Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
środa, 22 października 2014

Dziś w nocy umarła maleńka koteczka, którą przed wyjazdem do Armenii znalazłam w Powsinie. Wydawało się, że maleństwo ma tyle szczęścia: trafiła na kochający dom, panią, która wzięła zwolnienie na dziecko, żeby się kotkiem zająć w chorobie, dzieciaki, z którymi się zaprzyjaźniła i drugą kotkę, z którą się polubiły. Rosła i brykała, rozpieszczana przez wszystkich, dzielnie znosiła upolowane muchy opiekunce i spędzała dni na jej ramieniu, towarzysząc w domowych czynnościach. I nagle dopadł ją jakiś wirus, podobne objawy miała, jak Żbiczka w zeszłym roku. Już szło ku dobremu, gdy nagle nastąpiło załamanie i szybki koniec. Biedactwo umarło w lecznicy, bez swojego człowieka przy sobie.

Ciągle myślę o tym, czy gdyby u mnie została, to miałaby szans e przeżyć. Tam miała miłość i dobrą opiekę, ale w Warszawie jednak jest łatwiej o dostęp do dobrego specjalisty niż w Zduńskiej Woli. To mój pierwszy wyadoptowany kotek i do tego taki fajny, wyjątkowo inteligentny, ufny i rezolutny. Tyle zwierząt codziennie umiera, z rodzeństwa tej malutkiej chyba jeszcze tylko jedno żyje, ale człowiek do takiej kruszynki się przywiązuje, walczy o nią i widzi, że zwierzęta w chęci życia są takie jak ludzie. A zwierzęta domowe tak samo jak ludzie nie chcą być same w chwili śmierci. Smutno.

wtorek, 21 października 2014

Jakkolwiek 40 nie jest wiekiem zaawansowanym, to kobieta czterdziestoletnia po górach chodzi inaczej niż kobieta dwudziestoletnia.

Po pierwsze chodzi wolniej. Kiedyś pomykałam po szlakach jak kozica, teraz nie udowadniam sobie, że potrafię przejść trasę w tempie o połowę szybszym od podanego w przewodniku. Za to więcej widzę. Zauważyłam na przykład, że z pewnego miejsca na drodze na Morskiego Oka Zadni nich wygląda jak cień Mnicha, dwie identyczne góry jedna za drugą. Albo przy schronisku w dolinie dzieliłam stół z sójką i przyglądałyśmy się sobie wzajemnie ze spokojem.

Niestety po 40. chodzi się już deczko mniej sprawnie. Schyliłam się któregoś razu, żeby zgrabnie śmignąć przez pionowy kawałek skały i nie mogłam się wyprostować. Czujnie rozejrzałam się, czy nikt nie widzi i  w miarę sprawnie przemieściłam się do następnej przeszkody, gdzie sytuacja się powtórzyła. Na szlaku z Kasprowego w stronę Kopy Kondrackiej kilkakrotnie wyprzedzaliśmy się wzajemnie z panem w wieku bardziej średnim od mojego i oboje w podobny sposób próbowaliśmy trzymać fason;) W końcu razem zeszliśmy na Halę Kondratową i pan mnie skomplemencił, że tak szybko i sprawnie poruszam się po górach. Dobrze, że nie widziałam, jak zgięta w pół dotarłam na nocleg;)

 

 

A z noclegami to było tak. Chciałam jechać do Zakopanego, ale dzień wcześniej znajomy alpinista przyznał się, że jedzie w Tatry Słowackie i może mnie zabrać, wysiądę po drodze w  Bukowinie i stamtąd sobie podjadę do Zakopca. Pomysł był niezły, zwłaszcza że wyjechać mieliśmy wcześnie, ale  z wykonaniem było gorzej.

Bo pan się wygrzebał później, po drodze były korki, a w międzyczasie zachodziły burzliwe okoliczności w życiu uczuciowym pana. Do tego jechaliśmy z drugim panem, też alpinistą, dla którego pierwszy pan był guru. I ten drugi pan był tak wyraźnie niezadowolony, że przeze mnie nie jest ze swoim guru sama na sam, że całkowicie mnie ignorował. Tak więc ja sobie z tyłu auta przysypiałam, podczas gdy z przodu jeden macho opowiadał drugiemu macho, gdzie to łoił i z kim oraz z jakimi sławami zamierza zdobywać to i owo. W międzyczasie próbował nie odbierać telefonu od swojej prawie eks i robił to tak podobnie do mojego eksa, że aż mnie coś ściskało w dołku, zwłaszcza gdy akurat przejeżdżaliśmy przez Kraków.

