Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
niedziela, 15 maja 2016

W Sopocie w maju jest pięknie. Wokół secesyjnych budynków kwitły bzy, w drodze do Orłowa ptaki śpiewały oszałamiająco, z pokoju hotelowego miałam wyjście prosto na plażę. Hotel Sheraton jak zwykle przy hotelu Grand wyglądał jak nuworysz przy arystokracie, a łabędzie kołysały się na falach jak hostessy kongresowe na wysokich obcasach. Bo oczywiście nie pojechałam do Sopotu prywatnie, choć służbowy pobyt przedłużyłam sobie o dwa dni.

 

 

Kongres jak kongres. Odświeżyłam znajomości, ponudziłam się na panelach dyskusyjnych, posłuchałam paru ciekawych wypowiedzi, popatrzyłam, jak się starzeją ci, których widzę raz do roku, podłapałam trochę tematów do tekstów i nie pamiętam, z kim przeszłam na "ty", więc w najbliższym czasie pewnie parę razy popełnię faux pas.

 

 

Takie spędy są ciekawe nie tylko z przyczyn zawodowych, to także świetna okazja do obserwowania zachowań ludzkich. Siedzi sobie na przykład człowiek na oficjalnej kolacji w towarzystwie zamężnej pani i żonatego pana i widzi, jak sytuacja między nimi się rozwija. Wychylenie do przodu, oblizywanie warg, poprawianie włosów, teksty o chemii. Małżeństw nie rozbiją, bo on ma dzieci, a ona męża z wpływowej rodziny, ale relacja między nimi zacieśniała się z każdą minutą i widać było, że sytuacja za moment wymknie się im spod kontroli. Zabawne jest też puszenie piórek przez niektórych, zwłaszcza panów, i pokazywanie swojej wagi i powagi. Co ciekawe, nie dotyczy to raczej prezesów, ale piarowców i dziennikarzy.

Najciekawsza jest jednak sopocka plaża. Rozłożyłam się koło dwóch łabędzi, żeby sobie słuchać fal i patrzeć na ptaszyska. Tymczasem kto przechodził, to musiał sobie zrobić selfie z łabędziem, płosząc nieszczęsne ptaki, które chciały sobie pospać. Dzieci młodsze chciały głaskać, dzieci starsze rzucały patykami we wszystko co się rusza, bo tak fajnie jest podokuczać. Rodzicom i jednych, i drugich wszystko wisiało, dopóki łabędź nie pogonił ich nachalnej progenitury. Jedna blond dama o nienachalnej inteligencji popadła w konflikt z mewami, gdyż te zrzuciły guano na jej różowiutką kurteczkę. Dama próbowała doprać kurtkę w morzu, a wredne mewy zdawały się z niej naśmiewać, więc pani modnym białym sportowym bucikiem na gigantycznym koturnie usiłowała sprzedać im kopniaka.

 

 

Poszłam na spacer do Orłowa, wyskoczyłam na jeden dzień do Gdańska - zupełnie nie znam tych miejsc, więc patrzyłam na nie wzrokiem nieskażonym i łączyłam odwiedzane miejsca z faktami znanymi z historii. Oblazłam gdańską starówkę i pod Żurawiem sobie uświadomiłam, że w głębokim dzieciństwie chyba tu byłam. Pamiętałam, ze gdzieś w Gdańsku albo Gdyni byłam jako trzylatka, a pod Żurawiem otworzyła mi się jakaś klapka, że to było właśnie tu. Choć może to pamięć spłatała mi figla. Weszłam na wieżę Kościoła Mariackiego i przy zejściu zorientowałam się, że mam mocno zużyte podeszwy. W sensie wyślizgane. Więc schodząc poczułam się jak w górach - walczyłam wszystkimi mięśniami, żeby nie zjechać na dół na piątym punkcie podparcia. A w Warszawie na wieży u św. Anny nie byłam. Jakoś łatwiej się zwiedza nieswoje miasta.

