rodzinnej chcieli wziąć Dyzia i Zyzia, a ja im perswadowałam, żeby tego nie robili, bo te kocie diablęta rozniosą im cały dom. Bohaterowie mojego snu zresztą szybko sprowadzili mnie na jawę dzikimi harcami. Teoretycznie kot śpi 17 godzin na dobę. Moje dorosłe koty z grubsza zbliżają się do tego stanu, natomiast kociaki są w ruchu non stop. Kiedy tylko zasypiają, natychmiast idę ich śladem, bez względu na to, która jest godzina;)

No i nikt ich nie chce. Mam wrażenie, że potencjalni opiekunowie podświadomie czują, co to za ziółka. Kocurki roznoszą na strzępy to, co zostało z mojego mieszkania. Właściwie oprócz murów do remontu to już niewiele zostało. Ostatnio fruwały kaktusy, czyli ostatnie zielone oprócz rachitycznej paprotki, które udało się uchronić przed starszymi kotami. Ziemia z kaktusów była wszędzie, znalazłam ją nawet w białym serze. Spinacze do papieru to najlepsza zabawka, a im większy, tym lepiej się kopie. A najlepiej się kopie kawałki nieboszczyka kurczaka. Maluchy zanim zjedzą, muszą pogonić mięsko po całym mieszkaniu. Za to kiedy ja próbuję coś zjeść, kociaki włażą mi do talerza i wiszą mi na ubraniu. Zabraniam hołocie włazić na blat, bo nie wiadomo, czy w nowym domu będą mogły, ale to jest walka z wiatrakami. Kociarstwo dobrze wie, że jest lubiane, akceptowane i krzywda im się nie stanie. A nawet gdybym próbowała coś im zrobić, to przecież dorosłe koty nie pozwolą;) Któregoś razu Zyzio nie dawał mi powiesić prania, bo albo rozwalał się na laptopie, z którego dobiegało rzewne fado, albo zrzucał to, co właśnie zdołałam powiesić. Wykorzystałam to, że jako jedyny z kociego towarzystwa nie opanował wchodzenia na antresolę i wsadziłam go tam, żeby mieć chwilę spokoju. I co? Reszta kotów polazła za nim, Pumek demonstracyjnie położył się przy skrzywdzonym maluchu i patrzył na mnie z takim wyrzutem, że czym prędzej zdjęłam kotecka z góry. Dyzio dla odmiany często popiskuje tak, jakby mu się coś stało I nie wiadomo, czy właśnie zaplątał się w jakiś sznurek, czy też cierpi, gdyż nie daje rady wskoczyć na regał.

Trzeba jednak przyznać rozrabiakom, że umieją człowieka rozmiękczyć. Przychodzą na kolana, przytulają się, patrzą w oczy, obejmują ręce łapkami i mruczą jak traktory, gdy się do nich przytulić. Od razu wybaczam im całą demolkę. Zresztą widać, że gdy się już wyszaleją, to będą świetnymi dorosłymi kotami, bo są ufne, przyjazne, pozbawione agresji, opiekuńcze wobec siebie wzajemnie i bardzo przytulaśne.

Zaczynam powoli cieszyć się drobiazgami. Kilka fajnych spotkań ze znajomymi, rozmowy z sensem, parę mądrych lektur, pitraszenie wegetariańskich pyszności. Dziś pierwszy raz od dawna wyszłam na spacer z aparatem. Poszłam nad wiosenną Wisłę. A 71 lat temu 1 lutego zima była surowa i w Wiśle pływały kry. Między te kry skoczyli z mostu Kierbedzia otoczeni przez Niemców uczestnicy zamachu na Kutscherę i zginęli zastrzeleni w lodowatej wodzie.

Teraz tutaj mogę spokojnie chodzić nad Wisłą, a w ciepłym domu czytać o Aleppo czy Doniecku. Postanowiłam sobie w tym roku zająć się poważniej zarabianiem pieniędzy, żeby zrobić remont, ale gdzieś tam głęboko w sobie nie potrafię tego uznać za priorytet. Za miedzą ludzie tracą wszystko, z życiem włącznie, W., z którą piszę książkę, wychowuje niepełnosprawną córkę, która przeszła przez trudne do wyobrażenia cierpienia, na ulicach ciągle trafiam na bezdomne głodne i chore koty, przypadkiem dowiedziałam się o procedurze oddawania psów hyclom w S. i się włączyłam w pomoc. Nie potrafię brać na serio narzekań na zarobki ludzi, których stać na dom, samochód czy wyjazdy za granicę oraz biadolenia nieszczęśników, którzy zadłużyli się we frankach, kupując wielkie mieszkania w czasie, kiedy ceny nieruchomości był najwyższe.

