Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
piątek, 01 sierpnia 2014

Jak co roku tego dnia, jeśli jestem w Warszawie, idę na Powązki. Dziś utknęłam w korku, takie tłumy ciągnęły na cmentarz. I gdy rozległy się syreny, wszystkie samochody stanęły, niektórzy udzie z nich wysiedli i stali obok, w autobusie też nikt nie siedział, ale to akurat dziwne nie było, gdyż wszyscy jechali w to samo miejsce.

Tradycyjnie Powązki 1 sierpnia są miejscem różnych dziwnych manifestacji. Dziś oprócz manifestacji byli też przebierańcy. Dla mnie to przygnębiające, taki happening. Sporo osób w podkoszulkach "powstańczych", często do tego szalikami Legii na ramionach i słowami na "k" na ustach. Tak sobie myślę, że obchodzenie rocznicy Powstania Warszawskiego jest dziś modne. I niestety im więcej osób uczestniczy w obchodach, tym częściej można natknąć się na chamstwo. Najbardziej przykre w przypadku harcerzy. Kilkakrotnie dziś widziałam mundurowych nastolatków a to rozpychających się, to wręcz odgarniających ludzi rękoma.

Z roku na rok Powstańców jest coraz mniej. Kilkanaście lat temu na Powązki w rocznicę Powstania raczej nie przychodziły przypadkowe osoby, za to żyło więcej uczestników walk niż dzisiaj i to oni tłumnie uczestniczyli w obchodach. Dziś to jest zbiorowa pamięć warszawiaków. Chyba o to chodziło przy upowszechnianiu wiedzy o Powstaniu, ale mam mieszane uczucia.

Po odwiedzeniu powstańczych kwater poszłam na Łączkę, czyli kwaterę Ł, gdzie były chowane ofiary sądowych z czasów stalinowskich, też często byli Powstańcy. Zaskoczenie. Tu były tłumy! Widać, że historia dla ludzi jest ważna. Ćwierć wieku temu, gdy łaziłam po Warszawie powstańczymi szlakami, byłam dziwolągiem, dziś wieczorem idę na wycieczkę po Starym Mieście śladami walk i pierwotnie ponad 500 osób się na nią zapisało.

Najadłam się hydroksyzyny, którą zapiłam procentami, więc jestem znieczulona, ale przy okazji przymulona. Koszt względnie normalnego funkcjonowania. Jakkolwiek przejmuję się nie tylko sobą, to egoistycznie własne problemy martwią mnie najbardziej i własne życie boli bardziej niż życie innych ludzi czy zwierząt. Mam nawrót myśli o M. Przed oczami przesuwają mi się randki i wszystkie momenty, gdy on był dla mnie bardzo dobry. Wchodzę w znany sobie schemat - zaczynam się zastanawiać, co złego zrobiłam, ze ten związek się rozpadł, przecież musiała być przyczyna, dla której on się odkochał, i oczywiście musiała być po mojej stronie, bo przecież tak wspaniały człowiek nie zmieniłby swoich uczuć bez powodu. Potem stawiam się do pionu, przypominam sobie fakty i widzę, że on mnie nie kochał i przy tym oszukiwał. Myślę, że nie da się nijak wytłumaczyć braku prezentu, choćby drobiazgu, gwiazdkowego dla swojej dziewczyny. Podobnie jak kłamstw, na których go złapałam.

Męczące są te nawroty. Ta niekończąca się historia. Boli, że kiedy ja tak cierpię, on przeżywa najfajniejsze momenty w swoim życiu: miłość, zaręczyny, ślub, miodowy miesiąc, pewnie dziecko. Nie rozumiem, jak po tym, co nas połączyło i co deklarował może to wszystko przeżywać z inną i że mógł tak szybko w to wejść. Niemniej jednak jest to faktem, więc jedynym rozsądnym wyjściem jest pogodzenie się z faktami. A to mi zupełnie nie wychodzi. Do wszystkiego się zmuszam, nic mnie nie cieszy, nawet podróże, bez których kiedyś sobie nie wyobrażałam życia, straciły dla mnie smak i są spełnianiem dawnych marzeń pozbawionym w tej chwili zapału. Żal mi dawnego życia, które tak bezkrytycznie zmieniłam dla M. i do którego nie ma powrotu. Pozostała pustka z nawracającymi napadami rozpaczy, z kórymi nie wiadomo, co zrobić.

czwartek, 31 lipca 2014

Pomagam komuś, kto doświadczył straty zupełnie innego rodzaju niż moja, ale znowu we mnie odżyły uczucia. Podobne jest jedno - temu, kto zrobił krzywdę, życie się układa. Ten, kogo skrzywdzono - cierpi.

Dużo bym oddała, żeby cofnąć czas i żeby M. nigdy nie pojawił się w moim życiu. Nie wiem, czemu ciągle po latach uważam, ze jak nie on, to żaden. Że mimo tego, co mi zrobił, mimo świadomości jego kłamstw i pewności, że mną manipulował, tworząc we mnie swój obraz mężczyzny idealnego, ciągle mam w pamięci wspólny Krym, wspólne słuchanie Okudżawy, rozmowy o imponderabiliach, wspólne plany, jego słowa, że jestem wymarzona i wyśniona, jego radość na mój widok.