 

 

Emocjonalnie na tyle jest już dobrze, że na oficjalną kolację założyłam szpilki, których nie nosiłam od czasów M., bo mi się z nim kojarzyły. Nie to, żeby wspomnienia nie bolały, bo bolą, ale już potrafię nie myśleć, nie przypominać sobie, nie wyobrażać i dzięki temu życie jest łatwiejsze. Choć łatwe nie jest. Choruję, czuję się fatalnie, w zasadzie cały czas zmagam się z bólem, robię mnóstwo badań i coraz bardziej mnie to wszystko męczy. Wydawałoby się, że takie kompleksowe chorowanie musi mieć związek z psychiką, a dziadostwo uaktywniło się, kiedy psychika jest ustabilizowana. Mam się stawić na konsylium lekarskim, gdzie doktory zdecydują gremialnie, co ze mną zrobić. Prawdopodobnie znowu będzie operacja i nie wiem, czy się na nią zgodzić, skoro kolejne pomogły mi na krótko. Zaczynam się skłaniać w stronę medycyny chińskiej, w sumie oprócz pieniędzy nie mam nic do stracenia.

 

 

Ciągły ból sprawia, że chodzę wkurzona. A jak jestem wkurzona, to bywam chamska. Dzisiaj sama siebie zaskoczyłam. Mieszkam w miejscu turystycznym, gdzie tłumy wycieczek zagranicznych chodzą, a tu jakieś pan z grubsza trzeźwy wlazł na trawnik przed samym moim nosem, rozpiął rozporek i zaczął się załatwiać 2 metry ode mnie. Grzecznie mu zwróciłam uwagę, żeby tego nie robił, a on się zaczął rzucać. Stanęłam, schowałam skromność niewieścią do kieszeni, ocięłam gościa wzrokiem do góry do dołu, zatrzymując demonstracyjnie spojrzenie na obnażonej części ciała i głośno i dobitnie skomentowałam rozmiar przyrodzenia tak, żeby przechodzący ludzie słyszeli. Gość się zapowietrzył i mam nadzieję, że na przyszłość zniechęci się do takich akcji.

niedziela, 03 kwietnia 2016

Pięć razy wstawałam w nocy wynieść Żbiczkę do kuwety bo śpiewała i próbowała włamać się do szafy. Bezskutecznie. Rano i tak opróżniła pęcherz na ulubiony kocyk Dyzia. Świeżo prany. Zaczynam rozumieć Dyzia, że jej dokucza. Teraz podpieram powieki zapałkami i próbuję pracować, a winowajczyni zwinięta w kłębuszek leży mi na kolanach. I jak tu się n nią zezłościć? Dziwiłam się jakiś czas temu, gdy dzieciata i kociata koleżanka mówiła, że koty są bardziej kłopotliwe niż dzieci, bo dzieci wyrastają z różnych zachowań, a koty nie. Coś jest na rzeczy.

Budząc się co chwila w nocy uświadamiałam sobie, że książka, którą piszę z W., może zostać potraktowana jako w głos w odświeżonej ostatnio dyskusji o aborcji i to mnie wytrącało ze snu bardziej niż perspektywa mokrej plamy na dywanie. Wątki katolicko-antyaborcyjne w książce się pojawiają, dla W. wiążą się z jej decyzjami, więc nie chcę w nie ingerować mimo własnych poglądów, mimo że jestem od katolicyzmu z każdym dniem bardziej odległa, a światopoglądowo zgadzam się z obecnym kompromisem. I na dodatek nijak nie rozumiem emocji, które rozpalają obecne pomysły naszych światłych władz, które zapewne chcą odwrócić w ten sposób uwagę od innych spraw. Bo niezależnie od tego, czy jest się za, czy przeciw, trudno nie widzieć, że jeśli kobieta będzie chciała usunąć ciążę, to zrobić to bez względu na stan prawny, jak nie w Polsce, to w Niemczech czy na Słowacji. A książka ma zupełnie inny cel, dotyczy konkretnej sytuacji i wyborów jednej osoby. Zastanawiam się teraz, jak ująć to w książce, żeby nie przypominała światopoglądowej pogadanki i żeby przypadkiem nie miała promocji po parafiach. I nie przychodzi mi do głowy żadne dobre rozwiązanie.