W pewnym momencie zrobiło się na tyle późno, że stało się jasne, że z Bukowiny do Zakopanego tego dnia już nie dotrę. Dzielnym macho do głowy nie przyszło, że mogliby stracić kwadrans i podrzucić mnie do Zakopanego, tylko dali mi alternatywę: wysadzają mnie w Nowym Targu, skąd być może jeszcze coś do Zakopanego będzie jechać, albo jadę z nimi na Głodówkę, gdzie mają postój i tam zostaję na kwaterze agroturystycznej. Żeby rozwiać moje wątpliwości powiedzieli, że  z Głodówki jest świetny transport do Zakopanego. No więc zostałam na Głodówce.

Miejsce jest cudne. Chyba z żadnego innego nie ma tak pięknej panoramy Tatr. Niestety, życie pokazało, że po sezonie prawie nic tam nie jeździ. Gdy w sobotę zlazłam ze szlaku -  a przeszłam od Brzezin do Kuźnic przez Halę Gąsienicową, Kasprowy i Halę Kondratową w pogodę w kratkę, deszczowo-wietrzną - to okazało się, że mogę dostać się z Zakopanego jedynie do Bukowiny Tatrzańskiej. Optymistycznie założyłam, że złapię dalej jakiegoś stopa. Niestety, na Podhalu autostop nie funkjconuje. Już sie kiedyś o tym przekonałam, gdy na sutek śnieżycy utknęłam z jednym panem w kwietniu an Łysej Polanie i autobusy tam nie docierały. Doszliśmy pieszo do Wierchu Porońca i nikt się nie zatrzymał, mimo że aura była taka, że psa żal było z domu wypuścić. Innym razem z koleżanką próbowałyśmy autostopem przedostać się przez Krowiarki, z takim samym skutkiem. Wiec niby dlaczego ktoś się teraz miał zlitować nade mną? Pięć kilometrów po ciemku przez las nie jest niczym strasznym, zwłaszcza gdy jest to typowa piękna górska noc, naprawdę ciemna, a nie oszukana jak w Warszawie, i z tysiącami gwiazd. Jedynym mankamentem było to, że droga był kręta, z dozwoloną prędkością 70km/h i pobocze było marne albo nie było go wcale. Pomyśleć, że kiedyś bałam się sama chodzić po lesie nawet w  dzień... To jest zaleta upływającego czasu, że takie głupie leki gdzieś po drodze znikają. Niemniej jednak gdy następnego dnia zeszłam z gór po ciemku w Palenicy Białczańskiej i zobaczyłam odjeżdżający PKS - a tylko na autobusy PKS czasem jadą przez Głodówkę, to niemal rzuciłam mu się pod koła;) Miałam szczęście, bo akurat tamtędy jechał, choć bynajmniej nie jako kurs, ale wracając do domu. Skasował nie zdrowo, ale każą sumę byłam gotowa zapłacić, żeby tylko nie iść parę kilometrów drogą jezdną przez las.

 

 

Przeszłam się też szlakiem od Moka do Piątki przez Świstówkę. Za młodu bardzo lubiłam ten szlak i uprzytomniłam sobie, że nie szłam nim blisko 20 lat. Ostatnio zimą, kiedy był zamknięty, z dwoma starszymi kolegami, którzy mi bardzo imponowali. Brnęliśmy przez śnieg do pasa, gubiliśmy drogę, rzęsy nam pokrywał lód, wyposażeni byliśmy tak, jak to 20 lat temu turyści w górach, czyli dżinsy, buty jakieś tam zimowe na protektorze i skafandry, które nie przemakały tylko wtedy, gdy nie padało. Na miły koniec zsunęłam się w przepaść na oblodzonym stoku i nabierając prędkości leciałam w  dół, nie mając siły wbić zgrabiałych rąk w włóczkowych rękawiczkach w zmrożone podłoże. Kolega dzielnie rzucił się za mną, zsuwając w dół, złapał  mnie po kilkunastu metrach i wbił się jakoś w podłoże, tym samym ratując mi życie. Dziś wiem, że tamta wycieczka była głupotą, ale inaczej się myśli mając lat 20, a inaczej 40. Jednego z tamtych kolegów od tamtego czasu ani razu nie widziałam an oczy, ale od wspólnych znajomych się dowiedziałam, że tę wycieczkę też jeszcze wspomina. Tamta wycieczka miała miejsce miesiąc przed tym, gdy  zachorowałam na serce i kilka lat spędziłam praktycznie na leżąco, więc dodatkowo wspominam ją jako pożegnanie z dawnym życiem, bo jakkolwiek jestem dziś szczęśliwą posiadaczką rozrusznika serca i funkcjonuje nieźle, to jednak do dawnej formy powrotu nie ma.

