PWróciłam i porządkuję wrażenia i zdjęcia. Dziś napiszę tylko ogólnie. Po latach na nowo zakochłam się w Karpatach Wschodnich. Dzikość, przestrzenie, brak ludzi na szlakach, pasące się konie. W ciągu kilkunastu lat sporo się zmieniło. W dolinach pojawiły się gospodarstwa agroturystyczne, a w górach oznakowane szlaki. I tak zgubić się tam jest wyjątkowo łatwo, ale jednak nieco trudniej iż wtedy, gdy chodziło się według przedwojennych map wigowskich.
Z pewną przykrością odnotowałam, że drogi, którymi będą się poruszać między stadionami kibice na Euro 2012 są w lepszym stanie niż nasze. Za to drogi do podnóża gor składają się głównie z dziur. A autokarze zepsuła się najpierw skrzynia biegów, potem akumulator, a na koniec chłodnica.
Plan wycieczki okazał się niewykonalny. W zasadzie wiedziałam o tym od samego początku, dlatego przekonywałam kierownika grupy od odstąpienia od pomysłu spaceru z namiotami przez góry. Skutecznie. Grupa chyba nawet odetchnęła z ulgą, a spacerek na Popa Iwana zmógł nas skucznie, mimo że szliśmy na lekko. Zimno, wiatr, wilgotna mgła i żadnych widoków.
Za to pod Przełęcz Legionów podjechaliśmy ziłem. A na przełęczy powitał nas pan z harmonią. Niestety, nie było czasu na zejście na polski cmentarz. Przemieszczaliśmy się ze średnią prędkjością 15 km/h, więc na noclegi docieraliśmy ok 2 w nocy, więc wczesne wstawanie było możliwe tylko co drugi dzień.
Z pewnym rozrzewnieniem oglądałąm miejsca, w których byłam mkilknaście lat temu na jednej z najbardziej hardcorowych wypraw w życiu. Znalazłam miejsce, gdzie kiedyś odnaleźliśmy drogę po trzydniowym błąkaniu się po lesie i dawny młodniak, w którym rzbijaliśmy namioty - obecnie już całkiem dorosły las. A w Rafajłowej zrobiłam nawet zakupy w tym samy sklepie co przed laty, tylko teraz nie było soku śliwkowego, który mnie tak wtedy zachwycił.
Mieliśmy jechać na Zakarpacie, ale wyszło nam z tego przedkarpacie;) Olesko, Podhorce, Halicz, Busk, Dubno. Zaskoczył mnie zwąłszcza Busk, bo to mijsce mało znane, a ciekawe. Dwie piekne cerkwie - jedna z XIII w., resztki drzewa, pod którym miał odpoczywać Chmielnicki, kościół katolicki z sensownym księdzem i ciekawa synagoga. I hotel, w którym od 24 do 6 nie ma wody;) O czym nikt nas nie poinformował przy meldowaniu i w nocy doszło do zabawnej scenki.
Balowaliśmy sobie naszą spokojną czwórką, popijając winko, ktoś najbardziej zmęczony poszedł się myć i odkrył, że z kranu nic nie leci. Delegacja więc zeszła do recepcji, gdzie odbył się następujący dialog:
- Nie ma wody.
- Nie ma - potwierdziła recepcjonistka - od 24 do 6 miasto zakręca wodę.
- Dlaczego nam pani nie powiedziała?
- Bo nie pytaliście - odpowiedziała rezolutna recepcjonistka.
Po chwili przy recepsji pojawił się szef wycieczki i gadka się powtórzyła.
- U nas w Jewropie normalno, szto woda jest - powiedział.
- A u nas normalno, szto niet - na to pani.
Tę arcyciekawą dyskusję, w której niesteyy nie uczestniczyłam, przerwało ponoć pojawienie się Dohtorowej G., przyodzianej jedynie w różowy ręczniczek i namydlonej. Dohtorowa nie wdawała się w zbędne dyskusje, tylko wyegzekwowała parę baniaczków wody od recepcjonistki, gdy tymczasem nasza delegacja wróciła do pokoju ze śmiechem i z niczym. No i jka po tym kraju podróżować na trzeźwo?