Kategorie: Wszystkie | Filmy | Fotografia | Kocham koleje;) | Książki | Podróże | Życie
RSS
piątek, 12 grudnia 2014

Już w ciągu pierwszych sekund badania usg po minie lekarza poznałam, że potwierdziło się to, czego się spodziewałam, a w zasadzie byłam pewna. I czego nie chciałam wiedzieć, więc odwlekałam wizytę. Tylko dlatego nie idę na operację, że lekarz się boi operować, bo jest za duże ryzyko. Teraz standardowe badania, czy to aby nie raczek i liczenie, że hormony coś poprawią, choć właściwie wiadomo, że nie poprawią. To czas dla mnie na oswojenie się z sytuacją. I z tym, co właściwie wiem od 3 lat. Bo tym razem już złudzeń nie ma.

Też był wtedy grudzień, trzy lata temu, gdy to się zaczęło. Wtedy zaraz po diagnozie zadzwoniłam do M., który mnie pocieszał. Jeszcze wtedy myślałam, że mnie kocha i przejdzie przez to ze mną. Nie wiedziałam, że już pojawiła się K. i że diagnoza tylko działa na moją niekorzyść. On jako lekarz wiedział wcześniej niż ja, a przecież chciał mieć dzieci. I ma. A mi już zawsze planowanie dzieci będzie kojarzyło się tylko z nim.

W zasadzie to i tak jest lepiej niż dwa lata temu. Operacje plus porzucenie to było za dużo. Teraz tylko operacja i jednak jakaś, mikra bo mikra, nadzieja na to, że uda się operacji uniknąć, jest. W zasadzie nie bałam się tej operacji, dopóki nie zobaczyłam wyrazu twarzy potencjalnego operatora. A facet jest bardzo dobrym specjalistą i już dwa razy miał mnie pod nożem.

Nie wiem, jak szukać sensu w tym bezsensie. Przegrałam życie i od tej świadomości nie da się uciec. Mogę sobie żyć kotami, choć koty nie miały być zamiast reszty, ale oprócz. Ratowanie zwierząt to walka z wiatrakami. Każdy dzień przynosi informacje o kolejnych potrzebujących stworach i o i kolejnych horrorach, które ludzie fundują zwierzętom. Na kociaki nie ma chętnych, a one są coraz bardziej do mnie przywiązane. Zresztą ja do nich też. Do tego operacja plus koty to fatalny zestaw. Nie wyobrażam sobie wtedy sprzątania kuwety. A jeśli już, to lepiej po trzech kotach niż po sześciu. Coraz rzadziej myślę, że jakoś to będzie.

czwartek, 11 grudnia 2014

Odkryłam ostatnio banalną rzecz. Tym, c najbardziej mnie boli po rozstaniu z M., jest samotność. Ale nie taka samotność polegająca na tym, że nikogo bliskiego przy mnie nie ma, ale taka, że straciłam poczucie bliskości totalnej. Bez znaczenia jest to, że było to w mojej głowie i że zapewne jakąś formę samotności prędzej czy później by odkryła będąc w związku. I że tej bliskości nie było w rzeczywistości, bo gdyby była, to byłaby dwustronna. To było poczucie czegoś, co się prawie nie trafia. Spotkanie kogoś, kto wydawał się pasować do mnie jak druga skóra. Coś, co wydawało się nierealne i takie też się okazało.

To nie ma nic wspólnego z motylami w brzuchu, bo w związku z M. te motyle to akurat specjalnie aktywne nie były. To było gdzieś głęboko we mnie. Iluzja, która drogo mnie kosztuje. Czasem myślę, że może gdybym zdecydowała o rozstaniu w dogodniejszym dla mnie psychicznie momencie, gdybym nie dała robić się w balona jak pierwsza naiwna, gdybym po rozstaniu była stanowcza, a nie robiła sobie wyrzuty, że byłam taka niedoskonała... Ale ejst jak jest. Siedzi we mnie to bardzo silnie. To, że kochałam totalnie, że skupiłam się na tym, żeby być fair wobec niego do tego stopnia, że nie zatroszczyłam się o swój interes. A miałam sygnały, widziałam je i nie powinnam ich lekceważyć. Gdybym tak nie nastroiła swojej psychiki, nie czułabym bólu samotności związanego z utratą spełnienia. A raczej ułudy spełnienia.