 

Do tego szlaku mam w każdym razie ogromny sentyment. Szłam nim teraz sobie powoli, delektując się widokami i nie mogłam się nadziwić, że to już tyle czasu minęło od tamtej wycieczki. Dzień była akurat piękny i słoneczny, i tak dobrze mi się szło. Widzę, że Tatry wracają mi równowagę, choć do Doliny Białego na razie jeszcze się boję wypuścić, bo zbyt kojarzy mi się z M. I Kraków w drodze powrotnej też zachwiał moją kruchą równowagą.

piątek, 17 października 2014

Jak to w zyciu bywa, wyladowalam nie tam, gdzie mialam wylodowac i na dodatek znalazlam sie przypadkiem w centrum tajfunu osobistego moich znajomych. Obserwowalam zachoanie faceta takie, jak kiedys mial M. I final jest taki sam. Jechalam z nim samochodem i mimo woli myslalam o tej analogii. Latwo jest oceniac innych, a gdy samemu sie w przez to przechodzi, to czlowiek ma nadzieje. Bo mysli, ze przeciez byla taka wyjatkowa bliskosc i intymnosc, i  jak nie my, to kto, a my to jak monoli. I tacy zgrani,  i on facet z osobowscia, ktory moze sie podobac. A tak naprawde to nic nie znaczy. Mezczyzni sa inni. Nie maja takich sentymentow. I w pewnym wieku bez soporow wiaza siez  pania, ktora im se podoba, zeby miec kawalek domu i staly seks, a rownoczesnie szukaja milosci na zycie. Wlasnie zaobserwowalam kolejny taki przypadek.

I jednak nie uwolnilam sie od wspomnien, choc ominal mnie dworzec krakowski. Ale ta sytuacja cos bolesnego ozywila. Cos, co bym chciala wymazac z zycia. Ze tez bylam takim wypelniaczem zycia do czasu znalezienia lepszej.

W tamte urodziny 3 lata temu bylam bezgranicznie szczesliwa. Choc zyczenia M. byly sztampowe, a prezent, choc drogi, banalny. I do tego wreczony dopiero wieczorem, przy kolacji podanej oczywiscie przeze mnie. Niby dosrzegalam, ale staralam sie nie dostrzegac, ze zabraklo wtedy  u niego bezinteresownej checi sprawienia mi radosci.

A dzis rozplywam sie w serdecznych zyczeniach od bliskich. Kilku kolegow zaskoczylo mnie cieplymi, osobistymi zyczenia - cos, na co kiedys nie umial siie zdobyc facet, ktory twierdzil, ze kocha. Coraz bardziej gorzko widze przeszlosc. Ale cos sie powoli rozjasnia przede mna, choc juz nigdy nie odzyskam dawnejgo ufnego podejscia do zycia. Inna rzecz, ze bedac kobieta po 40 trudno byc mlodzienczo naiwnym;)

Zycie robi nespodzianki. Spakowalam sterte ksiaze, tablet, zapasowe buty i dzinsy ze swiadomoscia, ze bede nocowac w Zakopanem i chodzic w gory na lekko. Tymczasem jestem na Glodowce  najrizsadniej bedzie jutro z Brzezin nielubiana przez mnie droga dluga i nudna poczlapac na ciezko do Murowanca. Oczywiscie nie mam spiwora ani kondycji, do tego nie wiem, czy w Muroowancu sa miejsca, ale skoro jestem tu gdzie jestem, to alternatywe mam srednia. No nic, to nie Everest, w najgorszym wypadku spotkam niedzwiedzia, a nawet kijkow trekkingowych ze soba nie mam do odganiania misiaczkow.

środa, 15 października 2014

Dziś miła niespodzianka. Znajomi, którzy wiedzieli, że zamierzam zdezerterować z własnych okrągłych urodzin w góry, zaskoczyli mnie wizytą z tortem i szampanem:) Pierwsze obchodzenie czterdziestki już za mną. Zasadnicze urodziny obejdę... szerokim łukiem;)

Ale było to bardzo miłe. Choć porządek w moim domu, hmmm, pozostawiał wiele do życzenia. Aczkolwiek po tym, gdy ostatnio opiekowałam się kotami D. w czasie jej dłuższego wyjazdu, gdy na co dzień zajmował się nimi jej facet, zmodyfikowałam nieco definicję bałaganu;) Jemu nie przeszkadzały nawet resztki ptaka, który opuścił wnętrze kocie i zaległ na podłodze. Ale W. często bywa  w Azji, więc podobnie jak ja podejście do porządku ma z pewnymi naleciałościami Wschodu.

Wieczór więc był bardzo udany, do tego V. opuścił moje podwoje z ... biletem do Erewania;) V. jest Ormianinem, a akurat jest promocja w Locie. E. mająca głowę do interesów przekonała go, że w styczniu jako sprzedawca i tak wiele nie zarobi, ja przekonałam V., że to, że nie ma przy sobie kasy nie jest żadną przeszkodą i tak V. drugi raz w ciągu ostatnich 20 lat odwiedzi swój kraj ojczysty.