Życie po rozstaniu z M. to ucieczka. Przed tęsknotą, przed myśleniem, przed wspomnieniami, przed własnym życiem, które bez niego stało się puste. Ciągle nie potrafię pojechać do Krakowa ani gdziekolwiek przez Kraków, bo dworzec krakowski wywołuje z pamięci powitania i pożegnania. Taki moment, gdy patrzyłam za nim taka dumna, że on jest mój i rozpacz, gdy z betami zabierałam się od niego.

Wiem, że on ma żonę i z tą żoną mieszka w gniazdku, które wił ze mną. Może nawet ma dzieci, a ja ciągle pamiętam, gdy dzieci planował ze mną i pytał, który pokój przeznaczymy dla nich. Pamiętam, jak omawialiśmy, co będziemy mówić dzieciom o naszym poznaniu i dyskusję o wychowaniu, którą toczyliśmy w przeddzień rozstania. I nie wiem, jak to wszystko było możliwe. Że taka miłość i taki koniec. Jedynym wytłumaczeniem jest to, że on mnie nie kochał. Przecież gdyby kochał, to by nie przestał z dnia na dzień. Tak się nie da.

Mam dziwną pewność, że obecną żonę poznał w czasie, gdy był ze mną i zostawił (a właściwie sprawił, że sama odeszłam) dla niej, ewentualnie była to jego wcześniejsza dziewczyna. Że nawiązał z nią znajomość w tamto Boże Narodzenie, kiedy ja uczyłam się przygotowywać potrawy świąteczne z myślą o wspólnej rodzinie z nim. Że w czasie, kiedy bardziej ufałam jego słowom niż własnym oczom, on ustawiał rozstanie w taki sposób, żeby mnie obciążyć odpowiedzialnością. Że gdy nie mógł znaleźć nic takiego, bo z anielską cierpliwością zniosłam nawet brak prezentu bożonarodzeniowego i ciche dni, to wymyślił jako przyczynę osłabnięcia jego uczuć to, że kocham podróże i planuję wspólny wyjazd z nim, dodam wyjazd - który sam zaproponował. Że nie odpowiadał na moje zagadywanie na skype w nocy tłumacząc, że szuka w necie czegoś dla pacjentów, a ja w naiwności swojej jeszcze byłam dumna, że tak się angażuje w leczenie, gdy tymczasem pewnie rozmawiał z tamtą panią. A równocześnie zaprosił mnie do siebie na walentynki i urządził je z pompą tylko po to, by tydzień później powiedzieć, że jedynym problemem jest to, skąd ma wziąć pieniądze, żeby mi je oddać.

Ciągle we mnie siedzi to nadużycie zaufania. To, że w czasie, gdy byłam pewna, że jesteśmy tylko dla siebie, pojawił się ktoś, kto jego zafascynował. Że to jest nieprawdopodobne, żeby do czegoś takiego doszło u człowieka, który kocha, zwłaszcza wtedy, gdy znajomość jest na takim etapie, gdy jeszcze endorfiny szaleją. Że coś, co z mojej strony było "na życie" i czego konsekwencje ponoszę do tej pory i w zasadzie będę ponosić zawsze, było jednym wielkim oszustwem i pomyłką, po której on nie zdobył się nawet na banalne "przepraszam".

Każdego faceta porównuję z nim i z żadnym nie łapię takiego kontaktu. A równocześnie wiem, że kontakt to była jakaś cholerna gra z jego strony. Bo przecież gdyby było tak naprawdę, że z nikim innym nie rozumiał się tak jak ze mną, to by nie był z inną. Proste i logiczne. I przecież pamiętam, jak mnie traktował pod koniec związku, w końcu nie bez przyczyny odeszłam. Pamiętam jego zachowanie po rozstaniu, brak kontaktu, przetryzmywanie przez niego moich rzeczy i mam żal do losu, że w czasie, kiedy ja ciężko chorowałam, M. zakochany w innej układał sobie z nią życie. A z drugiej strony ciągle zadaję sobie pytanie, co takiego ma ona, czego nie miałam ja. W czym się lepiej rozumieją, skoro twierdził, że ze mną porozumienie ma jak z nikim? Czy to wszystko to były czcze słowa? Czy wszystko, co do mnie mówił, było klasycznym bajerem, na którym ja naiwnie budowałam swoje życie? A może banał - ona po prostu była młodsza i ładniejsza? Dlaczego tak się dzieje, że ktoś, kto mi złamał życie, sam żyje szczęśliwie? Czemu los wspiera tych, którzy krzywdzą innych?

Zupełnie inaczej się żyje, gdy jest ktoś, kogo jest się pewnym, kogo się kocha z wzajemnością, kto człowieka akceptuje ze wszystkimi niedoskonałościami i po prostu jest. Nie wiem, jak żyć, gdy to przestaje być. Gdy wszystkie wcześniejsze myśli i słowa są jak ponura ironia. Gdy podczas spaceru powiedziałam, ze szkoda, że nie mam aparatu, bo jest tak pięknie, a on mnie pocieszał, że jeszcze nieraz tam pójdziemy - wtedy przemknęło mi przez myśl, że niekoniecznie, choć był to najfajniejszy etap związku. Pamiętam swoją myśl, że nic nie dzieje się bez przyczyny i dobrze, że rozstałam się kiedyś z kimś innym, bo dzięki temu jestem z  M. - 2 dni później już nie byłam z M.