Samotność to nie jest stan niebycia w związku. Byłam kiedyś w związku, który był zabijaniem samotności, bo cały czas było uczucie jakiegoś niedosytu. Przy M. uczucia niedosytu nie miałam. Czułam, że jestem na właściwym miejscu i brak tego czucia dokucza mi od rozstania. A zimą budzą się upiory. Przypominają mi się poszukiwania kanapy do mieszkania M. - "naszego" gniazdka, oswajanie Woli Justowskiej, w której trudno było mi wyobrazić siebie z dzieckiem, które przecież planowaliśmy, i to jak najszybciej. Wolę Justowską oswoiłam do tego stopnia, że czasem jej zaśnieżony obraz mam przed oczami, gdy się budzę. Tylko że tam teraz spaceruje żona M. z ich wspólnym dzieckiem...

Poznałam M. od takiej strony, że wiem, że nie bylibyśmy razem szczęśliwi, zbyt wiele kłamstwa było w jego życiu. Za to myślę, że on wybrał kobietę, z którą jest i będzie szczęśliwy. Ale i tak siedzi we nie w środku to, co wtedy czułam i to blokuje mi otwarcie się na nowe znajomości. Zresztą skoro M. po takiej bliskości zawiódł i to tak cynicznie, to kto nie zawiedzie?

Osłuchuję nagrane rozmowy z W., z którą piszę książkę. Ona uważa, że nie ma przypadków. Że wszystko w życiu jest po coś. Że winę za cierpienia ponoszą ludzie, a Bóg działa tak, żeby było najlepiej. Słucham tego i nie mogę się nadziwić, że osoba tak ciężko doświadczona przez życie może mieć takie podejście. Moje problemy to przy jej problemach drobiazgi, a mimo wszystko nie rozumiem, po co to wszystko było.

Na przekór sobie zapisałam się na lekcje nauki jazdy i zgłosiłam do poważnej redakcji propozycje kilku tekstów na trudne tematy, z którymi teraz muszę się zmierzyć. Na przekór sobie zmuszam się do życia i czuję, że je zmarnowałam. Niby na nic nie jest jeszcze późno, ale gdy się w niczym nie widzi sensu, to trudno jest żyć.

niedziela, 07 grudnia 2014

Jeśli jeszcze mi ktoś powie, że wychodzenie do ludzi jest lekiem na samotność porozstaniową i głupie poczucie, że M.to był ten jeden jedyny i że żaden inny, to będę mordować.

Po 2 tygodniach harówki non stop trafiły mi się wolne chwile. A nawet wolny weekend. Pogrążyłam się więc w życiu towarzyskim, wychodząc z domu i poznając nowych ludzi. I jak zwykle przemyślenia mam smutne, choć nie powiem, czas spędziłam miło i kontakty nawiązałam (hyhy) zawodowo obiecujące. Ale jestem na innym etapie życia. Wolę zagłębić się w kryminał i obłożyć kotami, niż popijając drinki snuć smętne rozmowy o życiu, które w wydaniu ludzi z mojej grupy wiekowej przeważnie kończą się niewesołymi konkluzjami. W zasadzie radość życia mają tylko ci, który mają małe dzieci. Zadowolenie z życia - ci, co mają dzieci większe albo są w szczęśliwych związkach. Reszta jest mniej lub bardziej sfrustrowana i na równe sposoby ucieka przed przemijalnością życia, której świadomość w tym wieku ludzi dopada. Oczywiście śmieję się, żartuję, gadam i zagłuszam przykre uczucie życiowej porażki, które od rozstania z M. jest moim nieodłącznym towarzyszem.