Swoją drogą historia W. pokazuje, jak bardzo pod górkę mają samotne matki niepełnosprawnych dzieci i na jak nikłą pomoc państwa i społeczeństwa mogą liczyć. Zastanawiam się, czemu głośni tzw. obrońcy dzieci nienarodzonych nie uaktywnią się w swoich parafiach w celu zorganizowania pomocy dla samotnych matek ani nie zrobią dyżurów przy dzieciach ciężko upośledzonych, podobnie jak publicyści wrzucający do sieci ckliwe kawałki o tym, jak cierpienie dziecka ubogaca rodzinę i okolicznych księży nie zaopiekują się takim dzieckiem. A politycy kupujący głosy programem 500+ nie uchwalą świadczeń dla niepełnosprawnych i ich rodzin, nie załatwią problemu alimenciarzy czy opieki nad dorosłymi osobami potrzebującymi pomocy (bo wszak niepełnosprawne dzieci kiedyś dorastają). Mam wrażenie, że takie działania byłyby znacznie skuteczniejsze w ograniczaniu aborcji niż kłapanie paszczami i strasznie prokuratorem.

środa, 30 marca 2016

Smutny dzień. Dowiedziałam się, że jeden z naszych podopiecznych powsińskich - czarny kocurek z białym krawatem - zginął pod kołami samochodu. Został rozjechany, a nie potrącony, co skłania do przypuszczeń, że ktoś zabił go specjalnie. Zginął na drodze kończącej się parkingiem, gdzie trudno się rozpędzić, a łatwo zahamować na widok zwierzęcia. Właściwie to trudno sobie wyobrazić, że auto jadące 20-30 km/h rozjeżdża kota tak, że mu wnętrzności wyłażą.

To był taki dobry kot. Zajmował się swoją byłą partnerką, mimo że była ona wysterylizowana. Jego nie zdążyłyśmy wykastrować, więc pewnie wierny nie był. Ale nie opuszczał swojej Rudzi. Cudnie opiekował się swoimi dziećmi. Mogłyśmy złapać ich mamę na ciachnięcie, gdy wykarmiła maluchy, bo zostały pod opieką troskliwego ojca.

Parlament Nowej Zelandii uznał, ze zwierzęta odczuwają jak ludzie i podlegają takiej samej ochronie (no, oprócz myślistwa, wędkarstwa i rzeźni, więc z duuuużymi wyjątkami). Dla mnie to od dawna jest oczywiste. Podobnie jak ludzie, zwierzęta bywają dobre i złe, stosując wobec siebie przemoc, bywają empatyczne. Zdarzają się wredne koty, a ten przejechany to był taki fajny gość. Zawsze żal zwierzęcia, gdy umiera bezsensownie, a teraz szczególnie mi żal. Tym bardziej, że jego partnerka została sama. A zwierzęta przywiązują się do siebie, a myślę, że też kochają. Cierpią po śmierci i rozłące. Dla ludzi to "tylko kot", dla kocicy - ktoś najbliższy.

Urok świąt - tych czy innych - polega na powtarzaniu pewnych rytuałów. W moim przypadku są to siłą rzeczy rytuały praktyczne, a nie religijne, gdyż od religii z każdym rokiem jestem coraz dalej.

Przed każdymi świętami obiecuję sobie, że perfekcyjnie posprzątam mieszkanie i upichcę jakieś wegetariańskie smakowitości o charakterze świątecznym. Jak zwykle wyszło jak zawsze. Stan mieszkania pozostawia wiele do życzenia, a przysmaki pozostają w sferze planów na następne święta.

Jak zwykle w domu rodzinnym stoły się uginały od potraw, a mama uginała się pod ciężarem przygotowań. Jak zwykle w rodzinie byli tacy, którzy obsługiwali i tacy którzy dawali się obsługiwać. I jak zawsze wszystko było bardziej. Tak uczucia, jak i napięcia.

Tylko dzieci się zmieniają, choć relacje z nimi, jak to w święta, są bardziej takie, jakie są. Co dla mnie akurat było wielką radością, bo z bratankami sztuk 3 mam kontakty świetne i teraz były jeszcze bardziej świetne. Dzieci tuliły się, obłaziły mnie, a w Lany Poniedziałek zamiast dyngusa przyniosły mi śniadanie do łóżka.

Nowością był też dyngus, który zrobiły koty w mieszkaniu. Pod moją nieobecność. Podlały co się dało. Niestety, nie wodą.