Poza tym tak różowo nie jest, ale odganiam niechciane myśli, na razie skutecznie. Może nie powinnam odganiać, ale się z nimi zmierzyć, bo chyba tylko to jest metoda uporania się z przeszłością raz na zawsze, ale mam tyle roboty, że siłą woli skupiam myśli to narzędziach ogrodniczych, to na cmentarzach, a to znów na problemach ubezpieczeniowych małych firm. Nie do końca jest to to, co chcę w życiu robić, a wolność daje to też iluzoryczną biorąc pod uwagę to, ze dochodzi  godzina 23, a jeszcze nie skończyłam szychty, ale możliwość pracy w kocim towarzystwie jest jednak nie do przecenienia.A gdy psychika się unormuje, wrócę do ciekawszych tematów.

piątek, 10 października 2014

Wspomnienia wracają na miejsce wspomnień, a nie wyskakują w teraźniejszości, życie od razu zaczyna toczyć się normalnie. Zapewne do czasu. Rady, żeby nie myśleć o przeszłości, są kretyńskie. Człowiek, który nie doświadczył stanu, gdy przeszłość odczuwa z siłą teraźniejszości nigdy nie zrozumie, że to nie jest kwestia myślenia czy przypominania sobie. To po prostu uruchamia się niezależnie od woli.

Teraz, kiedy funkcjonuję normalnie, wspomnienia też bolą, ale zasadnicza różnica polega na tym, że mogę nad nimi zapanować i nie myśleć, jeśli się do tego zmuszę. Bo te wspomnienia dotyczą czegoś, co było kiedyś, a nie tego, co nagle powraca jak żywe.

Dziś mam taki dzień, że wspominam, bo akurat 3 lata temu był fajny i ważny dzień, chłodny, piękny, z przejrzystym powietrzem, przerozmawiany o ważnych sprawach. Ale to jest nic w porównaniu z założeniem rodziny i powołaniem na świat dziecka. Biorąc pod uwagę zakończenie, to wszystko to było niczym.

To, co najczęściej do mnie wraca, to lodowata obojętność M. zaraz po rozstaniu. Przeważnie rozstający się ludzie odczuwają jakieś emocje, choćby negatywne, jak żal do kogoś czy złość. M. był całkowicie obojętny, mimo że kilka dni wcześniej zaaranżował romantyczne walentynki i snuł ze mną wspólne plany. Po czasie ten szok czuję w sobie najsilniej. Dziś nie pojmuję, ze wtedy nie domyśliłam się, że chodzi o inną kobietę. Taka obojętność zawsze związana jest z tym, że uczucia skierowane są w inną stronę.

Dawałam się wykorzystać i M. i jego siostrze ze szwagrem. Poczynając od ich wesela, na którym świadkowałam, a zostałam poproszona o robienie zdjęć, a przed samy ślubem także o filmowanie. Głupio było odmówić, ale czułam się kretyńsko, gdy wszyscy siedzieli za stołem, a ja na szpilkach biegałam  co chwila do kamery, żeby ując różne momenty. Potem dałam się wrobić w jeżdżenie po supermarketach budowlanych w imię wicia gniazdka, a M. plany wspólnego spędzania czasu uzgadniał z siostrą i szwagrem, nie pytając mnie o zdanie. I znowu głupio było powiedzieć, że szkoda wieczoru na oglądanie kretyńskich filmików, wysłuchiwanie zwierzeń o szefach, kombinowanie, jak by tu się pozbyć odziedziczonej rodzinnej biblioteki oraz narzekanie na agentów z PO. Mało tego, pożyczyłam M. kasę na remont, którą on mi później oddawał miesiącami, bo mu przecież pieniądze na nową damę były potrzebne, a wiem z doświadczenia, że na początku znajomości on lubi być hojny. Jeździłam do Krakowa częściej niż M. do Warszawy, bo przecież wiliśmy to gniazdko niby dla nas. A gdy szwagier M. zamówił zakupy w Warszawie, chcąc oszczędzić na przesyłce 10 zł poprosił mnie, żebym jechała na drugi koniec miasta mu to odebrać, a M. nie zaprotestował, bo przecież "tyle szwagrowi zawdzięczamy, on nam pomaga mieszkanie urządzić" i tylko dlatego nie dałam rzeczonemu szwagrowi 10 zł, żeby skorzystał z poczty. Teraz, gdy na to patrzę, widzę tylko własną ślepotę. Facet z klasą powinien w takiej sytuacji stanowczo zaprotestować przeciwko wykorzystywaniu jego dziewczyny, a od ludzi na tym poziomie skąpstwa najlepiej się trzymać z daleka. A takich drobiazgów było mnóstwo.

