Zanim poszłam na "Różę" Wojciecha Smarzowskiego, czytałam, że jest to film o miłości i o sytuacji Mazurów po zakończeniu II wojny światowej. Wiedziałąm, ze są tam sceny okrutne i wydawało mi się, że wiem, czego po tym filmie można się spodziewać.
Pomyliłam się. To jest film o takim natężeniu okrucieństwa i nasączeniu mrocznością, że dosłowne bija w fotel. "Wbijanie w fotel" wydawało mi się zawsze metaforą, ale tutaj ma ono miejsce dosłownie. "Róża" ma ogromną siłę rażenia, trudno się otrząsnąć, gdy film się kończy.
Film jest o spotkaniu dwojga ludzi przeczołganych przez życia, między którymi rodzi się miłość, małomówna miłość. Tu zresztą nie ma czasu na gadanie, bo jest walka o przetrwanie. I tę dwójkę łączy najpierw swoista wspólnota interesów i wymiana usług: on zapewnia jej ochronę przez napadami i gwałtami, ona jemu codzienną troskę i namiastkę domowego ciepła. Są z róznych światów, ale o róznicach nie ma mowy, tego tematu w ogóle nie ma. Nie mogą liczyć na nikogo innego, zbliża ich walka ze wspólnymi wrogami, więc rodzi się miłość - tak poniekąd z konieczności, z braku innego wyjścia.
To jest rzecz o granicach człowieka, o sytuacjach skrajnych. I o potwronej bezradności oraz zachowaniu godności w tej bezradności. "Róża" pokazuje sytuację kobiet po przegranej wojnie - w konkretnych okolicznościach historycznych. Ale czy po innych wojnach jest lepiej? Gwałty są ukazane bez znieczulenia i trudno je odebrać jako sceny seksu, to jest najobrzydliwsza przemoc i okrucieństwo dosięgające najbardziej intymnych obszarów człowieka, a za ofiarą ciągnie się jeszcze piętno hańby, czego absurdalność jest tu świetnie pokazana.
Do tego ta prawie nieznana historia Mazurów. I generalnie innej ludności ze wschodnich rubieży III Rzeszy. Ludzi, którym się nie współczuło, bo to przecież Niemcy, a przynajmniej z Niemcami związani, kobiety wypchnięte poza nawias, często odrucone przez własne wspólnoty z powodu gwałtów, ukrywające je jako wstydliwą tajemnicę. "Róża" pokazuje piekło tych kobiet. Nie tylko ich zresztą. Także ludzi sprzeciwiających się reżimowi, tyle że ich historia jest bardziej znana.
Film jest zrobiony perfekcyjnie. Jest logiczny i nieprzegadany, każda scena ma sens, a działanie motyw. Aktorzy grają perfekcyjnie, tu się nie wyczuwa gdy, tylko czuje rzeczywiste emocje bohaterów. Tak znakomitego filmu nie widziałam dawno i jakkolwiek unikam w kinie przemocy, to cieszę się , że dla "Róży" zrobiłam wyjątek.
To ładne zdanie padło w filmie "Poznasz przystojnego bruneta". Gorzka jest ta komedia Woody'ego Allena. I do bólu życiowa.
Starzejący się pan - w tej roli świetny Hopkins - w rozpaczliwej pogoni za młodością porzuca żonę, biega na siłownię, wybiela zęby, opala ciało i poznaje głupią jak but, za to niebywale seksowną call girl, z którą zakłada podstawową komórkę społeczną. Jest w tym tak żałosny, że aż trudno się na niego patrzy. Jego pierwsza żona tymczasem wypłakuje się u wróżki, która podtrzymuje ją na duchu przewidując świetlaną przyszłość i zaglądając - w celach terapeutycznych - do przeszłego i przyszłego życia swojej klientki.
W tym czasie małżeństwo córki rozstanych małżonków przeżywa typowy kryzys dopadający ludzi, którzy zapomnieli już stan błogiego zakochania w sobie, a nie mają dzieci ani żadnych silnych wspólnych przeżyć. Użerają się ze sobą na co dzień, próbując równocześnie stworzyć życie alternatywne. On, typowy misio-nieudacznik, z wprawą typową dla 40-letnich znudzownych małżonków wyrywa młodziutką piękność, która naiwnie - jak to kobieta - łyka jego czułe słówka i zrywa dotychczasowy związek. Ona - znaczy jego połowica, zagrana przez Naomi Watts, którą to aktorkę bardzo lubię - inteligentna, rozsądna, empatyczna, ma na oku przystojnego szefa, ale gdy przechodzi do akcji podbojowej - dość żałosnej i pełnej bezsensownej nadziei - to otrzymuje informację, że jest on ma romans z inną.