A propos książki, którą piszę. Najbliższy tydzień upłynie pod znakiem intensywnej pracy z W. Praca jest trudniejsza, niż myślałam. Temat świetny, ale za mam wrażenie, że wychodzi z tego trzeciorzędna propagandowa broszura katolicka i w czarnych snach widzę recenzje w "Gościu Niedzielnym" i "Niedzieli" oraz promocje książki na spotkaniach w parafiach. Los jest złośliwy, ale mam nadzieję, że ostateczna wersja książki wyjdzie ciekawa i to nie tylko dla osób lubujących się w rzewnych historiach i cudownych zdarzeniach.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Młodociane kotostwo skończyło dziś 4 miesiące, a chętnych do służby kocurkom brak. Niepojęte. Takie wyjątkowe koty! Dzięki moim dorosłym futrzakom maluchy są zaopiekowane, ufne, odpowiednio rozwinięte fizycznie i intelektualnie oraz bardzo samodzielne, co przejawia się w tym, że o 7 rano bez problemu odnajdują kartonik z karmą i włamują się do niego do skutku, wyjmują saszetki i próbują - z coraz lepszym rezultatem  - wysysać ich zawartość.

 

 

Kociaki wydam tylko w dwupaku i tylko do dobrego domu, może stąd te trudności. Maluchy przyzwyczajone są do obcowania z książkami, pianinem i obrazami, więc wskazany byłby dla nich dom o odpowiednim poziomie;) Do tego radzą sobie z obsługą komputera i świetnie pomogą w pracy wszystkim, którzy korzystają z tego sprzętu. To koty idealne dla osób pracujących z domu, pakują się pracującemu ludziowi na kolana i głośnym mruczeniem umilają konieczność zarabiania na chleb (oraz kocią karmę).

Dzisiaj nie dość, że jest miesięcznica kocurków, to jeszcze jest rocznica mojego pierwszego wyjazdu poza Europę. Osiem lat temu nad Europą szalały wichury, a ja leciałam do Bombaju. Nie wiedziałam, jak to zmieni moje życie. Od tej podróży wszystko widziałam inaczej. Zrozumiałam, że człowiek wcale tak wiele nie potrzebuje do życia i że nie ma sensu żyć myśleniem o zarabianiu, emeryturze, kredytach, zabezpieczeniu przyszłości itp. Nie oznacza to, że nie trzeba zarabiać i oszczędzać, ale nie warto się tym nadmiernie przejmować. W ogóle tamta podróż to była rewolucja dla mnie. Zobaczyłam taką nędzę, o jakiej nie miałam wyobrażenia i zetknęłam się z mentalnością, której przy największym wysiłku nie będę w stanie choć trochę zrozumieć. Dotknęłam do granicy własnych możliwości poznawczych, które kończą się tam, gdzie przestaje sięgać wyobraźnia.

W tym wszystkim dopiero w dalszej kolejności nasunęło mi się wspomnienie tego co było 3 lata temu, bo niestety ten dzień też dobrze pamiętam. Widzę, że już myśli o M. nie dominują, ale nie zmienia to przykrej świadomości, że do spotkania M.podchodziłam do życia optymistycznie z ufnością, że wszystko ma swoje miejsce i jakoś się ułoży, a ze związku wyszłam z poczuciem, że pewna furtka na zawsze jest zamknięta. I tego najbardziej żal.

Wczoraj w porządkowym szale trafiłam na swoje stare pamiętniki i różne zapiski. Kilka lat po przeżyciu pierwszej miłości patrzyłam tak, jak teraz po M. Rocznice, daty, wrażenia, skojarzenia. Byłam już w kolejnym związku, a tamto stare ciągle we mnie siedziało i dzieliłam włos na czworo. O ironio nie wiedziałam, że życie postawi kropkę nad "i" i z tamtym panem był dalszy ciąg, mimo że wtedy, gdy smęciłam w pamiętniku, nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek cokolwiek jeszcze może być. Ale dzięki temu dalszemu ciągowi udało się ładnie zamknąć przeszłość. Z M. dalszego ciągu nie będzie. Historia wprawdzie lubi się powtarzać, ale tu okoliczności rozstania były inne. I nauczona starymi błędami próbowałam ratować związek i nie unosiłam się honorem, bo wiedziałam, ile można stracić, gdy się człowiek głupio upiera czy nie wyjaśni wszystkiego na koniec. Tym razem ratowanie było błędem, ale lepiej żyć ze świadomością, że się zrobiło, tyle ile można niż dowiedzieć się po latach, że wszystko mogło wyglądać inaczej.

A jutro miną dwa lata z Luftmyszą. Śmiało mogę obchodzić więc drugą rocznicę staropanieństwa, bo od tego czasu w galopującym tempie schodzę na koty i wielkimi krokami zbliżam się do osiągnięcia poziomu klasycznego zdziwaczenia właściwego stereotypowym zakoconym singielkom w wieku pobalzakowskim;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 65