Nawet nie mogę powiedzieć, że miłość była ślepa, bo nie była. Widziałam to, tylko w imię miłości tolerowałam. Nie wiem, w którym momencie popełniłam błąd, wchodząc zbyt głęboko w związek. Ta granica jest subtelna i jeśli trafi się na kogoś, kto umie sprawnie wpływać na ludzi, łatwo dać się skołować. Ciągle odplątuję te niteczki i nawet teraz, gdy jest w miarę dobrze, łapię się na próbie zrozumienia. Choć jedno, co zrozumiałam, to że drugi człowiek, nawet gdy wydaje się podobny i pasujący do mnie jak druga skóra, jest zupełnie inny i może kierować się w życiu pobudkami, które są dla mnie nie do ogarnięcia.

poniedziałek, 22 września 2014

Jest coś, w czym jestem ekspertką. To rozwalanie sobie życia. Obiektywnie mam dużo, a subiektywnie czuję się bankrutem. Filozofuję i psychologizuję, skąd się bierze to, że przeszłość czuję tak silnie jak teraźniejszość.

Dwa lata temu byłam z M. we Lwowie, a o tej godzinie już chyba na granicy w Medyce. Cudowny stan zakochania - jeszcze nie miłości. Poznawanie wzajemnie siebie i swoich światów. Piękny witraż we lwowskiej kamienicy i moje łzy w kolejce na granicy, gdy zdałam sobie sprawę, że nie dotrę na czas na spotkanie jury konkursu, w którym byłam jurorką i które to spotkanie było terminem do mnie dostosowane. I M., który stanął na wysokości zadania i wpadł na pomysł, jak przyspieszyć pokonanie przeszkody. Pizzeria w Przemyślu i M. uszkadzający sobie nogę przy wchodzeniu do pociągu. To ostatnie to wydarzenie znamienne w skutki - mam wrażenie, że gdy M. po raz drugi uszkodził sobie przy mnie nogę, to doszedł do wniosku, że podświadomość mu podpowiada, że ze mną mu nie po drodze.

Błędne koło. 40 na karku uświadamia mi, że to ostatni moment, żeby ułożyć sobie życie, a z drugiej strony nijak nie mogę wyobrazić sobie życia z kimkolwiek innym oprócz M. Mimo wszystko. Mimo upływu lat, jego żony, dziecka, tego że odszedł wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałam i że przeprowadził rozstanie moimi rękami, i że kłamał.

Tonę w czarnej dziurze. Ciągle myślę, co zrobiłam nie tak, czy źle wybrałam, czy później coś schrzaniłam, a z drugiej strony wiem, że jeśli pokochał inna i poczuł, że to tak, to i tak nic nie mogłam na to poradzić. Najgorsze jest to, że nic mnie nie interesuje, nie potrafię normalnie funkcjonować. Kończą mi się pieniądze, mam nowe zlecenia, ale nie potrafię pisać. O tekstach dziennikarskich już nawet nie wspominam, bo to leży. W czasie wyjazdu odebrałam telefon od jednej ważnej pani z gratulacjami świetnego tekstu i że młode pokolenia dziennikarzy powinny się ode mnie uczyć. Jakoś dwuznacznie to odebrałam;) I nie wiem, jakim cudem przed wyjazdem napisałam dobry tekst. W każdym razie cudem napisałam.

To jest mistrzostwo w rozwalaniu sobie życia. Nikt normalny tyle czasu nie cierpi po krótkim związku, który na dodatek zakończył się w taki sposób. Na dodatek mając możliwości związania się z kimś innym, bo kolejnym cudem jest to, że pojawiają się wokół mnie jeszcze zainteresowani mężczyźni, mimo że nigdy w życiu nie wyglądałam tak źle jak teraz. Nawet gdy nie spotykam się z ludźmi, to zaczepiają mnie na ulicy panowie próbujący się umówić. Ale co z tego, skoro nikt nie jest M., a to z M. weszłam w bliskość nie do zastąpienia.

W Armenii miałam taki moment, gdy jechałam taksówką i pędził na nas tir, który wyprzedzał na trzeciego. Jechał prosto na nas i byłam pewna, że nie uda nam się uniknąć zderzenia czołowego. Pierwsza myśl była: "nareszcie" i gdy taksówkarz gwałtownie skręcił w bok i uniknęliśmy kraksy, poczułam rozczarowanie.