Wszyscy szukają miłości i robią to wyjątkowo idiotycznie, ale gdy się temu bliżej przyjrzeć, to takie jest życie i siebie też w tym filmie odnalazłam. Oraz wiele osób ze swojego otoczenia. Panowie w każdym wieku patrzą na hm... kostium, a nie wnętrze i w oparciu o tę fascynację chcą budować bliskość. A panie - tak jak w życiu - cechuje ogromna naiwność i łatwowierność. Trzeźwość umysłu na dobrą sprawę zachowuje tylko prostytutka, która rozsądnie wyszła za starszego zamożnego pana i czerpie z tej sytuacji wszystkie możliwe profity.
Za to jedyną osobą, która na koniec jest zadowolona, jest starsza pani, która chodziła do wróżki. Dzięki iluzjom ułożyła sobie życie. Może to jest sposób? Skoro i tak jesteśmy śmieszni w naszych słabościach i miotamy sie po życiu w poszukiwaniu miłości, bliskości czy uznania, to może warto dostarczyc sobie złudzeń i nakarmić się nimi do syta, a życie spełni nasze marzenia? Albo da iluzję spełnienia tych marzeń?
Ofert tych iluzji jest mnóstwo. Tysiące warsztatów rozwojowych, pseudopsychologicznych metod poprawiania jakości życia i szukania źródeł problemówwe wcześniejszych wcieleniach, hipnoza, medytacje pod kierunkiem guru. Wystarczy zapłacić grube pieniądze i poświęcić weekend. Człowiek nauczony, że wnętrze porządkuje się ciężką i długotrwałą pracą, a relacje tworzy na bazie zaufania i szczerosci, okazuje się frajerem. I właściwie film to pokazał.
"Wszystko w porzadku" to film o dwóch lesbijkach, które tworzą szczęsliwą rodzinę i wychowują dzieci, poczęte przy pomocy in vitro z udzialem spermy z banku. Teoretycznie jest to film o toleracji i zacieraniu różnic między płciami, ale ja tu widzę sztuczność, obłudę i problemy wynikające z zakłócenia naturalnych relacji i potrzeb.
Gdy w życiu rodziny pojawia się biologiczny ojciec dzieci, zaczynają się kłopoty. Widać znakomicie, jak ten pierwiastek męski w rodzinie jest potrzebny. Jakoś mi sie wydawało zawsze, że lesbijki potrafią świetnie funkcjonować, świetnie sie rozumiejąc, co przy związku heteryków jest trudne do osiągnięcia, bo faceci są jednak z innej planety;) A tu się okazuje, że niekoniecznie.
Dochodzi do romansu jednej z lesbijek z biologicznym tatusiem dzieci. I to jest dość dziwne. Seks lesbijski ukazany jest bardzo sztucznie, podobnie jak sielanka rodzinna. Za to wątek romansowy jest krwisty i prawdziwy, zupełnie jakby pani tkwiącej w relacji homoseksualnej po prostu brakowało chłopa;) Orientacja seksualna wydaje się kwestią płynną i możliwą do wybrania.
Finał pozornie jest optymistyczny. Rodzinka zostaje w komplecie po ckliwych scenach pojednania, pan zostaje wyeliminowany z życia pań i z życia dzieci. Gdyby to była rodzina oparta na związku heterosekualnym, pewnie uznałabym takie zakończenie za szczęśliwe. A tak nie potrafię, i to nie dlatego, że jestem uprzeedzona do homoseksualistów, bo nie jestem. Może dlatego, że skrzywdzona pani jest typem dośc antypatycznym. A może dlatego, że w tej rodzinie potrzeba mężczyzny jest bardzo widoczna? Nie wiem. Na pewno natomiast pojawia się pytanie - niekoniecznie przez twórcow filmu zamierzone - o granice manewrowania przy prokreacji. Bo skutki dla wszystkich mogą być nie do przewidzenia.
Przy okazji zaskakują nominacje oskarowe dla tego filmu. Nie jest on zły, ale sztuczność rodzinnej sielanki i nienaturalność scen między paniami jednak trochę razi. To nie ta liga, co "Jak zostać królem".