Do tego dochodzą liczne ciocie-dobra rada. Zrób sobie dziecko, jak znajdziesz dobry materiał genetyczny (czytaj: jak ktoś ze chce się z tobą przespać), zmień fryzjera, wyreguluj brwi, poznawaj facetów, flirtuj, randkuj itp. Dlaczego zakładają, że mam na to w tej chwili ochotę? Że w ogóle potrzebuję rad?  I że znalezienie materiału genetycznego jest trudne dla kobiety czterdziestoletniej? Nawiasem mówiąc, wczoraj gdy wracałam z imprezy o północy 200 metrów od własnego domu poznałam Murzyna, który usiłował się ze mną umówić;) Facet był inteligentny, więc zapewne szansę na dobre geny przepuściłam;)

Od dziś mam samochód. Ale nie mam prawa jazdy. Do czasu, aż zrobię prawko, auta będzie używał R., który mam nadzieję, czasem będzie moim kierowcą. Wreszcie mam motywację, żeby nauczyć się jeździć. Coraz bardziej rozpaczliwie poszukuję motywacji do działania.

Czarna dziura oznacza, że nie mogę się zmusić do pisania tego, co daje mi największą satysfakcję, ale równocześnie jest najbardziej wymagające. Jak dalej pójdzie, skończę w PR i i do porażki życiowej dojdzie zawodowa. A wtedy to już w ogóle będzie katastrofa. Na razie zdobyłam się na odrzucenie piarowego zlecenia, nie pytając nawet o warunki finansowe, ale oprócz mówienia "nie" trzeba robić jeszcze coś pozytywnego.

Tak się jakoś złożyło, że zapamiętałam rozmowę z M. na skype z 7 grudnia trzy lata temu. Ślady znajomości ze skype zostały usunięte, ale w głowie i tak wszystko siedzi. Za dużo pamiętam. Za dużo wspomnień się budzi w taką pogodę jak dziś.

O. została porzucona przez męża. Pół roku temu z błyskiem w  oku opowiadała, jakim są świetnym małżeństwem, jak od początku wiedzieli, ze to jest to i że tyle lat już są razem. Pan poszedł do innej. O. ze stresu schudła kilkanaście kilo, jak to mówi - głównie marzeń i złudzeń, co trafnie oddaje stan, gdy się wali coś, co miało być na zawsze. Ale O. jest dzielna. Rzuciła się w sport, nakupowała kolorowych ciuchów, stara się żyć aktywnie. Do takich kobiet faceci często wracają, więc finał może będzie pozytywny. Najgorzej po rozstaniu przeistoczyć się w smętną donnę, jak to ja zrobiłam. Ale na nic innego nie było mnie wtedy stać. Inna rzecz, że O. ma dziecko, które ją trzyma w pionie. Bo widzę, że w środku cierpi bardzo, ona jest  z takich typów jak ja, dla których "na zawsze" znaczy "na zawsze", a miłość wiąże się z trwaniem i oddaniem.

Dobrze, że jutro nowy tydzień. Lubię poniedziałki. Obowiązki skuteczniej odrywają od bólu duszy niż rozrywka.

czwartek, 04 grudnia 2014

Praca, wyjazd, spotkania, wywiady, imprezy, szukanie domu dla kociaków - przez ostatnie tygodnie funkcjonowałam jak koń w kieracie. Dziś oddałam ostatni tekst z tych, co to na wczoraj i natychmiast nastąpiło tradycyjne załamanie. Jak zwykle nie codziennością, która teoretycznie powinna być przytłaczająca, gdyż nagle wszyscy zleceniodawcy, zupełnie jakby się zmówili, zawieszają zlecenia na koniec roku, więc w styczniu nie będzie pieniędzy, tradycyjnie ktoś zalega z zapłatą, pilny remont odsuwa się w czasie, a po kociaki nie wiedzieć czemu nie ustawia się kolejka. To wszystko jakoś da się ogarnąć, choć życie w prowizorce nastroju nie poprawia. Ale mi się znowu przypomniał M. Uporczywie wracał w snach, więc walcząc z tym sprawnie zrywałam się rano (w normalne, ludzkie rano, a nie w południe) do obowiązków, ale gdy tylko na moment obowiązków ubyło, dopuściłam do siebie emocje i się rozsypałam.