Nie wiem, czemu mi się teraz zebrało. Może to lato, a poznaliśmy się z M, gdy było tak gorąco jak teraz? Może to, że się za bardzo wczułam w sytuację osoby, którą wspieram, i poczucie utraty mnie dopadło. Ta dziewczyna jest w gorszej sytuacji niż ja, nie radzi sobie psychicznie zupełnie, nie jestem w stanie jej pomóc ani ja, ani nikt inny. Ale poczucie utraty jest uniwersalne. Widzę, że są ludzie, którzy radzą sobie z nim fatalnie, a i ona, i ja, do takich osób się zaliczamy. I podobne jest to, że gdy do utraty doszło, obie najpierw obwiniałyśmy siebie, a w zasadzie dałyśmy się wpędzić sprawcom w poczucie winy, a dopiero potem do nas dotarło, że fakty mówią zupełnie coś innego.

Źle zamknięta przeszłość wraca falami i do tego nie mam pojęcia, jak walczyć z tym, co poczułam po 3 dniach znajomości z M. - że to ten i żaden inny. I że oprócz jego stosunku do mnie od pewnego momentu związku, on był właśnie taki, jakby wypłynął z mojej wyobraźni. I co z tego, że rozum mówi, że on jako psychoterapeuta świetnie mógł mnie rozpracować i dostosować swój image do moich potrzeb. Przecież to, co istnieje obiektywnie, nijak się ma do tego, co ja czuję, przeżywam i jak odbieram świat.

Strasznie mi się dziś ulało. Już mam dość. Boli mnie 40-stka na karku w połączeniu ze świadomością, że miałam mieć z M. dzieci, a nie mam dzieci, związku ani widoków na związek, bo straciłam zdolność do zaangażowania się i miłości. Boli mnie pamięć mikroświata, który tworzyłam z M. Nie wyrabiam z własnymi myślami i uczuciami. Chciałabym zapomnieć, a wszystko mi przypomina. Rozpadła mi się kanapa, a nie jestem w stanie kupić nowej, bo za kanapą uganiałam się z M. A kanapa służy jego żonie... Stałam dziś na przejściu dla pieszych i gdy przed nosem śmigał mi tramwaj, walczyłam z pokusą, żeby się nie rzucić pod koła i uciąć to męczenie się raz na zawsze. Dziś nie uległam pokusie, ale czy kiedyś nie będzie to silniejsze ode mnie? Nie wiem.  Nie widzę przed sobą żadnych szans, choć robię wszystko, żeby pojawiło się w końcu jakieś światełko w tunelu.

sobota, 26 lipca 2014

Rozstania chodzą po ludziach. Mam wrażenie, że gdy wiążą się ze sobą ludzie koło 40, to przeważnie długo takie związki nie trwają. W końcu z jakichś przyczyn człowiek w tym wieku jest sam. Ostatnio rozstali się D. i W. i na tę okoliczność wczorajszy wieczór spędziłam przy winie w i skręcaniu mebli, gdyż D. musiała przyspieszyć remont i urządzanie mieszkania.

D. trzyma się dzielnie, zdecydowanie lepiej niż ja się trzymałam w  podobnej sytuacji, ale pewnie nie wszystko pokazuje, no i ma na głowie tyle spraw, że musi być na razie ogarnięta. I tak to jest smutne. Ludzie liczą, że ułożą sobie życie, ktoś się angażuje, kocha, a potem krach - to boli.

Więc na zmianę skręcaliśmy meble i siadaliśmy na flaszkę. Towarzystwo zebrało się świetne, mądrzy, inteligentni ludzie z pasjami, rozmawialiśmy jak w studenckich czasach, a nie jak państwo w średnim wieku;) O podejściu i odbiorze śmierci, o kotach, górach i imponderabiliach. Dawno nie spędziłam tak fajnie czasu. Choć przyczyna spotkania nie była wesoła.

Nie mam w sobie poczucia, że skoro mi się nie udało, to innym niech też się nie uda. Lubię, gdy ludziom się udaje. Rozstania przypominają mi o tym, co sama przeszłam i co boli mnie do dziś. Znając życie, D. otrząśnie się szybciej niż ja. Już niejedna znana mi para rozstała się po moim rozstaniu z M. i ludzie ogarnęli się raz dwa, a ja ciągle nie potrafię  otworzyć się na nowe i ciągle czuję w sobie dawne emocje, choć teoretycznie one są czymś zewnętrznym wobec mnie. Patrząc na nową sofę D. myślałam o poszukiwaniu sofy z M. Tyle żeśmy się za nią razem nachodzili, tyle było planów, żeby sofa była dla moich gości, a teraz służy ona jemu i innej pani. Czeka mnie zakup sofy do mojego mieszkania, bo obecną koty wykończyły i aż sie boję myśleć, jak trudne to będą poszukiwania. A przecież już prawie 3 lata minęły, odkąd biegaliśmy z M. za sofą.

