Wpisy z tagiem: Ukraina

czwartek, 22 września 2011
Siedzę na dworcu w Przemyślu, przede mną nocna podróż do Warszawy, a w drodze jestem właściwie od 3 dni. Ile przesiadek było po drodze, trudno się doliczyć, ale i tak podróż była fascynująca, bo jest początkiem czegoś Nowego.

Najpierw marszrutka Kurortnoje - Teodozja, tam autobus (rzecz jasna zatłoczony) na drugi dworzec, potem kolejny autobus do Symferopola. Biletóe do Lwowa oczywiście od dawna już nie było, więc trzeba było wręczyć konduktorce korzyść majątkową celem niedopełnienia przez nią obowiązków służbowych, dzięki czemu dostaliśmy się do pociągu. W którym spędzuliśmy 25 godzin. w przerwami na peronowe zakupy u babuszek.

Lwów rozkopany, a marszrutka zatłoczona do bólu. Nie mieliśmy w mieście dużo czasu, ale to, co zobaczyłam, było warte wysiłku - zdjęcia z kamienicy przy ul. Hercena 6:











Ze Lwowa marszrutką do Mościsk, stamtąd kolejną do granicy. A na granicy tłum mrówek. Ukraińscy pogranicznicy przepuścili nas chętnie, zapewne pozostając pod wrażeniem uprzejmości oraz znajomości ukraińskiego przez mojego towarzysza podróży. Na polskiej granicy działy się dantejskie sceny. Falujący tłum, agresywny w pobliżu bramek, mógł zadeptać co słabsze jednostki. Moje negocjacje z pogranicznikami nie przyniosły rezultatu i wstyd przyznać, ale w perspektywie kilkugodzinnego koczowania na granicy bez perspektyw dotarcia na jutro rano do Warszawy (gdzie być muszę) usiadłam i się rozpłakałam. Mój towarzysz natomiast ponownie wykazał się kreatywnością i operatywnością, wziął moja kartę rozrusznika i wytłumaczył panom z bronią, że delikatna kobieta z chorym sercem nie może koczować przez kilka godzin w takich warunkach. I przejść się udało, choć zdążyć na pociąg w Przemyślu już nie.

Doszliśmy do wniosku, że miasto to tylko przypadkowo nazywa się Przemyśl. Właściwa nazwa to Przemyt albo Przemyć. Rozmowy miejscowych w autobusie od granicy oscylowały wokół przemytu, alkoholu i papierosów. Z tubylców spotkaliśmy tylko jedną uprzejmą osobę. Nawet pani, która tu od 20 lat mieszka, skarżyła się na nieprzyjazność ludzi. W kasie PKP babka n ie chciała udzielić informacji o połączeniach i kazała dzwonić na informację. Numeru do informacji też nie chciała podać, bo gdzieś tam wisi. W informacji PKS pan był zajęty piciem kawy i odesłał do kasy. Właściwie tu się bardziej czuje klimat Ukrainy z jej nieśmiertelnym pytaniem "Aaa?" albo "Szto?", niż we Lwowie.

A jutro rano w domu. Z nową energią. I radością z Nowego:)


poniedziałek, 27 czerwca 2011
PWróciłam i porządkuję wrażenia i zdjęcia. Dziś napiszę tylko ogólnie. Po latach na nowo zakochłam się w Karpatach Wschodnich. Dzikość, przestrzenie, brak ludzi na szlakach, pasące się konie. W ciągu kilkunastu lat sporo się zmieniło. W dolinach pojawiły się gospodarstwa agroturystyczne, a w górach oznakowane szlaki. I tak zgubić się tam jest wyjątkowo łatwo, ale jednak nieco trudniej iż wtedy, gdy chodziło się według przedwojennych map wigowskich.

Z pewną przykrością odnotowałam, że drogi, którymi będą się poruszać między stadionami kibice na Euro 2012 są w lepszym stanie niż nasze. Za to drogi do podnóża gor składają się głównie z dziur. A autokarze zepsuła się najpierw skrzynia biegów, potem akumulator, a na koniec chłodnica.

Plan wycieczki okazał się niewykonalny. W zasadzie wiedziałam o tym od samego początku, dlatego przekonywałam kierownika grupy od odstąpienia od pomysłu spaceru z namiotami przez góry. Skutecznie. Grupa chyba nawet odetchnęła z ulgą,  a spacerek na Popa Iwana zmógł nas skucznie, mimo że szliśmy na lekko. Zimno, wiatr, wilgotna mgła i żadnych widoków.