W sumie to dobrze, że już wróciłam do codzienności.

piątek, 05 lutego 2016

Dotarłam na Wzgórza Camerona, mimo że nie było to proste. A tu pada. Ciurkiem. Podobno tak od kilku dni. Ponoć w tropikach ulewy są krótkie i konkretne, a tu typowo polskie popadywanie. A wzgórza to dżungla. I błoto. Taka czerwonawa glinka. Szlaki oznakowane są fatalnie, dzięki czemu większość turystów korzysta z usług przewodników. Nabyłam w drodze kupna mapkę poglądową wzgórz, gdzie więcej jest reklam niż informacji, nie ma zaznaczonych nie tylko poziomic, ale i potoków, i poszłam sobie. Zgubiłam się szybciej niż przypuszczałam. Stałam sobie nad rzeczką i zastanawiałam się, gdzie iść dalej, nagle moim oczom ukazała się dwójka ludzi w średnim wieku, pewnym krokiem zmierzająca przed siebie. Zapytałam ich po angielsku po drogę, okazało się, że mieli lepszą mapę , wypożyczoną nielegalnie z hotelu, i szli tam gdzie ja. Gdy zaczęli rozmawiać ze sobą, okazało się, że angielski nie jest nam w komunikacji potrzebny, gdyż sympatyczni państwo mieszkają w Pile. Poszliśmy więc razem i razem zgubiliśmy drogę.

Nawet nie tyle zgubiliśmy, co wybraliśmy niewłaściwy, czyli bardziej skomplikowany wariant. Ale na plantację herbaty jakos udało nam się dotrzeć. Szczęśliwie ostatni odcinek, asfaltem 6 km. pod górkę pokonując autostopem. Za to sama droga była bardzo urozmaicona. Stroma i śliska. Obślizgłe liście i gałęzie i upiorna glina. Co chwila któreś z nas leżało. Droga skończyło się w kapuście. Schodziliśmy stromizną po koszmarnie śliskich betonowych schodkach, rozpaczliwie chwytając się po drodze kapusty.

W drodze powrotnej spotkaliśmy dwójkę Czechów, którzy mieli na dzisiaj taki sam plan, jak my. Siedzieli przy drodze, utytłani gliną od góry do dołu, i jak powiedzieli, połowę drogi przejechali "na zadku". Biedni byli kilkanaście kilometrów za nami, a już byli ledwie żywi. Ciekawa jestem, czy udało im się wrócić przed zmrokiem.

Wracając obraliśmy tę drogę, którą pierwotnie planowaliśmy iść. Paskudnie szło się pod górkę, ale przynajmniej bez upadków. Okazało się, że trudno było drogi nie zgubić. Miejsce, gdzie szlaki się rozchodziły, nie było w żaden sposób oznakowane, a właściwy szlak zaczynał się za zamkniętą furtką. W środku dżungli.

Po powrocie do hotelu buty poszły pod szlauch, spodnie i kurtka do prania, a bielizna do śmieci. Na jutro planuję mniej ambitne szlaki, bo nie mogę się tak utytłać, gdyż nie dosuszyłabym się przed wylotem. Kupiłam bilet na ostatni autobus do KL, będę tam o 22, ale zarezerwowałam hotel koło dworca, więc jest nadzieja, że się nie pogubię. Żeby tylko jutro łaskawie nie padało.

środa, 03 lutego 2016

Na Tioman są nie tylko małpy, nietoperze i warany. Są też koty. W moim hotelu były 3 kocurki, w tym jeden uroczy rudy zabijaka Czuki, ktory pakował mi się na kolana, wgryzał w palce i mruczał jak traktor. Przed przyjazdem na wyspę czytałam, że raz do roku koty są wyłapywane i topione. Nie odważyłam się o to syptać miejscowych, wypierałam tę informację.

Ale gdy wróciłam na ląd, to do mnie dotarły fakty. Otóż wszędzie w Malezji pełno jest ciężarnych i karmiących kotek. A na Tioman nic. Kociaków nie widziałam, a prawie wszystkie koty to samce. Wniosek nasuwa się sam - w czasie monsunu pozbyto się reszty. Podejrzewam, że w ramach regulacji populacji, tak jak u nas usypia się ślepe mioty, tak tam topi kocice i kocięta. Znielubiłam tę wyspę.