A wczorajszy miły wieczór ma dziś mniej miły ciąg dalszy i bynajmniej nie mam na myśli kaca, bo tego nie mam. Idąc do D. skręciłam kostkę. Miałam pomysł zostawienia tego do naturalnej regeneracji, ale mnie ludzie na imprezie nastraszyli, że może to się ciągnąć i że rano będę mieć opuchliznę wielkości pomarańczy. Nie było tak źle. Opuchlizna była jedynie wielkości brzoskwini. Tak czy siak dzisiejsze plany wzięły w łeb, gdyż spędziłam dzień na ostrym dyżurze, a w najbliższym czasie mam zakaz używania nogi.

czwartek, 24 lipca 2014

Zmagając się z dylematem: co zrobić, żeby zamknąć przeszłość i zmienić podejście do miłości trafiam na różne teksty, które przyczyniają się do tego, że nie widzę przed sobą żądnych szans. Czytam na przykład w "Wysokich Obcasach" wywiad z psycholożką, która singielkom radzi psychoterapię, mającą na celu zmianę systemu wartości (swoją drogą, ciekawe czemu singli nikt na takie terapie nie wysyła), tak, żeby nie przekreślać mężczyzn o cechach, których obecnie nie akceptujemy i docelowo móc stworzyć związek chociażby z hydraulikiem. Bo przecież chodzi o to, żeby pan akceptował świat pani i pani świat pana. Inaczej funkcjonujemy w stereotypie i systemie, w którym wyrośliśmy. Facet nie umie wypowiadać się po polsku? Przecież to nieważne, musimy zmienić nasze wyobrażenia, a nie będzie na to przeszkadzało. Konkluzja jest taka, że bez związku nie można być szczęśliwym, tylko że jedni pracują nad tym, żeby się zmienić i wejść w związek, a inni nie.

Rozumując tym torem, powinnam kurcgalopkiem zmienić psychoterapeutę i pójść tam, gdzie mi będą przestawiać podejście do życia na mniej wymagające. Tak jak dziś koniecznym warunkiem, bym z kimś mogła być, jest podziwianie tej osoby, tak podziw zostałby zamieniony na akceptację. Spotykam panów świetnie rokujących jako partnerzy, ale zupełnie mnie nie pociągających z różnych względów. Pozostaje więc to zmienić, a przestanę myśleć o M. Poznam pana po zawodówce, który będzie tolerował moje podróże, koty i ambicje, a ja będę tolerować jego brak wiedzy i głębszych zainteresowań. Ja będę spędzać czas w podróży i nad książkami, on z piwem przed telewizorem. W ramach kompromisu przestanę używać tak skomplikowanych słów jak retrospektywa czy percepcja, a pan przestanie mówić "popierdolony" i "zajebiście". Związek będzie, ale czy naprawdę o coś takiego chodzi?

Przypomina mi się znajoma, która wyszła za mąż za pana bez matury. Po trzech latach powiedziała, że małżeństwo jest przereklamowane. Owszem, znam wykształcone panie, które są szczęśliwe z panami po zawodówkach, ale tylko wtedy, gdy same nie mają aspiracji intelektualnych ani ciekawości świata. Znam też panów po zawodówkach, którzy matołkami nie są i wiele rzeczy ich interesuje, uważam, że wykształcenie nie przesądza o wartości człowieka, ale nic na to nie poradzę, że nie mam szans na osiągnięcie bliskości z człowiekiem, z którym mówimy innymi językami, mamy inne światy i inne potrzeby. Podobnie jak uważam, że brak pracy nie dyskwalifikuje nikogo, ale jakoś nie pociągają mnie faceci trwale bezrobotni i nie uważam, żeby związek z takimi rokował, choć pani psycholog z wywiadu radzi, by się takimi drobiazgami nie zniechęcać.

To się wpisuje w ogólny trend. Jakiś czas temu czytałam rozmowę z jakimś utytułowanym socjologiem, który mówił, że czterdziestolatki mają tak marne szanse na zamążpójście, że patrząc realistycznie powinny brać, co leci. Prawo popytu i podaży.

niedziela, 20 lipca 2014

Rozmowa z Elżbietą Dzikowską w Wysokich Obcasach. Przeczytałam i nabrałam energii. Świetna babka, wiecznie młoda, mądra i uporządkowana, a przy tym żyjąca z pasją. "Życie bez pasji jest jak potrawa bez soli" - mówi. Parę lat temu przeprowadzałam z nią wywiad w jej domu w Międzylesiu i było to jedno z moich ciekawszych doświadczeń dziennikarskich. 

Zastanawiam się, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie potrafią być szczęśliwi i spełnieni. Czy to jest umiejętność akceptacji tego, co niesie życie, czy też widzenie jaśniejszych stron życia? Czy może to kwestia substancji chemicznych w mózgu, które u jednych się wydzielają w ilościach hurtowych, a u innych tylko ze wspomaganiem chemii?

Dzikowska nie jest młoda, zapewne jej organizm czuje upływający czas i niekiedy są ją boli i strzyka, jak to u osób po przekroczeniu 40 bywa. Zmarł mąż, którego kochała. Dzieci nie ma. Niejedna osoba na jej miejscu byłaby samotna i zgryźliwa. A ona ma osiągnięcia, radość i energię, żyje twórczo i ciekawie. I ma w sobie coś magnetycznego, co sprawia, ze słucha i ogląda się ją z przyjemnością i jej programy i książki zapadają w pamięć.

Podoba mi się akceptujące podejście do życia. "Gdybym miała dzieci, bardzo bym je kochała. Ale że nie mam, to mi ich nie brak." Otóż to.