Nie wiem, czy mam jeszcze szansę na normalne życie. Coraz bardziej w to wątpię. W tej chwili pędzę po równi pochyłej w dół. Nie poznaję siebie. Jeszcze jakoś trzymają mnie koty, które tak pięknie pokazują, że mnie kochają. Mówi się, że zwierzęta nie mogą kochać, że to instynkt albo zaspokojenie potrzeb, ale widzę, że to nieprawda. Potrafią kochać bardziej niż ludzie. I bezinteresownie. Moim kotom było dobrze pod opieką mojej Mamy, a i tak tęskniły. Zwłaszcza Żbiczka, która teraz nie odstępuje mnie na krok. Patrzy w oczy, zagaduje, w nocy śpi ze mną pod kołdrą, w dzień przytulona do mojej nogi, a gdy wychodzę, przytrzymuje mnie ząbkami i łapkami. Cieszę się z nich bardzo, ale z drugiej strony ciągle myślę o tych biedach skrzywdzonych prze człowieka, otrutych, męczonych, porzucanych czy oddawanych z domu. Internet jest pełen informacji o zwierzętach potrzebujących pomocy, a wszystkim pomóc się nie da. Nie mogę więcej przygarnąć, chwilowo nawet finansowo nie mogę wspierać.

Przed chwilą Pumek obudził się i zaczął smętnie miauczeć. Kocice oraz razu też wybudziły się ze snu i niepomne na nieporozumienia z Pukiem przyglądają mu się z niepokojem. Kocia solidarność - to w nich lubię:)

sobota, 20 września 2014

Wróciłam do domu. To był najmniej udany wyjazd ze wszystkich moich podróży. Owszem, momenty był fajne, spotkałam dobrych i gościnnych ludzi, przeżyłam przelotną fascynację, ale nie uciekłam od tego, co boli. Do tej pory podróże jakoś mi pomagały, teraz nie. Cały czas przypominał mi się Krym sprzed 3 lat i miałam paskudną świadomość, że M. ma żonę i dziecko z inną, a ja ciągle i nieustająco czuję, że to była moja miłość życia, że choćbym nie wiem jak krytycznie podchodziła do tego, jak się zachował, to i tak nie potrafię wyzbyć się pamięci wspólnych chwil i poczucia, że wpasował się doskonale w moje oczekiwania. No i przede wszystkim że była między nami więź, która z moje strony zaangażowała wszystkie możliwe aspekty życia. Wprawdzie wieź oznacza relację dwóch osób, a tutaj pewna jestem tylko tego, co sama czułam, ale jednak byłam w tym ze świadomością tej więzi. W Armenii M. śnił mi się ciągle, a gdy mi się nie śnił, to przyśniło mi się drzewo jako metafora tego związku. Drzewo miało głębokie i bardzo rozgałęzione korzenie. Gdy zostało ścięte, korzenie i tak pozostały i wyrywanie po kawałku nie załatwiło sprawy istnienia drzewa.

Czas nie biegnie dla mnie linearnie, ale koliście, a raczej spiralnie i gdy pogoda przypomina mi o tym, co minęło, to wchodzę w przeszłość. W sumie to jest zgodne z naturą, cykl za cyklem, rodzenie się i umieranie. I ciągle na nowo czuję ból odrzucenia, tyle że wiem już to, czego nie wiedziałam przy rozstaniu, że było to odrzucenie dla innej. Powinnam się wkurzyć i iść do przodu, ale ten zawracający czas nie pozwala. Uczucia złośliwie tkwią w miejscu.

Nie mogę powiedzieć, żeby wyjazd był całkowicie do niczego, bo mimo że popłakiwałam pod okularami przeciwsłonecznymi i najbardziej byłam zainteresowana własnym wnętrzem, to i tak coś we mnie osiadało i zostawało. Samotne wyjazdy są niezwykle intensywne, człowiek nawet gdy nie chce, to i tak otwiera się na innych, przełamuje jedne stereotypy i tworzy nowe, widzenie świata pogłębia się i poszerza. Bez podróży nie byłabym sobą, a mimo to czuję, że nieprędko wybiorę się gdzieś dalej. Najpierw muszę zwalczyć to, co mnie boli.

Na drzwiach do bloku powitał mnie nekrolog. Umarł mój najbliższy sąsiad. Jedyny, z którym utrzymywałam kontakty nieco większe niż zdawkowe. Dwa lata temu sąsiadowi zmarła żona i chodził poobijany psychicznie jak ja po rozstaniu z M., ale starał się dzielnie trzymać. Nieodmiennie, mimo utraconej jednej nogi, schodził z 4. piętra na zakupy i nigdy nie pozwalał sobie pomóc. Rozumiem, że mnie nie pozwalał - był szarmancki i nie wyobrażał sobie, że kobieta może nosić mu zakupy. Ale panowie, którzy u mnie bywali, też to proponowali i sąsiad również odmawiał. Sąsiad nie był młody, chorował i widać było, że nie jest mu dobrze na świecie, więc z jego punktu widzenia pewnie dobrze, że odszedł na drugą stronę. Ale mi żal. Gdy ostatnio się widzieliśmy, wzięłam na ręce Luftmyszę żeby mógł ją pogłaskać, bo lubił zwierzęta bardzo. Smutno teraz będzie bez sąsiada.