Wtedy było tak samo szaro i buro jak teraz, do tego byłam chora, choć o ty jeszcze nie wiedziałam, ale byłam szczęśliwa i na swoim miejscu w życiu. Parę dni temu w Gruzji uświadomiłam sobie, jak te 3 lata temu było ze mną kiepsko, bo miałam porównanie. Teraz po batumskim ogrodzie botanicznym spacerowałam energicznie i z radością, 3 lata temu ledwo szłam, każdy krok sprawiał mi wysiłek i czułam się bez przyczyny zmęczona. Tak bardzo, że aż to zapamiętałam. Banalna sprawa, wyczerpały mi się baterie w rozruszniku serca, a urządzenie kontrolne nie wychwytało tego dobrze w starym modelu, który miałam. Wyłapano to dopiero po kilku miesiącach, gdy już nie byłam z M.

Czasem się zastanawiam, czy inaczej by się wszystko ułożyło, gdybym wtedy była zdrowa. Albo gdybym chociaż zdawała sobie sprawę, że jestem chora. Ale ja myślałam, że mam kiepską kondycję. M. zauważył, że puchną mi nogi, ja się niepokoiłam tym, że spałam do południa i mimo tego nie mogłam się dobudzić, a wstanie z łóżka o 8 w ogóle przekraczało moje możliwości. Na serio przejęłam się jednak sytuacja dopiero wtedy, gdy zasłabłam w pociągu z Krakowa. A M. wtedy za to nie przejął się w ogóle, bo już u byłam obojętna, choć jeszcze twierdził, że jestem jedyna i ukochana.

Na dobrą sprawę jednak trudno mu się dziwić, że miał dość kobiety, która na nic nie ma siły, leży w łóżku do południa i ze spaceru wraca półżywa i która do tego męczy się przy codziennych czynnościach domowych. W końcu nie znał mnie innej, więc skąd mógł wiedzieć, że to stan chorobowy? A u mnie pogarszało się tak powoli i systematycznie, że też nie zauważyłam, żebym z dnia na dzień zachorowała czy osłabła. Zresztą kto by chciał chorego partnera? Podświadomie wybieramy osoby pod kątem przyszłego potomstwa, więc w zasadzie to jest naturalne, że M. wymienił nie na egzemplarz młodszy i zdrowszy. Pamiętam swoją reakcję, gdy on miał problemy z nogą. Przejęłam się tym, jak najbardziej, na poziomie podświadomym jego atrakcyjność w moich oczach spadła. Tyle, że zdałam sobie z tego sprawę i to wystarczyło, by ogarnąć sytuację.

Dziś to nie ma żadnego znaczenia, ale nie umiem odpędzić od siebie myśli, jak drobiazgi pozornie nic nie znaczące potrafią wpłynąć na czyjeś życie. Z moją pierwszą miłością bym nie zerwała, gdyby list od niego szedł o jeden dzień krócej. A szedł dokładnie 2 tygodnie. Trzy lata temu awaria urządzenia do kontroli rozrusznika pośrednio wpłynęła na moje życie. Oczywiście gdyby M. mnie kochał, to by był ze mną i kwita. Ale i tak nie mogę się pozbyć wrażenia, że mogło być zupełnie inaczej.