Za to pod Przełęcz Legionów podjechaliśmy ziłem. A na przełęczy powitał nas pan z harmonią. Niestety, nie było czasu na zejście na polski cmentarz. Przemieszczaliśmy się ze średnią prędkjością 15 km/h, więc na noclegi docieraliśmy ok 2 w nocy, więc  wczesne wstawanie było możliwe tylko co drugi dzień.

Z pewnym rozrzewnieniem oglądałąm miejsca, w których byłam mkilknaście lat temu na jednej z najbardziej hardcorowych wypraw w życiu. Znalazłam miejsce, gdzie kiedyś odnaleźliśmy drogę po trzydniowym błąkaniu się po lesie i dawny młodniak, w którym rzbijaliśmy namioty - obecnie już całkiem dorosły las. A w Rafajłowej zrobiłam nawet zakupy w tym samy sklepie co przed laty, tylko teraz nie było soku śliwkowego, który mnie tak wtedy zachwycił.

Mieliśmy jechać na Zakarpacie, ale wyszło nam z tego przedkarpacie;) Olesko, Podhorce, Halicz, Busk, Dubno. Zaskoczył mnie zwąłszcza Busk, bo to mijsce mało znane, a ciekawe. Dwie piekne cerkwie - jedna z XIII w., resztki drzewa, pod którym miał odpoczywać Chmielnicki, kościół katolicki z sensownym księdzem i ciekawa synagoga. I hotel, w którym od 24 do 6 nie ma wody;) O czym nikt nas nie poinformował przy meldowaniu i w nocy doszło do zabawnej scenki.

Balowaliśmy sobie naszą spokojną czwórką, popijając winko, ktoś najbardziej zmęczony poszedł się myć i odkrył, że  z kranu nic nie leci. Delegacja więc zeszła do recepcji, gdzie odbył się następujący dialog:
- Nie ma wody.
- Nie ma - potwierdziła recepcjonistka - od 24 do 6 miasto zakręca wodę.
- Dlaczego nam pani nie powiedziała?
- Bo nie pytaliście - odpowiedziała rezolutna recepcjonistka.
Po chwili przy recepsji pojawił się szef wycieczki i gadka się powtórzyła.
-  U nas w Jewropie normalno, szto woda jest - powiedział.
- A u nas normalno, szto niet - na to pani.
Tę arcyciekawą dyskusję, w której niesteyy nie uczestniczyłam, przerwało ponoć pojawienie się Dohtorowej G., przyodzianej jedynie w różowy ręczniczek i namydlonej. Dohtorowa nie wdawała się w zbędne dyskusje, tylko wyegzekwowała parę baniaczków wody od recepcjonistki, gdy tymczasem nasza delegacja wróciła do pokoju ze śmiechem i z niczym.  No i jka po tym kraju podróżować na trzeźwo?


wtorek, 01 czerwca 2010

Takiej liczby pieknych, zgrabnych i odstrzelonych kobiet nie ma chyba nigdzie na swiecie. Dobrze, zes tad wyjezdzamy, bo t jest denerwujace;)

Rodacy tutejsi zgotowali nam switne przyjecie. "Silaczka" importowana z Polski uczy polskiego i opracowuje program kulturalny. Po czesci oficjalne spiewno-recytatroskiej byla czesc nieofivjalna imprezowa - rewelacyjna. Tym ludziom bardzo zalezy na podtrzymaniu polskosci i kontakcie z krajem.

Samo miasto mnie nie zachwyca. Owszem, ma cos w sobie, ale to sa raczej slady dawnej urody. Ciekawy bazar ksiazkowy, szerokie aleje wysadzane platanami, zniszczone niegdys piekne budynki. I piekne kobiety na ulicach. Obcasy gigantyczne, minowki, obcislosci, makijaze. Jestesmy chyba jedynymi kobietami w tym miescie w plaskich sanadalach.

Teraz zbeiramy sie do Izmailu, do dordze Akerman. Zbiorka miala byc godzine temu, ale jak tow zyciu bywa- kto wczescie przychodzi, sam sobie szkodzi. Wiec siedze w necie i czekam,az sie reszta pobudzi i pozbiera do kupy.