piątek, 19 września 2014

No i zbliza sie powrot. Koniec pobytu okazal sie lepszy niz poczatek, spotkalam dobrych, serdecznych i goscinnych ludzi, polazilam po blocie, posulam sie po nieznanych gorach i doszlam do wniosku, ze brak rozsadku daje najciekawsze wrazenia w podrozy. To jedna z przyczyn, dla ktorych jezdze sama: nikt z moich znajomyc nie jest zdolny do takich szalenstw i nieodpowiedzialnosci, odkas S.sie ozenil. No ale ja za S. nie chcialam wyjsc, jednak wspolne upodobania do spedzania czasu w gorach to za malo na zycie. M. w takie miejsca jak ja za to nigdy by nie polazl, bo jest na to za delikatny i za bardzo nie lubi byc brudny. Gdy wczoraj gonilam blotnista droga, zeby zdazyc lapac autostop prze zmrokiem, poyslalam sobie, ze w smie nic dziwnego, ze M. wolal kobieca kobiete skupiona na domu i dbaniu o siebie, umalowana, ze zrobionymi wlosami  i polakieroanymi pazukami d takiej, ktora ublocona po kolana szuka po gorach monastyru.Oczekiwania kobiet i mezczyzn sa rozne.

O wczorajszej wyprawie napisze po powrocie na wschodnim blogu. Strasznie mily dzien byl. Poszlam na zywiol, bez zadnych planow, a do hotelu wrocilam polzywa poznym wieczorem. Dzis za to przy wykwaterowaniu zgrzyt. Hotel postsowiecki, Kirovakan - nza mowi sama a sebie. Recepcjonistka byla przemila. Dzis dalam klucz i  poprosilam o weanie taksowki, a pani poszla obejrzec pokoj bez slowa i dopiero potem wezwala taxi. Jakos takniemilo, mimo ze w pokoju zostawilm porzadek oraz napiwek.Tak tu jesrt roznie i nieprzewidyalnie.

Teraz jestem  w Erewaniu u S. Tra wlasni e rodzinno-kolezenska wideokonferencja rzez skype z udzialem telefonu, nie chce przeszkadzac, wiec polozylam sie z tabletem i pisze.Zwiedzilam dzis Metanandaran, gdzie wystawione sa  manuskrypty i rozne ksiazki, pare polskich tez sie zebralo. Piekne rzeczy i niesamowite. A teraz pismiennictwo w Armenii kuleje, ludzi czytajacych nie idac, ksiegarni bardzo malo, w dommach ksiazek jest niewiele. Narod dumny z historii i pismiennictwa i zyjacy przeszloscia w ogole w przyszlosc nie patrzy, ale dawne wartosci stracil. Mam wrazenie, ze Ormianie sa w zlym okresie historii teraz i jasnej przeszlosci im ne wroze. Nie powinnam patrzec na nich tak krytycznie, bo jednostkowo jestem taka sama, zasklepiona w dawnych krzywdach, nie mogaca oderwac sie od przeszlosci,  a czas nie plynie dla mnie liniowo, tylko spiralnie. Moze powinnam wlasnie taka nauke wyniesc z tej podrozy, ze siedzac  przeszlosci mentalnie upodobnie sie do Ormian jako narodu i tak samo marne na tym wyjde. Choc z drugiej strony nie wiem, czy  ztakim podejsciem mozna cos zrobic. Niektorzy je maja i juz.

Podwieczorek u S. wyglada tak, ze schodza sie sasiadki z dziecmi, czasem ktos dolcza na skype i sobie gadaja po swojemu, a ja siedze, ja na tureckim kazaniu. Isc gdzies glupio, wiec siedze, na szczescie z tabletem. Niemniej jednak takie zycie mi sie podoba. Schodza sie tylko kobiety, faceci maja swoje zycie.I w sumie kobietom to sie podoba, moze i faceci w tym czasie   zle sie prowadza, ale co z tego, skoro nikomu to nie wadzi.

środa, 17 września 2014

Mily dzien. Choc klasztorny. Ale juz sie pogodzilam, ze zwiedzanie klasztorow jst glowna atrakcja, O ile nie ma akurat w nich slubow, to mi sie zreszta bardzo podoba. Mimo ze ku oburzeniu lokalesow z kilku hitow zrezygnowalam.

Rano taksowkarze przescigiwali sie w atrakcyjnych ofertach, a gdy nie dalam sie zachecic, to skierowali do marszrutki, a wieczorem sami zagadywali, jak sie wycieczka udala. Kierowca maszrutki, ktorego podpytalam o widoki po drodze, usadzil mnie z przodu i opowiadala o tym, co mijamy. W Alawerdi zas zajas sie mna taksowkarz-historyk, ktory niedrogo poobwozil mnie po okolicy i pokazal miejsca, o ktoryc w obu marnych przewodnikach, ktore mam ze soba, nie ma slowa.Przy okazji namawial mnie, zebym sama napisala przewodnik o Armenii, gdy sie dowiedzial, co widzialam. I zaprponowal wspolny biznes w postaci obwozenia polskich wycieczek po Armenii. Jakos bym sie tego nie podjela z moim rosyjskim, nie mowiac juz o tym, ze podrozujac w grupie regularnie miewam zadze mordu.