Każą mi wychodzić do ludzi, żeby się odkleić od myślenia o M. Ale jak? Co to znaczy wychodzenie do ludzi? Byłam na wyjeździe z blogerami, imprezuję w miarę regularnie, spotkania kameralne ze znajomymi mam parę razy w tygodniu, służbowe spotkania i bankiety też. Owszem, gdy wychodzę, często jest ok. Ale kiedyś muszę wrócić do domu, a przynajmniej do własnych myśli. Nie da się wiecznie zagłuszać emocji pracą ani życiem towarzyskim. Moje znajome po rozstaniach pocieszają się flirtami i romansami. Może i to jest metoda, ale z moim przypadku byłoby to działaniem na siłę. Nic na to nie poradzę, że nikt mi się nie podoba. Zresztą szukanie na siłę jest przereklamowane. Można wychodzić w 1000 miejsc i nic, a można jak M. żyć głównie pracą i poznać (albo odświeżyć dawną znajomość - tego nie wiem) miłość życia na spotkaniu u przyjaciół w święta,i to będąc w związku z inną.

Dobija mnie świadomość rozwalonego życia osobistego. To, że M. ma żonę, dziecko, które może jest do niego podobne. Ciągle mi staje przed oczami ten dzień, gdy razem szukaliśmy kanapy. Czytałam wypowiedź psychoterapeuty, że te myśli trzeba przejść, przerobić, bo one pojawiają się tak szybko, że człowiek nie zdąża im zapobiec. Ale ile to może trwać? Ile można żyć w poczuciu straty, gdy rozum mówi wprost, że nie ma czego żałować, skoro skończyło się jak się skończyło?

A skąd tytuł wpisu? Bo Żbiczka, która przez ostatnie tygodnie w ogóle nie okazywała mi zainteresowania, natychmiast wpakowała mi się na kolana, gdy tylko poczułam, że zagłębiam się w czarną dziurę. I tuli się do mnie od rana, co chwila spoglądając z wyraźnym współczuciem. Mam coraz silniejsze wrażenie, że na kota można liczyć bardziej niż na niejednego człowieka.

sobota, 22 listopada 2014

Nadmiar jedzenia, nadmiar alkoholu, nadmiar imprez i nadmiar atrakcji turystycznych. Oraz nadmiar kilogramów. Wczoraj nie zmieściłam się w sukienkę, którą zabrałam na okoliczność wizyty w kasynie. Dziś podkoszulek trzeszczał w ramionach i opinał w biuście, na szczęście zabrałam luźną koszulę na wszelki wypadek. Co gorsza zaczynam mieć problem z zapinaniem suwaka w kurtce. Brzuch mogę wciągnąć, ale z biustem gorzej. Cieszę się, że jutro powrót do Polski. Sport, spacery, spanie, gotowanie na parze i imprezy nie częściej niż raz w tygodniu.

Nie jest tak, że uprawiam obżarstwo i daję się wozić. Grupka blogerów podróżniczych łazi, gdzie może, a nawet gdy nie może, to i tak łazi. Ale jedzenie jest non stop w ilościach niemożliwych, nie wypada nie jeść. Wszystko pyszne, ciężkie, tłuste i kaloryczne. Nawet nie próbuję wszystkiego, co mi podsuwają pod nos, ale i tak mam wrażenie, że za moment pęknę.

Wczoraj zadebiutowałam w roli hazardzistki. Klasyczna ruletka mnie przerasta. Graliśmy na niby i w ciągu 5 minut byłam bez grosza. Naprawdę za to graliśmy na automatach, dostaliśmy po 50 lar (około 100 zł) do grania. Wygrałam 40 lari, czyli gdyby nie to, że voucher na granie miałam za darmo, byłabym stratna. Ale rzeczywiście są tam ludzie, którzy wygrywają. Jeden chłopak z naszej grupy był świadkiem wielkiej wypłaty. Siedzi tam jednak masa desperatów,miejscowi w dresach, ubogie kobiety w średnim wieku z niepokojem w oczach wpatrujące się w monitory automatów do gry. Smutne miejsce.