Jestem już na lądzie, utknęłam w nudnym Mersingu. Chcę przedostać się na Wzgórza Camerona. Niestety, autobusy do Ipoh są przepełnione, najbliższe wolne miejsca są w poniedziałek. Nie chcę jechać przez KL, bo chcę stolicę ominąć, spoedziwam się, że przedzieranie się przez miasto z jednego dworca na drugi byłoby czasochłonne, a noclegi tam są nieprzyjemne i kosztowne. Zresztą i tak nic bezpośredniego do KL dziś nie jechało. W ogóle cokolwiek jechało tylko do miasteczek, z których nie mogłabym się wydostać, w autobusach do innych miast nie było wolnych miejsc. Kupiłam na rano bilet do Melakki z nadzieją, że stamtąd dojadę na Wzgórza Cameorna. A jeśli mi się to nie uda, to w ostateczności zwiedzę Melakkę, choć azjatyckie miasta zdecydowanie wolę omijać szerokim łukiem.

W Malezji inaczej niż w innych azjatyckich państwach warto dokładnie zaplanować sobie podróż i porezerwować co się da. Malezja jest krajem trochę bez właściwości. Trudno tu znaleźć coś tutejszego: muzyka, ubrania, sklepy - wszystko sprawia wrażenie importowanego, trudno znaleźć jakiś punkt zaczepienia, żeby się zagłębić w to, co tu jest, tym bardziej, że niełatwo jest nwiązać kontakt z miejscowymi, oprócz miejsc turystycznych rzecz jasna. Za to przyroda jest cudna. Jeśli kiedykolwiek tu wrócę, to dla przyrody, jadąc do wybranych parków narodowych, gdzie będę mieć wcześniej zrobione rezerwacje. Spontan zostawię sobie na inne kraje.

 

poniedziałek, 01 lutego 2016

Siedzę na wyspie Tioman. Wyspa jest prawie rajska. Prawie - bo jednak byłam w miejscach bez porównania bardziej rajskich. Ale tu jest ok. Mieszkam w  domku, koło którego widziałam wielgaśnego warana. Po  drzewach śmigają wiewiórki, a wszędzie łażą koty, które podobno w ramach kontroli populacji raz do roku łapie się i topi. Domki są w nadmiernym zagęszczeniu jak na moje upodobania, na szczęscie jest przed sezonem i tłumów nie ma. Przy brzegu rafa jest średnia, le na wycieczkę sie raczej nie zdecyduję, bo dźwięki, które wydają moje dolne drogi oddechowe skłaniają mnie do przypuszczenia, że na snorkellingu bym się jednak bała, że się zadławię, za słabo pływam, by eksperymentować przy takim kaszlu.

Wokół jest dżungla. Chciałam przejść przez dżunglę na sąsiednią plażę, bo to jedyna droga, ale od razu się zgubiłam. Jutro poproszę recepcjonistę, żeby mi pokazał drogę. Za to poszłam do sąsiedniej wsi i tam wreszcie miałam to co lubię. Było swojsko i sympatycznie, ludzie po drodze częstowali mnie owocami i kokosem, otrzymałam propozycję podwody, a na koniec spotkałam na drzewie wielgaśne stado nietoperzy. Niestety, akurat teleobiektywu nie miałam ze sobą, bo w planie było głównie plażowanie.

Tutaj jest o tyle dziwnie, że zagaduje do mnie albo przynajmniej kłania się każdy jeden mężczyzna, natomiast z żadną kobietą nie mogę nawiązać nawet kontaktu wzrokowego i uśmiechu. Krępujące jest to. Panie są malownicze, ale patrzą na mnie w taki sposób, że nie śmiem zrobić im zdjęcia ani nawet spytać o pozwolenie. Nie mogę tego rozgryźć, bo niby w islamie powinno być odwrotnie. Inna rzecz, że tutaj z dużym luzem traktuje się religię. Owszem, kobiety noszą chusty i alkoholu w moim hotelu pić nie można, ale przedstawiciele obu płci swobodnie ze sobą rozmawiają. Nie wszyscy zresztą są muzułmanami. Barman w jedynym czynnym barze ewidentnie nie wyznaje islamu i regularnie namawia mnie na drinki.