Niestety po drodze znou spotykalm zwierzeta, ktore najchetniej bym zabrala z soba. W Wanadzoerze dokarmilam dwa szczeniaczki  z troskliwa mamusia. Sliczne, wesole, przylepne, pobawily sie ze mna radosnie, a biedaki zyja przy ulicy w chaszczach  pod blokiem, na szczescie, jak ustalilam, dokarmiane przez  miejscowych. A przy klasztorze Sanahin byl mlody kotek. Nie mialam czym go nakarmic, bo szystko oddalam wczesniej psom, a sklepu  poblizu nie bylo, a lokalesi twierdza, ze kotow sie nie dokarmia, bo lowia myszy i ze moge go sobie wziac. Gdybym tylko mogla go jakos wiezc do Polski, tobym sie nie zastanawiala, ale obawiam sie, ze zwirzatko by zostalo na lotnisku w Erewaniu. Wymizilam wiec rozmrucanego siersciucha i wyczyscilam mu potowrnie zaswierzbione uszy. Biedak mruczl przy czysczeniu, widac, ze czul ulge, szkoda ze na niedlugo to wystarczy.

Ormianie nie traktuja zwierzat zle, wiec psy i koty sa w miare ufne i pozbawione agresji. Niestety nikt o nie nie dba, zupelnie, jkby ich tu nie bylo. Chodza wiec chore, zaglodzone i parchate, zime pewnie przzywaja nieliczne, ktore na wiosne sie mnoza i tak trwa cykl. Smutne.

Nie moge patrzec na literowki, ale poprawianie na tablecie, na ktorym sie pisze przy marnej zarowce, to jednak za duzy wysilek dla mnie. Ale tez dzieki temu, ze musze sie streszczac, nie opisuje bolu istnienia i rozterek wewnetrznych, ale skrotowo to, co tutaj robie.

wtorek, 16 września 2014

Armenia to idealne miejsce do odwyku od internetu.Nie ma go prawie nigdzie.Teraz siedze w Wanadzorze w postsowickim hotelu, na dorze ulewa, w pokoju tradycyjnie jedna marna zarowka, wiec czytac sie nie da, lapie wiec wifi, ktore uporczywie ucieka. Ale przynajmniej sie pojawia. W kurorcie Dylidzan kafejki internetowej ani przybytku z wifi w ogole nie bylo, podobnie nad jeziorem Sewan, gdzieza 18$ wynajelam bude z ciepla woda (jak si okazalo, tylko rano, przez caly pozostaly czas wody nie bylo w ogole) i w towarzystwie sympatycznej ciekawskij myszki.

Przyroda w Armenii jest piekna, ale brak szlakow i map utrudnia jej poznawanie. Za to miasta to koszmarki. Swoje zrobil komunizm i trzesienia zeimi, reszty dopelnily bieda i wszechobecne sterty smieci.

Internet ciagle przerywa i trace co mozolnie napisalam na tablecie, wiec pewnie na dzis to wszystko. Wiecej o Armenii napisze na drugim blogu po powrocie. Chyba zbyt duzo sobie obiecywalam po Armenii, bo generalnie jestem rozczarowana. Inna rzecz, ze ostatnio odwiedzalam kraje, ktorym pod kazdym wzgledem trudno dorownac.

Szkoda, ze nie da sie pisac, bo mnostwo spostrzezen mi umknie, a material do myslenia zebralam przebogaty. A w ciemnosciach pokoju recznie raczej pisac sie nie da. Skutek jest taki, ze chodze spac o 20-21, a wstaje z kurami. Kiepskie swiatlo dziala depresyjnie, a i tak przezywam tu chroniczny  kryzys, gdyz wszystko przypomina mi Krym sprzed 3 lat.

A ludzie jak to ludzie, sa rozni. Niekoniecznie tak goscinni, jak fama niesie. I bardzo przesiaknieci komuna. Plus takie ttypowe postsowieckie chamstwo, kelnerki bez prosze i dziekuje, ekspedientki z charakterytycznym yyyeee. Generalnie na poludniu ludzie byli bardziej uprzejmi i goscinni niz na polnocy. Choc tu tez bywa sympatycznie, na plus sa taksowkarze, nieodmiennie pomocni i zyczliwi. Ale postsowieckosc czuje sie tu jednak bardzo i teksnote za ZSRR tez.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63