Nawet najlepszy muz (muzon? - co lepiej brzmi?) nie pomoże, gdy fotograf jest atechniczny. Kilka godzin w ciemni jak zwykle było torturą, dużo aktów jeszcze zrobię, zanim nauczę się wkładać filmy do koreksu. Co gorsza, nikt mi nawet nie może pokazać, jak to dobrze zrobić, bo jak nazwa wskazuje, w ciemni jest ciemno i nic nie widać;)
Nie licząc mechanicznych uszkodzeń oraz zafaflunienia filmu, negatyw wywołałam chyba z grubsza poprawnie (umiem przelicząć czasy! Ufff), bo przynajmniej coś na nim widać. I to coś wygląda rokująco! A perspektywie kolejna sesja. Może do muza (muzona?) dojdzie muza?
Gdy porażka goni niepowodzenie, a niepowodzenie pecha, warto sobie uświadomić, że zawsze może być gorzej. "Joanna" Falka to film, który pokazuje to niezwykle sugestywnie.
Jedna decyzja - moralnie dobra - pociąga za sobą okropne, nieprzyjemne konsekwencje w życiu codziennym. Nie ostateczne, bo do zbrodni nie dochodzi, ale krok po kroku kobieta traci wszystko, na czym zbudowała swoje życie, a każdy kolejny wybór - choć za każdym razem moralnie najlepszy - przybliża ją do katastrofy życiowej. I z każdą chwilą jest gorzej. Każdy wybór jest zły, cokolwiek zrobiła, może żałować.
Po wyjściu z kina byłam zła, że poszłam na taki film, ale siedzi on we mnie od wczoraj, wyzwalając lawinę myśli, więc jest to film z tych ważnych. Ma wiele wartw i można interpretować go na wiele sposobów. Najpierw myślałam, że jest to film historyczny i nieaktualny, ale dystansu widze, że jest to głos przeciwko łatwym ocenom ludzi, także w kontekście lustracyjnym. Zwłaszcza gdy dochodzi do tego sąd bez możliwości obrony. Sąd, gdzie karą jest publiczny wstyd, pozornie tyle łagodniejszy od więzienia.
Granice bohaterstwa i codzienna odwaga, kobiecy honor w kontekście seksualnym. Sytuacja kobiet w sytuacjach granicznych jest zupełnie inna niż sytuacja meżczyzn, bo dochodzą aspekty płciowe, które mogą wiązać się z upokorzeniem człowieka.
Rytm filmu wyznacza powolne staczenie się, utrata po kolei wszystkiego: bezpieczeństwa, pracy, męża, reputacji, rodziny. Duszna sytuacja bez wyjścia. Zastanawiałam się, cobym zrobiła w sytuacji Joanny i chyba za każym razem zachowywałabym się tak jak ona, a na koniec - nie mam pojęcia. Żadnego punktu zaczepienia, nic, czarna dziura. Przygnębiający był realizm tej sytuacji. Zasłyszałam w rodzinie historię o kobiecie, której w czasie wojny ogolono głowę rzekomo za kontakty z Niemcami, a faktycznie stało za tym odrzucenie awansów dowódcy. Przy sądach bez możliwości obrony takie sytuacje są możliwe. Z ukrywaniem Żydów też trzeba było się ukrywać, to też pewnie nie raz stanowiło okazję do różnych podejrzeń.
A sama możliwość stopniowej utraty wszystkiego, co drogie i odrzucenie przez bliskich - to jest przecież możliwe w każdych czasach.
"Jej droga". Film o miłości do człowieka dostającego się pod wpływ religii o cecha sekty. I mur między ludźmi. Długo nie rozumiałam, czemu sensowne kobiety wiążą się z typami bez charakteru, którzy dają sobą manipulować przywódcom religijnym czy sekciarzom, co czesto niewiele się rózni od siebi. Ale już nic mnie nie dziwi. Tylko sama sobie się jeszcze dziwię, bo siebie nie rozumiem i nie poznaję. Czuję się jak 16 lat temu, tak jak wtedy słucham SDB i się rozsypuję. Niby się starzeję, ale nie dojrzewam. I zupełnie nie wiem, czemu nie słucham rozumu i czemu tak łatwo ułożyć sobie życie zawodowe, gdy sprawy osobiste układają się w ciąg katastrof. Czemu jeden film porusza jakąś strunę gdzieś w głębi człowieka, jakiś impuls, i gdzieś coś w głębi się budzi, jakieś emocje, które wymknęły się spod kontroli.