O kasynie, innych atrakcjach i Gruzji będę pisać po powrocie na blogu wschodnim, tutaj są tylko kwestie osobiste. Nie pasuję do tej grupy. Dziś w busie słuchałam dyskusji o filmach. Godzina rozmowy w stylu: "A widzieliście 'Oczy szeroko zamknięte'? Zajebiste!". Jak zwykle przypomniał mi się M., z którym na początku znajomości rozmawialiśmy o filmach popularnego reżysera i uznaliśmy je za powierzchowne i obce naszej wizji świata. Tu akurat tymi filmami ludzie się zachwycali. Gdzie znajdę drugiego takiego odmieńca jak M.?

Chodzę, słucham, patrzę i widzę inną Gruzję, niż tę, którą poznałam 3 lata temu. Dziwny wyjazd. Nie mówię, że nie warto było jechać. Jest to nowe, ciekawe doświadczenie i spojrzenie na ten kraj od strony ludzi bogatych. Zobaczyłam też świat blogosfery, bo jakkolwiek bloguje, to robię to niszowo i mając centralnie w poważaniu wskaźniki oglądalności i dochody. Pod SEO pisuję dla zawodowo, a pasji nie chcę przerabiać na działanie pod publiczkę. I wisi mi moja pozycja blogera podróżniczego czy podróżnika, a odpowiednimi działaniami można sobie zrobić świetny PR nawet wtedy, gdy osiągnięcia podróżnicze ma się takie sobie czy nawet marne. Akurat tutaj blogerzy podróżniczy są w porządku, ale widzę też kawał roboty autoreklamowej i pracę nad popularnością. Oraz to, że blogosfera to osobny świat, z hierarchią niczym w rankingu kancelarii prawniczych.

Zaraz kolejna impreza, na którą trzeba pójść z przyczyn piarowo-grzecznościowych. Wolałabym raczej pójść do Morfeusza. Dziś gościliśmy w gospodarstwie, gdzie blogerzy kulinarni uczyli się gotować. A co w tym czasie zrobili turystyczni i lifestylowi? Poprosili o pokój z łózkami i przy czytanej na głos lekturze poszli spać;)

środa, 19 listopada 2014

Marzę o tym, żeby się przespać i przestać jeść, a jedzenie to główny punkt programu na tym wyjeździe. Dziś chyba zwagaruję z kolacji, bo mój organizm ogłasza stanowczy protest przeciwko posiłkom kilkugodzinnym dwa razy dziennie.

Batumi przywitało kiczem. Wszystkim sie podoba tu bardziej niż w Tbilisi, fakt, że pogoda jest ładniejsza. Tbilisi ma dyskretny urok, malownicze zakamarki i klimat narastający przez lata, a Batumi jest nowoczesno-tandetne. Inna rzecz, że organizatorzy, mimo najlepszych chęci i zainwestowanych środków nie potrafili pokazać Tbilisi od ciekawej strony.

W Batumi ulokowali nas w Radissonie. Mam nie tyle pokój, co mieszkanie, większe od mojego warszawskiego. W pokoju przekąski i wino oraz wygodny fotel, niestety bez funkcji masażu. Zaraz wychodzimy na miasto na kolację, gdyż jesteśmy już 2 godziny po lunchu, na który zapodano jedynie kilkanaście dań. Jutro wycieczka do paku narodowego. Na szczęście słońce tu wschodzi o 8.30, więc nikt nas nie wygoni z łóżek zbyt wcześnie.

Odzywają się we mnie nuty nostalgiczne. Byłam tu 3 lata temu, tuż przed poznaniem M. To już tyle czasu. Niewiarygodne. Moje życie zmieniło się bardziej przez ten czas niż Gruzja, a Gruzja zmienia się dynamicznie. Niekoniecznie na korzyść. Tak samo zresztą jak moje życie.