I ciepło i sympatią mówi o obu mężach. Zazdroszczę jej rozstania z klasą. Mąż zostawiony ugościł męża przyszłego, panowie porozmawiali, dobre relacje został zachowane. I z oboma mężami miała relacje partnerskie! Szanowali się, wspierali i pozwalali sobie wzajemnie na realizację marzeń, razem i osobno. To akurat jest rozrzutność losu, że na dwóch takich trafiła;) Znalezienie jednego akceptującego kobiece marzenia o podróżach to już nie tak prosta sprawa, a co dopiero dwóch;)

A wywiad został zilustrowany m.in. zdjęciem Dzikowskiej z kotem i psem. Jak oni godzili podróże z opieką nad zwierzętami? W każdym razie pomyślałam, że może by tak wyruszyć w drogę? Taką nieznaną i nieprzetartą. To akurat jest tym, co zależy ode mnie.

Zastanawiam się, na ile nasze myśli i przekonania kształtują nasze emocje. Czy to jest tak, ze nie mogę otworzyć się na nową miłość, bo uważałam, że kocha się na zawsze i że skoro chcę wyjść za tego człowieka, to znaczy, że chcę za tego, a nie za nikogo nikogo innego i że jeśli się czuje, że to ten, to znaczy, że żaden inny? A M. uważał, że dobry związek można stworzyć z tą albo z tamtą, albo z jeszcze inną i dzięki temu migiem po rozstaniu ze mną ożenił się z inną kobietą. Tylko jak zmienić swoje przekonania?

Ostatnio jeden znajomy omawiał ze mną swoje sprawy uczuciowe. Pomyślałam, że może swego czasu M. z jakąś panią rozmawiał na temat związku ze mną i może nawet podobne zarzuty miał. I że szkoda, że nie powiedział o nich mnie, tylko się nakręcał. Ale widocznie nie kochał, tak jak mój znajomy nie kocha dziewczyny, z którą się spotyka. Podobna sytuacja: też mu kiedyś zależało, ale przestało zależeć, jakieś rozczarowanie, rozjazd z wyobrażeniami, niewyjaśnienie sprawionej przykrości, może inna kobieta. Zupełnie inaczej podchodzę do związku, staram się wejść w buty drugiej strony, zrozumieć jej punkt widzenia. Może naprawdę faceci są z innej planety?

piątek, 18 lipca 2014

Upał, duchota, tęsknota za wolnością i piątkowy wieczór, kiedy tradycyjnie wpadam w dołek. Uziemiłam się w Warszawie, gdyż miałam mieć robotę. Pomyślałam, że opchnę ile się da w lipcu,a potem będę mieć trochę luzu. A tu kicha. Wszystko się przesuwa, a ja się nie mogę ruszyć, bo Żbiczka jest po sterylce i nie chcę jej zostawiać, a w perspektywie mamy zdjęcie szwów. Nie to, żebym się nudziła, mam co robić, ale to nie są na tyle pilne rzeczy, żebym nie mogła wyrwać się w góry albo nad wodę.

Koty jednak wiążą, ale gdy patrzę na ufny pyszczek Żbiczki, to nie żałuję uwiązania. Ale chciałoby się mieć wszystko. Na razie dokucza mi stan zawieszenia. W mieszkaniu mam zepsute prawie wszystko i zamiast drobnego remontu chcę zrobić duży, taki z wyburzaniem ścian. Takie plany oznaczają, że jeszcze parę miesięcy muszę popracować na to, żeby mieć za co ten remont zrobić. Liczyłam, że uda się skończyć na liftingu i kupię nowe mieszkanie, a to wynajmę, ale widzę, że to nie ma sensu. Szwankuje elektryka i muszę coś z tym zrobić, zanim definitywnie zostanę bez oświetlenia.

Czyli w perspektywie zarabianie. Nie lubię myśleć o pieniądzach. Lubię żyć z dnia na dzień. Mieć czas na życie, koty, książki, rodzinę, przyjaciół, fotografię, sport i podróże. Życie jest takie ciekawe i bogate, jeśli tylko pozwolić mu się normalnie toczyć, a nie gonić za kasą i funkcjonować w kieracie.

A teraz pustka. Kończy mi się wreszcie infekcja, zaczyna weekend i czuję ten dziwny żal, że coś kiedyś, że coś umarło, że czas płynie, a ciągle boli i nie potrafię się otworzyć na nową miłość. Dziś zaczepił mnie facet na ulicy. Uprzejmy i uśmiechnięty. Odpowiedziałam uprzejmie i chłodno, a po chwili sobie uprzytomniłam, że jestem przeraźliwie zamknięta na nowe znajomości. Od czasu M. nie zaistniał dla mnie żaden facet. I nie wiem, co zrobić, żeby to zmienić.

czwartek, 17 lipca 2014

Rozmowa z prezesem M. na temat współpracy była tak konstruktywna, że aż poczułam, jakbym przeniosła się w czasie o 15 lat, kiedy ucząc się dziennikarstwa spotykałam redaktorów na poziomie, którzy cierpliwie pokazywali mi błędy i uczyli pisania, a przy tym traktowali z szacunkiem i dotrzymywali słowa. Dziś już się zdążyłam przyzwyczaić do zmiany standardów, nieodpisywania na e-maile, niechlujnego redagowania i nieznajomości branży przez osoby redagujące teksty. A tu miła niespodzianka. Konkretna rozmowa, facet zna się na rzeczy, daje dużą swobodę, ramy współpracy zakreślone jasno, stawki konkurencyjne. Jedynym minusem jest to, że teksty będą poradnikowe i do prawa będę musiała wrócić, ale z drugiej strony chcę zrezygnować z pisania na tematy, które mi się już przejadły. Oby współpraca potoczyła się tak dobrze, jak się zapowiada.