Teraz siedzę na werandzie w recepcji, strumyk szumi, muezin zawodzi i ogólnie jest bardzo nastrojowo, tylko niepokoi mnie brak wieści od rodziny.

piątek, 29 stycznia 2016

Zrejterowałam z Borneo i płynę na Tioman. Zaczęło się od wodolotu z Kuchingu do Sibu. Wszyscy go chwalili, a ja ledwo przeżyłam. Może to z powodu monsunu jazda była okropna. Zamiast 4 godzin 6, cały czas w smrodzie spali i rzucało tak, że gdy zerkałam lewo, widziałam żółtą wodę, w prawo - ołowiane niebo. Z przodu był telewizor, gdzie leciał jakiś krwawy film. Leżałam zielona z głową w plecaku, a przede mną w podobnej pozycji leżał równie zielony Anglik. Gdy pomyślałam o tym, że miałabym na wodzie spędzić kolejne 2 dni w takich warunkach, to w Sibu poszłam do pierwszego biura podrózy i kupiłam bilet na samolot. Monsun tym razem też dał do wiwtu. Pierwszy raz w życiu w samolocie autentycznie się bałam, choć nie pierwszy raz doświadczyłam turbulencji. Czułam się jak w łupinie, którą wiatr rzucał w chmurze na wszystkie strony.

W Johor Bahru mnie oszukali na dworcu i kupiłam 2 bilety do Mersingu, ale takie rzeczy w podróży to norma, zwłaszcza że tu miejscowi nie są z tych szczególnie życzliwych, jak zauważyłam. Jest tu czysto i są rewelacyjne murale. Po Sibu to relaks. Bo w Sibu był syf, który mnie calkowicie przerósł. Takie typowe portowe miasto: handel, brud i prostytutki. Zdaje się, że nawet mój hotel pełnił podwójną rolę. Do tego koty, strasznie biedne. Jeden wpadł pod samochód prawie na moich oczach. Do tego byłam świadkiem koszmarnej sceny, gdy facet tłukł dziecko.

Centrum Sibu jest przyjemne, takie chińskie, ale rynsztoki przy ulicach, sterty śmieci i ohydnie brudna rzeka z szarożółtą wodą jakoś mnie zniechęciły. Pomyślałam, że nie jestem tu za karę i dlatego jadę na Tioman. Starzeję się. Kiedyś ciekawość by zwycięzyła, dziś wygrywa chęć wygody i potrzeba piękna.

W Malezji zachwyca mnie przyroda, natomiast to, co jest pomiędzy, najchętniej bym ominęła. Myślę o tym, jak subiektywną sprawą jest gust. Tutaj według moich standardów trudno o piękne wytwory rąk ludzkich. Poczynając od ubrań i sposobu ubierania się Malezyjczyków, a kończąc na budynkach. Dużo słodkich kolorów, połysku i dziwnych zestawień wzorów. Od strony kulturowej Malezja to zupełnie nie moja bajka, ale przyroda wiele jest w stanie zrekompensować. Dużo sobie tutaj obiecuję po wyspie Tioman.

środa, 27 stycznia 2016

Dżungla mnie uleczyła. Było niewyobrażalnie pięknie. I muzyka dżungli, i widoki, i świnie, i małpy i w ogóle wszystko. Małpy są jak karykatury czlowieka, mogłabym je godzinami obserwować. A świnie to temat na oddzielną opowieść. Spędziłam 3 dni w parku narodowym i żal mi było stamtad wracać. A dziś doczekałam się orangutanów. Nawet senior rodu raczył pokazać plecy! Więcej o tym wszystkim napiszę o powrocie na drugim blogu, tylko tak na szybko wrzucam informacje dla tych, którzy czytają i się martwią.

Jutro chcę dostać się do Sibu, a potem rzeką w głąb Borneo. Trochę mi żal, że już nie będą to parki narodowe, ale chcę też poznać inny kawałek Borneo. Jest tu tak wilgotno, że piesze wycieczki są dość męczące. Smartfon mi podpowiada, że temperatura odczuwalna to 45 C. Wilgoć świetnie wpłynęla na moje drogi oddechowe. Dawno tak dobrze nie oddychałam przez nos, co jest o tyle dziwne, że cały czas mam kaszel.Tyle, że ten kaszel już jest niegroźny, nie mam gorczki, zatrucie minęło i energia mnie rozpiera.