wtorek, 18 listopada 2014

Coraz bardziej odstaję od blogerskiej grupy, z którą tu przyjechałam. Męczą mnie wielogodzinne drętwe posiłki, podczas których wszyscy oprócz mnie siedzą na portalach społecznościowych. Grupa uważa się za świetną, fajną, szaloną i z polotem, a ja tęsknie myślę o wyjazdach z moimi Nieregularnymi. Dziś pogadałam z naszym kierowca, który powiedział, że my to jesteśmy  profesjonaliści, więc to co innego, ale normalnie Polacy jak przyjeżdżają do Gruzji, to bawią się jak Gruzini. Wiem coś o tym;)

Dziś byliśmy w Mcchecie i miałam poczucie, że przyjechała grupa turystów go kraju dzikusów.Ciekawy tubylec i bez pytania obstawia go grupa paparazzich. W katedrze modlitwy, ale grupa rusza z aparatami i filmuje i foci z każdej strony. Rozgadany pan z rękami w kieszeniach podłamał tylko mnie. Zresztą panowie żyją w innym świecie niż ja. W knajpie nalewają wino tylko sobie, a dziewczyny albo czekają, albo proszą panów, żeby im nalali. Jako emancypantka umiejąca trzymać butelkę radzę sobie z tą czynnością sama.

Po południu mieliśmy czas wolny. Towarzystwo poszło do hotelu, a ja ruszyłam w miasto i odkryłam kilka ciekawych zakątków, których nie widziałam 3 lata temu. W stare miejsca też polazłam. I poszwendałam się za licznymi kotami oraz zapoznałam z bezdomną panią dokarmiającą bezdomne koty. Pani siedziała otoczona stadkiem, które karmiła suchym chlebem, gdyż na mięsiwo nie miała. Przy pomocy gwizdka i kija pilnowała, żeby towarzystwo nie powpadało pod samochody. Panią wsparłam groszem na mięso dla stada i pogadałyśmy sobie deczko. Kociary zawsze znajdą wspólny język:)

Jutro jedziemy do Batumi, gdzie ma być słońce. I gdzie pewnie też będzie można się pourywać na swoje szlaki, łazić po zaułkach, ruszyć gdzieś w zieleń. Żeby tylko posiłki był krótsze..

poniedziałek, 17 listopada 2014

Sukces - dziś nie zgubiłam i chyba już nie zgubię, bo raczej nie wylezę z pokoju. Nie zgubiłam również się, mimo że oderwałam się od grupy w towarzystwie pani M. Znajomość rosyjskiego oraz wcześniejszy pobyt w Gruzji zdecydowanie podnoszą moją pozycję towarzyską, skutkiem czego nie dziczeję gdzieś na boku, tylko spędzam czas w kameralnym gronie, co bardzo lubię. Zwłaszcza gdy to grono przy okazji jest sympatyczne i inteligentne.

Gruzja w wersji luksusowej jest dziwna. To nie ten sam kraj co wtedy, gdy jeździ się na własną rękę. Cały czas jesteśmy w enklawie, gdzie wszyscy mówią po angielsku i gdzie prawdziwego życia i serdeczności gruzińskiej nawet zza szyby się nie poogląda. Taka klasyczna turystyka w wersji de luxe, która  z podróżnictwem nie ma nic wspólnego.

Poprzednią noc spędziliśmy w dawnym sowieckim spa, obecnie nieco pokrytym grzybem i patyną czasu. Wyjeżdżaliśmy stamtąd tak wcześnie, że pozostało we mnie uczucie niedosytu. Chętnie wypuściłabym się tam z aparatem oraz porozmawiała ze starszymi ludźmi. Myślę, że można by usłyszeć wiele ciekawych historii. A teraz poznaję Tbilisi od strony dobrego hotelu i wypasionych knajp. Pękam z przejedzenia, choć ledwie próbuję to, co mi pod nos podsuwają. Za kilka dni w planie jest wizyt a w kasynie i nabieram obaw, że nie wcisnę się w sukienkę koktajlową, którą na tę okoliczność zabrałam.