Dziś spotkałam moją bliską koleżankę z liceum. Czekałam na autobus, G. przejeżdżała obok samochodem i mnie wypatrzyła. Nie widziałyśmy się 20 lat. Nieprawdopodobne. 20 lat temu miałam 20 lat. Trudno mi uwierzyć w swój wiek. To bodajże Nałkowska napisała: "Wszystkiego byłabym się spodziewała, ale tego, że będę stara, to nigdy".

W pierwszej chwili nie poznałam G., bo miała okulary przeciwsłoneczne na pół twarzy. Figurę ma nastolatki, a od czasów licealnych wyładniała. Gdyby nie była stateczną matką dwójki nastolatków, to bym nie poczuła, że jesteśmy takie wiekowe;) Niestety wypłynął też temat życia osobistego z nieśmiertelnym pytanie, czy wyszłam za mąż i od razu przypomniałam sobie, dlaczego nie wyszłam. I zabolało.

G. wyszalała się za młodu, uczuciowo także, i w stosownym wieku się ustatkowała. Mi się na uczuciowe wzloty zebrało dobrze po 30, więc wylądowałam z kotami. Co wcale nie jest takie złe.

Z G. chodziłyśmy razem do I klasy liceum. Potem ona powtarzała klasę i zmieniła szkołę. Trafiła do najgorszego ogólniaka w województwie, gdzie na dodatek musiała dojeżdżać kawał drogi z przesiadkami. Na wsparcie rodziców nie mogła liczyć i końcu nie wytrzymała. Parę miesięcy przed maturą, już jako osoba pełnoletnia, dała drapaka. Wyjechały z koleżanką za granicę, a o ich przygodach można by napisać książkę. Po drodze spotkały mnóstwo pomocnych ludzi, objechały kawał Europy, a w końcu znalazły pracę jako a-pair. Nauczyły się języków i zarobiły niezłe jak na polskie warunki pieniądze.

Jako że rodzicom nie dały znaku życia, szukała ich policja w Polsce i Interpol. Po 3 miesiącach od zaginięcia policja namierzyła mnie w akademiku i poszłam na przesłuchanie. Policjant spisał moje dane bardzo szczegółowo, z informacjami o przodkach włącznie, i cały czas poprawiał mnie, gdy mówiłam "uciekła" na "zaginęła". A ja wiedziałam, że G. planuje ucieczkę, tylko że policjant nie chciał tego przyjąć do wiadomości.

Skończyło się tak, że jedna z dziewczyn zatęskniła do domu i po 8 miesiącach obie wrócił do Polski. Relacje G. z rodzicami od tego czasu były bardzo dobre, a G. nauczona własnymi doświadczeniami mówi, że swoim dzieciom daje dużo luzu i obdarza je zaufaniem.

Po powrocie G. z giganta widziałyśmy się tylko raz. Potem kontakt się urwał. Aż do dzisiaj. Planujemy spotkać się na dłuższe pogaduchy, ale widzę już, że żyjemy w innych światach. Ciekawe, czy uda się utrzymać znajomość.

środa, 16 lipca 2014

Zadzwoniła dziś do mnie sąsiadka zaniepokojona faktem, że mój kot leży na balkonie i nie chce z nią rozmawiać, mimo że na co dzień ze sobą konwersują;) A koty wszystkie w upał padły pokotem, pokot tylko przenosi się z balkonu na kanapę i z powrotem. O dziwo najlepiej trzyma się Żbiczka, mimo wczorajszej operacji. A każdym razie ucieszyłam się, że nie tylko ja jestem kocioświrnięta;) Może z czasem nawet poproszę sąsiadkę o opiekę nad futerkami, gdy gdzieś wyjadę. Tylko najpierw będę musiała perfekcyjnie sprzątnąć mieszkanie, bo sąsiadka jest pedantką i potrafi nawet pucować lamperie na klatce schodowej.

Żbiczula ufnie tuli się do mnie przez cały dzień. Włazi na mnie, układa się na dekolcie, obejmuje mnie łapką za szyję i tak leży, aż jej się znudzi albo poczuje potrzebę umycia się, a jak po zabiegu nie mam sumienia jej zganiać. Więc ja leżę, Żbiczka leży i robota też leży.

To ostatnie jest najgorsze, bo jak poleży, to się spiętrzy. Jutro idę na rozmowę w sprawie kolejnego zlecenia. Tym razem prasa motoryzacyjna się odezwała. Mogłam pracować w telewizji, nie mając telewizora, to mogę i pisywać do prasy motoryzacyjnej, nie mając prawa jazdy;) Jutro się okaże, jakie warunki zaproponują, wtedy zdecyduję, czy będę się zarzynać kolejną robotą, czy też nie.