Dodam, że niezależnie od tego, że wszędzie czuję się u siebie, Malezja jest normalnym krajem według naszych standardów. Honorowane są światła na ulicach, jest czysto, toalety są europejskie, angielski jest powszechny, jest czysto, komunikacja działa normalnie. Tyle, że do domu daleko. Wypłoszyła mnie choroba i spokorniałam, ale to już za mną i teraz delektuję się podróżą, która nie jest żadnym wyczynem, tylko zwykłą trochę dalszą wycieczką.

sobota, 23 stycznia 2016

No więc tak. Chora jestem nadal, choć kaszel zelżał, ale niestety mam gorączkę, za to nie mam siły. Do tego jeszcze się zatrułam, pierwszy raz w podróży to mi się przytrafiło. Kolekcjonuję nowe doświadczenia. Zamiast dżungli zwiedziłam skansen. Szału nie ma, ale to jedyna atrakcja turystyczna, na którą miałam dziś siłę. Jutro jadę do Parku Narodowego Bako i mam nadzieję, że jakoś przetrwam w dormitorium 3 noce. Nie to, że dorm to coś strasznego, bo sala jest raptem 4-osobowa i nie w takich warunkach się nocowało, ale tu problemem jest klima. Wszędzie w ciepłych krajach klimatyzacja jest bardzo lubiana, ale tutaj naprawdę przesadzają. Powietrze jest wilgotne, człowiek się poci, a w klimatyzowanych pomieszczeniach i pojazdach temperatura jest niższa o jakieś 15-20 stopni. W kolejnym hotelu nie można jej regulować, można tylko wyłaczyć. I tej klimy w sali zbiorowej boję się najbardziej.

Dziś w Kuchingu padł prąd. A razem z  prądem internet, telefony, światła na ulicach, McDonald i woda w kranie. Po właczeniu prądu wszystko oprócz wody wróciło, a bez wody w tym klimacie jest trochę trudno. Z czołówką wyskoczyłam na miasto szukać czynnego sklepu i o dziwo znalazłam taki i kupiłam wodę butelkowaną do mycia.

Całe to chorowanie pokazuje mi sporo o Malezyjczykach. Miałam moment krytyczny i zaległam na ławce na nadbrzeżu, zwijając się z bólu. Mnóstwo ludzi przechodziło i nikt się nie zainteresował. Zupełnie jak w Polsce. Gdy pytam o drogę, często zdarza się, że pytany zaśmieje się dziwnie i odchodzi, w większości przypadków nie można liczyć na jakąkolwiek wolę pomocy w pokazaniu cudzoziemcowi, gdzie ma iść. Mam wrażenie, że z zaufaniem międzyludzkim jest tu średnio. W hotelach za noclegi płaci się z góry i jeszcze trzeba zapłacić depozyt, nawet gdy nijak nie ma co zniszczyć czy ukraść. W ogóle bardzo wszyscy pilnują, żebym płaciła i nie kantowała, z czym czuję dziwnie, bo kantować nie mam zamiaru. Na plus wyróżniają się rangersi w parkach i rezerwatach - prawie wszyscy spotkani przeze mnie byli w naturalny sposób pomocni, życzliwi i nie traktowali mnie jak kombinatora. No i na ulicach kilkakrotnie spotkałam uśmiechające się panie. W razie potrzeby nastawiam się raczej na korzystanie z polisy ubezpieczeniowej niż z życzliwości ludzkiej.

Samopoczucie wpływa na to, jak postrzega się miejsce, które się odwiedza. Gdy byłam w Indiach 9 lat temu, też byłam chora i mimo że podrózy w żadnym wypadku nie uważam za straconą, do Indii nie mam cienia sentymentu i nie ciągnie mnie, żeby tam wrócić. Niewykluczone, że to dlatego, że czułam się tam podle. Obawiam się, że podobnie może być z Malezją. Tu  jest rzeczywiście piękna przyroda i cierpię widząc góry, na które nie mogę wejść i lasy, w które nie mogę się zapuścić, ale na poziomie fizycznym czuję gorączkę, kaszel, skręt kiszek, brak sił i duchotę na zmianę z zimną klimą. I bezsilność, że przez to wszystko marnuję okazję do poznania miejsca i ludzi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63