Wyjazd w towarzystwie innych blogerów jest o tyle dziwny, że w czasie posiłków wszyscy oprócz mnie kontaktują się ze światem przy pomocy urządzeń mobilnych i na fb, instagramie czy blogach dzielą się świeżymi zdjęciami potraw. Organizatorom o reklamę chodzi, ale ja tak nie potrafię. Blog wschodni będę uzupełniac po powrocie jak zwykle po swojemu:) Ale jestem tu prawie najstarsza, więc to pewnie dziwactwo związane  z wiekiem;)

niedziela, 16 listopada 2014

Talent to jest coś, co człowiek ma albo nie. Ja do podróżowania mam niewątpliwy. Już 2 razy zdążyłam zgubić paszport, raz w komplecie z pieniędzmi i kartami kredytowymi. Nie wzięłam klapek pod prysznic i zapewne wielu innych przydatnych rzeczy też. Nowy netbook działa trochę dziwnie, a na pewno mało intuicyjnie. Zaczynam się bać, co będzie dalej.

Towarzysko jest nieźle i wygląda na to, że zresetuję się przez ten tydzień. Zwłaszcza jeśli będę wpadać w tarapaty tak jak do tej pory, to nie będę mieć czasu na żadne smętne romantyczne myśli.

Pobyt w Gruzji zaczął się od czaczy i toastu za Majakowskiego. Dalej może być tylko ciekawie:)

piątek, 14 listopada 2014

Tęsknię za normalnością. Siedzę w rozsypującym się mieszkaniu z horda kotów, z których 3 skończyły dzisiaj 8 tygodni i jak przystało na zdrowe i szczęśliwe osobniki w swoim wieku rozrabiają, ile wlezie, włażą, gdzie się da, a da się wszędzie i jedzą jak smoki doprowadzając mój budżet do ruiny. Pojutrze lecę do Gruzji, ale plan wyjazdu nie jest jeszcze mi znany, więc nawet nie mam wizji, co ze sobą zabrać. Za to wiem, co powinnam zrobić przed wyjazdem: napisać 4 teksty, popracować nad książką, zrobić zapas jedzenia dla sierściuchów i sprzątnąć mieszkanie, choć to ostatnie to i tak jest praca syzyfowa, bo jak bym nie sprzątnęła, to Mama, która przyjedzie kotów, i tak uzna, że mam bałagan.

Nie wiem, jak ludzie to robią, że żyją normalnie i w spokoju. No dobra, nie przygarniają hurtowo kotów zagrożonych utopieniem, pracują z biurach i wyjazdy planują z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Szaleństwo ma tę zaletę, że nie daje czau na myślenie. Niestety, nawet  gdy jestem w biegu, to różne rzeczy pojawiają się przed oczami.

Jedynym stałym punktem w moim życiu jest aquaerobik. Wyznacza pewien rytm i przypomina o upływającym czasie. Kiedy miałam wynieść się do Krakowa, to tego właśnie najbardziej mi tam brakowało. A teraz ćwiczenia przypominają mi o upływającym czasie. Macham nogami i rękami automatycznie, myśli odlatują, gdzie nie trzeba, więc intensyfikuję wysiłek, ale i tak nie mogę tego z siebie wyplenić.

To jest głęboki smutek, który siedzi we mnie nawet wtedy, gdy zewnętrznie mam w sobie radość. Pustka, brak, niedokończenie, żal. Złość na własne złe wybory i na własną naiwność, poczucie, że tak niewiele ode mnie zależy, bo wystarczy, że dam się unieść emocjom, a nie widzę rzeczy oczywistych.

Tu i teraz nie wygląda różowo. Mimo tego niespodziewanego wyjazdu do Gruzji i tego, że odpukać, żadnego kataklizmu ostatnio nie przeżyłam. Ale czuję się przegrana, gdzieś w przeszłości popełniłam błąd i ciągle szukam, gdzie.

I tak mi się przedwyjazdowo kotłuje. Krótka podróż, niedaleko, a myśli się budzą nieciekawe. Może naprawdę czas osiąść, otorbić się, kupić telewizor i zagłuszać ból istnienia?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64