A Żbiczka przyszła udeptać mi brzuch i gada coś, mocno przekonująco, ale niestety nie wiem, o co jej chodzi. Muszę więc natychmiast się nią zająć, żeby się tego dowiedzieć i spełnić jej oczekiwania;)

wtorek, 15 lipca 2014

Dziś pozbawiłam Żbiczkę możliwości przekazania fantastycznych genów dalej i jakkolwiek mam świadomość, że sterylizacja jest koniecznością, a przynajmniej powinnością, to nie zmienia to faktu, że jest to okaleczenie zwierzęcia i operacja, która ma takie skutki, jakie operacje miewają, czyli ból i oczadzenie po narkozie. Na szczęście wszystko przebiegło bez problemów, kocica została wybudzona raz dwa i odebrałam ją koło południa całkiem przytomną. Gdybym wiedziała wcześniej, że różnica w cenie między Koterią a lecznicami stanowi odzwierciedlenie zastosowanych środków oraz ostrożności, to na Luftmyszy też bym nie oszczędzała. A Luftmysza biedna po operacji przyjechała dopiero wieczorem skołowana i śnięta, a do tego musiała pościć. A przed operacją nie miała robionych żadnych badań.

Żbiczka i tak wyczuła, że coś niedobrego się święci. Skąd koty to wiedzą? Czy ona widziała, że ja się denerwuję? Nigdy nie lubi wchodzić do transporterka, ale dziś podjęła działania, które można określić jako przemoc domowa. Całą drogę się darła, jak nigdy, a w lecznicy zgubiła mnóstwo futra. Biedna, tak się do mnie tuliła, gdy lekarka ją badała, że z dużymi wyrzutami sumienia ją zostawiłam.

A po wszystkim spotkały mnie wielkie wyrzuty. Chodziła za mną przez cały dzień i gadała, że ona mi ufała, a  jej coś takiego zrobiłam, patrzyła w oczy z wyrzutem, kładła się na moim brzuchu i głośno wyrażała pretensje. Teraz zmęczona śpi.

Wiózł nas taksówkarz kociarz, bo gdy się zamawia taxi i podaje, ze ze zwierzem, to często zwierzoluba wysyłają:) Facet opowiadał, jak jechał kiedyś z klientem i zahamował gdy pies wpadł na jezdnię. Na co klient z wielkimi pretensjami, że nie dodał gazu, bo to przecież taka frajda najechać na psa i on tak zawsze robi. Na niektórych ludzi działa wyłącznie wizja surowej kary. Gdyby przepisy nie chroniła życia ludzi, to byśmy na siebie wzajemnie polowali na ulicach. A tak różne gadziny wyżywają się na bezbronnych i ufnych zwierzętach.

Do kociego hospicjum trafiła dziś młoda kotka, której ktoś wydłubał oczy. Na facebooku ktoś się skarżył, że mu sąsiad w jego własnym ogródku kota otruł, organizacje prozwierzęce teraz mają nawał roboty ze stworami wyrzucanymi na wakacje i kociakami bez mam. Nie mówię o takich drobiazgach jak oddawanie zwierząt, bo się znudziły albo odwidziały. A takie zwierzę przeżywa to strasznie. Psy i koty są wrażliwsze niż ludzie, przywiązują się i kochają bezinteresownie. Koty, które po paru miesiącach w domu wracają do domu tymczasowego czy schroniska są przeraźliwie smutne, jak to powiedziała moja znajoma o kocie, którego ludzie oddali do niej, bo po roku "objawiła się alergia", miał najsmutniejsze kocie oczy na świecie, gdy zorientował się, że ludzie go oddali.

Właściwie życie mi teraz upływa pod znakiem kotów. To moja wielka miłość na drugie czterdziestolecie;) Gdy tak siedzę w kocich sprawach i widzę, co ludzie robią zwierzętom, to nie potrafię być obojętna i coraz bardziej w to wsiąkam. Podróże zeszły na dalszy plan, zresztą nie mogę zgubić infekcji, więc siłą rzeczy jestem uziemiona. W zasadzie jestem rozdwojona, bo ciągnie mnie w świat, ale koty nie lubią się ze mną rozstawiać. A już Żbiczka tak mi ufa, że wyjątkowo podle się czuję, gdy gdzieś wybywam;)

niedziela, 13 lipca 2014

Dziś będzie o kotach i o prawie. Monotematyczna się robi, ale jestem wkurzona i zbulwersowana.

Dwa miesiące temu doszło do takiego zdarzenia. Dziewczyna, opiekunka 6 kotów, poleciała do Norwegii na pogrzeb brata. Koty zostawiła pod płatną opieką Julii G., właścicielki firmy Pet Bon Ton, zajmującej się m.in. profesjonalną opieką nad zwierzętami pod nieobecność opiekunów. Dwa koty udusiły się w pralce, umierały co najmniej 8 godzin. Jak do tego doszło? Otóż pani przypadkiem zamknęła otwartą pralkę, do której schowały się koty. Nie wiem, czy nie zauważyła, że zamknęła, choć to dziwne, bo akurat ten model zamyka się ciężko, czy też zauważyła, ale nie zorientowała się, że weszły tam koty, co jest dziwne, bo każdy kociarz takie rzeczy robi odruchowo, a o była siła fachowa. Wychodząc nie policzyła kotów, co też dziwi. Przy kolejnej wizycie się nie zaniepokoiła, że liczba kotów się nie zgadza i założyła, że koty schowały się pod łóżkiem, a do opiekunki napisała smsa, ze z kotami wszystko w porządku - dodam, że mieszkanie małe, więc skrytek znowu tak dużo nie ma. Znając koty, te 4 pozostałe pewnie prowadziły ją do pralki i pokazywały, ze coś nie tak, bo koty tak reagują, gdy coś się dzieje z osobnikiem z ich stada. A na koniec pani zostawiła cały ten przykry majdan do sprzątnięcia właścicielce, opłaciła za to pogrzeb i nie wzięła pieniędzy za "usługę" mówiąc, że dzięki temu właścicielka szybciej kupi sobie nową pralkę....

Teraz petsitterka tłumaczy, że jej nie powiedziano, że pralka jest otwarta i że inna kocia skrytka jest zamknięta, więc to właściwie wina właścicielki zwierzą. Wypadek, szereg nieszczęśliwych zdarzeń, zbieg okoliczności - sorry, taki mamy klimat. Zresztą wiadomo,  to "tylko koty".

Przestępstwa nie ma, bo znęcanie się nad zwierzętami występuje tylko z winy umyślnej, której u się nie udowodni, bo zamknięcie pralki musiałoby być celowe. Wszak kot to nie dziecko, a gdy dziecku coś się stanie z powodu niedbalstwa opiekunki, to jest raban. Tylko że kot cierpi tak samo jak dziecko. O ile nie bardziej, gdyż koty mają większą wrażliwość na ból niż ludzie. My po prostu mamy więcej empatii dla osobników własnego gatunku i naturalny, wrodzony instynkt opiekuńczy wobec dzieci. Inna rzecz, że nawet umyślne okrucieństwo wobec zwierząt nie jest karane, mimo że są podstawy prawne. Co skądinąd jest zupełnie naturalne, w końcu ludzie jedzą befsztyki nie interesując się specjalnie, w jaki sposób zginęła krowa, która mięsa na befsztyki dostarczyła i czy ją bolało przed śmiercią.

Poszkodowana dziewczyna, która po tej historii leczy się u psychiatry, wystąpiła na drogę sądową, cywilną oczywiście. Moim zdaniem powinna dostać wysokie odszkodowanie i zadośćuczynienie, bo są do tego przesłanki: szkoda, popełnienie przez sprawcę czynu niedozwolonego, związek przyczynowo skutkowy między czynem a szkodą oraz wina (umyślna - gdy sprawca chce wywołać określone skutki albo na nie się godzi bądź nieumyślna, czyli lekkomyślność bądź niedbalstwo. Jako że udowodnienie czynu niedozwolonego może być trudne, biorąc stosunek polskich sądów do zwierząt, można dochodzić odszkodowania z tytułu nienależnego wykonania zobowiązania. Wtedy do pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności wystarczy oprócz szkody, związku przyczynowego miedzy szkodą a działaniem sprawcy i winy wykazanie, że szkoda jest następstwem okoliczności, za który sprawca ponosi odpowiedzialność. To ostatnie jest tu jasne, choć polskie sądy mają dużą swobodę, z której różnie korzystają. Ostatnio czytałam o wyroku zasądzającym wypłatę odszkodowania przez właścicieli psa za to, że ów czworonóg obszczekał sąsiadkę (bez ataku na nią, pies miał kaganiec), a rzeczona pani ze strachu spadła ze schodów. Ja tu adekwatnego  związku przyczynowego między szczekaniem a spadnięciem nie widzę, związek jest, ale bardziej w sferze psychiki owej pani niż w realnym świecie. W końcu spadanie ze schodów nie jest normalną, możliwą do przewidzenia reakcją na szczekanie psa sąsiadów. No ale sąd uważał inaczej.

Wracając do sprawy. Wstrząsnęła mną bardzo, bo wyobrażam sobie, jak ciężko musi teraz być właścicielce (nie lubię tego słowa w odniesieniu do zwierząt) kotów. Nie wiem, czy kiedykolwiek bym się podniosła, gdyby moje koty coś takiego spotkało. A tę panią miałam zaznaczoną jako potencjalną opiekunkę moich sierściuchów, gdyby na czas któregoś wyjazdu nikt znajomy nie mógł zająć się kotami. Wkurza mnie nazywanie tej sytuacji wypadkiem, jak to robią chociażby dziewczyny,z  którymi zajmuję się kotami w Powsinie. To nie był wypadek, to był ciąg rażących zaniedbań skutkujący śmiercią w męczarniach zdrowych, młodych i kochanych kotów. Gdyby opiekunka dziecka oglądała telewizję, a w tym czasie dziecko utopiło się w wannie, o byłoby jakieś usprawiedliwienie? Albo gdyby lekarz w natłoku obowiązków zamiast prawej nogi uciął pacjentowi lewą? Nie. Jeśli od nas zależy czyjeś życie, czy to człowieka, czy zwierzęcia, takie zaniedbania nie mogą mieć miejsca. Nie mogą i już.

Po całym zdarzeniu petsitterka jak gdyby nigdy nic reklamowała swoje usługi, udzielała wywiadów, w których tłumaczyła, jaka jest świetna, szkoliła ludzi z opieki nad zwierzętami. Sprawa wyszła, gdy poszkodowana jakoś się ogarnęła i opisała w internecie sytuację. Kotom życia nic nie wróci, ona nie przestanie przeżywać. Właściwie to teraz chodzi o wzięcie/przypisanie odpowiedzialności za śmierć kotów i tzw. prewencję generalną, czyli uczulenie ludzi na to, komu zostawiają zwierzęta, że szkolenia i kursy nic nie znaczą, jeśli nie empatii, no i o to, żeby samemu uważać, bo z powodu naszych zaniedbań koty mogą ponieść śmierć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 59